"GDYBY TAK POWIAŁO ZDROWO...
TO BYM JESZCZE RAZ POFRUNĄŁ..."

Ostatnie wpisy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Widzieć, że zbliża się ta ostatnia granica szybciej, niż najszybsza prędkość - prędkość światła. I nie wpaść w panikę (zwariować) spoglądając na pokos dni zmarnowanych. Ale czy zmarnowanych, tak jakby tu cokolwiek mogło być korzyścią na dłużej, niż spełnienie... Wiedzieć o tym na pewno, czuć to boleśnie (najgorsze są świty).

A mimo to wstać normalnie o piątej trzydzieści, umyć twarz, zęby i ręce. Zapalić papierosa, popić go mocną herbatą, wziąć śniadanie, zamknąć drzwi na klucz. Pójść jak co dzień do pracy, tam przebrać się w wilgotny ferszalunek, włączyć maszynę i pracować (a czas nieubłaganie okrada nas z życia) to, to jest naprawdę heroizm...

I jedyne wyjście!

Jan Rybowicz, Świadomość
Życie niestety. Jest jakie jest. A nie jakie być powinno. I to zatraca ludzi każdego dnia. Czuję się cholernie zmęczony snuciem filozofii swojej egzystencji. Niebo nade mną wciąż się zmienia. Świat się zmienia. I tyle. Po cholerę mam sobie utrudniać życie filozofia, czy teologią. Wiem, co widzę, to mi wystarcza. Wiem, co czuję i nic mi więcej nie potrzeba. Piszę o tym, co we mnie i mało mnie obchodzi co na to jakaś energia wszechświata. Z Bogiem mam układ. Wierzymy w siebie. Nic od Niego nie oczekuję. O nic nie obwiniam. Czasem jedynie przepraszam za znieczulicę jaka mnie ogarnia i że w swej wierze nie widzę głębi. I za to, że ani trochę mi to nie przeszkadza. Dlaczego więc przepraszam? Im dłużej okłamujesz się, coś sobie wmawiasz, że tak trzeba, w końcu zaczynasz tak robić i w to wierzyć. Tak właśnie jest. Pewna grupa ludzi... a konkretnie założenie i doktryna tej grupy, nie sami ludzie, zjebała mi kilka lat życia. Przez te lata nie mogłem być do końca sobą. Musiałem być kimś innym. Wbrew sobie. dlatego cieszy mnie wolność, którą mam od trzech miesięcy. Mam pracę, stać mnie na pewne rzeczy, na spełnianie powolne niektórych marzeń. I tylko niektórych niestety. Bo pewnych rzeczy nie kupisz, a jednak trzeba ich szukać. I źle bez nich, nawet kiedy portfel jest gruby. To wartości. O których śnię. Przez ostatni miesiąc miałem piękne sny. Ale sny naprawdę lubią zmieniać się w koszmary. Gdy tylko odwrócisz wzrok.

Mam swoją drogę. Będę nią szedł. Nie zatrzymuj mnie.
   I przyszedł szatan, i przyniósł pół litra sześćdziesięcio procentowej, eksportowej śliwowicy i powiedział:
   - Dawaj kieliszki, napijemy się!
   - Nie! - powiedziałem. - Nie, nie i jeszcze raz nie!
   - Dlaczego? - zdziwił się niezmiernie. - dlaczego by nie? Nie widzę przeszkód!
   Palcami prawej ręki postukałem się kilkakrotnie w lewą stronę klatki piersiowej i wyjaśniłem:
   - Już nie to zdrowie... Pompka nawala! Maszynka nawala, coś z ciśnieniem... Wypiję kieliszek wódki, dwa, a potem nie śpię całą noc!
   - Cha, cha, cha, cha, cha! - roześmiał się szatan. - Kieliszek, dwa... przedrzeźniał mnie. - To za mało! Trzeba wypić przynajmniej pół litra na łeb, wtedy śpisz jak zabity!
   - Nie! - kręciłem głową i przyglądałem się, jak on odkręca metalową zakrętkę butelki. - Nie... - kręciłem głową, a on buszował w moim kredensie w poszukiwaniu tych przeklętych kieliszków, które w końcu znalazł, choć wcale mu nie podpowiadałem, gdzie są.
   - Ale tylko jednego! - zastrzegałem się, kiedy już nalał.
   - Pewnie, że jednego - uspokajał mnie. - Jakoś przecież trzeba zacząć.
   - Drugiego już nie będzie! - powiedziałem po wypiciu.
   On też wypił. Otarł palcami usta, poczęstował mnie papierosem, sam też zapalił.
   - To się tylko tak mówi! - powiedział i polał. - Prost! - wzniósł jakiś nie znany mi toast. Wypiliśmy.
   - Lepiej ci? - zapytał.
   - Trochę... - przyznałem się pokornie.
   - Po trzecim będzie jeszcze lepiej! - powiedział. - A po czwartym będziesz prawie szczęśliwy - dodał.
   - Cholerny alkohol! (...)

(Jan Rybowicz, "I przyszedł szatan" ze zbioru "Wiocha Chodaków")

Pusty, poklatkowy pogłos po ostatnich dwóch słowach Janusza Fiszbacha, jakby ucięty nagle film. Możecie sobie wyobrazić jak to się skończyło. Szatan przychodził do niego wiele razy.

Nie ważne, czym kusi szatan. Czy to alkohol, czy narkotyki, manna z nieba, słowa Biblii, czy lodowate spojrzenie, jakim spoglądasz na rodzoną matkę. Zawsze zacznie od drobiazgu "pewnie, że jednego". To kolejny atak na froncie, w którym ludzie się zmagają od utracenia raju. A twoje "tylko jednego" kapituluje cię. Na każdym możliwym polu.
Czy można jak w filmie odczuwać. Wznosić się i opadać w emocjach. Czy da się tak szybko rozwiązywać nawet najtrudniejsze sprawy. Czynić tak romantyczne gesty, jak bohaterowie. Czy film jest sztuką odciągania człowieka od problemów i pokazania jakiejś sielanki. I wbrew pozorom nie wykluczając nawet najtragiczniejszych dramatów. Jak znaleźć odwagę, by uratować świat. Czy skoro w tej chwili nie leci w naszą stronę asteroida wielkości Texasu, to świat nie jest zagrożony i nie zasługuje na prawdziwego bohatera. Czy warto naginać usposobienie, by zrozumieć humor American Pie, Strasznego Filmu, Niani Frani, czy jakiegoś innego seksualnie prowokującego i spłytczającego życie arcydzieła filmowego/serialowego. Czy umiesz cieszyć się sielanką i happy endem bohaterów Love Actually, podczas gdy masz w sobie pamięć dziwnego spojrzenia Twojej kobiety, która dostała skurczu podczas gdy pieprzył ją listonosz i przyłapałeś ich i musiałeś w ostateczności odwieźć cudownie połączonych kopulantów do szpitala. Czy współczujesz oszukanej Angelinie Jolie, której synek został uprowadzony i prawdopodobnie nie żyje, czy raczej martwisz się o syna, który onanizował się szarlotką zamiast być na lekcjach w szkole. A może ten obłęd jest twoim udziałem, bo zdałeś sobie sprawę, że scenarzysta to nie koniecznie pojebaniec nie znający życia i wymyślający durne scenariusze, by zmanipulować twoje emocje, a jedynie człowiek, który by zarobić grosz na chleb posuwa się do tak perfidnej ostentacji. A może zaczynasz myśleć tak jak w filmie się powinno myśleć.  Czy może już całkowicie żyjesz jak twój ulubiony filmowy bohater. Bo mimo, iż jego historia nawet przedstawiona w Egipcie, pochodzi z Hollywood. A tam znają życie jak nigdzie indziej na świecie.

Nie zapomniałem o pytajnikach. Jeszcze ktoś pomyślałby, że zadaję pytania i zaczął odpowiadać...
Mogłem być piosenkarzem, żeglującym dookoła świata. Hazardzistą, który wygrywa miliony i wydaje wszystko na dziewczyny. Mogłem być poetą, który chodzi po Księżycu, naukowcem, który może powiedzieć światu - Odkryłem coś nowego. Mogłem kochać jakąś księżniczkę, być tym, który zakończy wojnę. Kryminalistą, który pije szampana i nigdy nie może być schwytany.
Lecz pomiędzy Twoimi książkami, pomiędzy Twoimi ubraniami, pomiędzy tym zgiełkiem i zamieszaniem, pozwoliłem temu odejść.

Nie mogę się zatrzymać i złapać oddechu, a spójrz jak bliski jestem szczęścia. I nie zawrócę znów, bo moje serce zrozumiało, że... że jestem w domu.
Na urodziny dostałem kopertę
Pomyślałem z nadzieją, że może tam
Dwie połówki czyjegoś złamanego serca...

Nie.
To tylko brudny banknot.
Żadnego słowa.
Kilka bezładnie rzuconych liter.

Dziś rano rozwalił mnie na łopatki opis gadu-gadu jednej z osób, którą mam na liście kontaktów. Cytuję:


Ankieta dla kobiet: Czy facet powinien być zarośnięty, czy ogolony, czy wydepilowany?? prosze głosujcie


Nigdy wcześniej w życiu nie czułem się tak zażenowany. Pytanie pozornie zwyczajne. Dużo mówi się w telewizji chociażby o tym, jaki mężczyzna (ehh... no dobra "facet") powinien być, aby się kobiecie podobał. Oczywiście mógłbym tutaj walnąć długi referat przedstawiający moje zdanie i argumenty, ale... nie chce mi się, poza tym argumenty mogą wyniknąć same. Nie będę też zgłębiał tajemnicy, dlaczego kolega stworzył tak niecodzienną ankietę. Z pewnością wynika to z jego kompleksów. I myślę, że każdy mężczyzna, który zaczyna mieć niniejszy problem, ma kompleksy. Fakt faktem, kompleksy ma każdy. Jednak to zakrawa na brak poczucia własnej wartości. Czemu? Jak wół przemawiają tu wątpliwości co do tego.


Gdyby tak pójść za ciosem, to możnaby zadawać kolejne pytania, od "czy mężczyzna powinien być przy kości, czy szczupły" do "czy powinien się obrzezać, by sprawiać w łóżku więcej przyjemności", przy czym to ostatnie pytanie obraża pewną kulturę (dodam, iż w USA bardzo modne jest obrzezanie nawet wśród katolików, ponieważ rzekomo tamtejsze kobiety wolą obrzezanych mężczyzn w łóżku). A teraz w sedno: gdzie tu jest wolnośćbycie sobąGDZIE TU JEST MĘSKOŚĆ?! Widać modne stało się dopasowywanie do chorych stereotypów. Tak się ogólnie przyjęło i tak musi być. Niestety... stereotyp - rzecz, za którą świat uparcie podąża. Będziesz piękna, kiedy użyjesz tych kosmetyków. Będziesz miał wzięcie, kiedy popsikasz się naszym dezodorantem. Dziś często robimy tak, a nie inaczej bo WSZYSCY tak robią. Dziś mamy to, a nie co innego, bo WSZYSCY mówią, że właśnie to jest najlepsze. Może do pierdoła i mało istotna rzecz, ale za tym wszystkim kryje się zamach na naszą wolność. Na moją wolność! Bo to ja mam mieć kompleksy, że nie stać mnie na ten wspaniały dezodorant. To ja nie jestem tak atrakcyjny, bo nie ubieram się u gejów projektantów mody i nie rozsądny, bo nie dbam o zdrowie, które jest podstawną (nie zaczynam od skóry).


Tak buńczucznie o tym wszystkim piszę, ponieważ jak wiele osób wie, sam jestem zaprzeczeniem i przeciwieństwem wielu stereotypów. I nie mówię tu o cechach typowo męskich, wynikających z natury, ale o rzeczach, które wymyślił sam człowiek prawdopodobnie po to, aby na tym dobrze zarobić. No i co? Jestem przez to gorszy? Mam popaść w kompleksy, bo nie robię tego, co większość? Mam się zdesperować, bo będąc zarośnięty nie spodobam się ŻADNEJ kobiecie? Bynajmniej tak nie myślę i tak nie czuję. Człowieku. Od kiedy to kto inny ma decydować, jaki powinieneś być? Przede wszystkim masz podobać się sobie i siebie samego akceptować, by móc spotkać drugiego czlowieka i akceptować jego. "Miłuj bliźniego swego jak siebie samego", a nie na odwrót. I to nie tylko odnosi się do miłości, ale do większości życia. Podejmujesz decyzje. Masz być przede wszystkim sobą. Nie spodoba się kobiecie to, że masz długie włosy? Widocznie nie docenia cię, nie zasługuje na ciebie. Tylko broń Boże nie ścinaj tych włosów dla niej, skoro masz się potem źle czuć, jako osoba. Poczekaj. Pokaż, że żyjesz z sobą w harmonii. W końcu spotkasz kogoś, kto pokocha cię takim, jakim jesteś, a nie za to, że masz pięknie obcięte włosy, wydepilowaną klatę, pachy, nogi i... dodajcie sobie sami co jeszcze.


A miało być krótko...

?

Konflikty zbrojne, to sprawa zawsze aktualna. Wojny, podboje były od zawsze i pewnie przyszłość szykuje jeszcze wiele mniej lub bardziej krwawych wojen. Dziś jednak wpadła mi do głowy moja dawna refleksja, z czasu odkrywania dla siebie twórczości Jana Rybowicza. Jedno z opowiadań pt. "Wydobycie broni" zawarte w tomie "Czekając na Becketta" pokazywało sylwetkę wpierw człowieka zwyczajnego, prostego, obywatela jakiegoś kraju nękanego już długi czas przez wroga. Ten niczym nie wyróżniający się mężczyzna pewnego dnia powiedział do swych braci, że ma zakopaną broń i poprowadzi ich do walki o wolność lub śmierć. Ludzie go posłuchali, wykopali wraz z nim broń i po jakimś czasie przepędzili zaskoczonego wroga poza swoje granice. Jednak nie szli dalej. Postawili przewalone słupy graniczne i zostali u siebie. Część żołnierzy potem szemrała, że zwyciężyli tylko w połowie, twierdzili, że powinno się wroga gonić aż do jego własnej stolicy i zniszczyć ją. Wiecie, co odparł na to kapitan? Że mądry naród zawsze zwycięża tylko w połowie. Kiedy idzie zachłannie dalej, przypiera wroga do muru, nie zostawiając mu żadnej furtki wyjścia, przestaje być mądry. Staje się taki sam, jak ciemiężca. Przez rządzę zemsty staje się zbrodniarzem, napastnikiem. A w takiej pogoni może zginąć jeszcze sporo dobrych ludzi.


Mądry naród pilnuje, by wszelkie wojny mijały jego kraj, a jeśli już przychodzi moment obrony, broni swych granic, nie mieszając się dalej. Poprzestaje na obronie koniecznej. Pomyślmy... taki przywódca przechodzi do historii, jako człowiek prawy, nie splamiony niewinną krwią. Bo zawsze "zwycięża się tylko w połowie".


Szkoda jednak, że w realnym świecie machina wojenna napędza kolejną i kolejną... 

Tu nie chodzi o to, że na moim blogu zrobiło się ponuro (?) od ostatnich wpisów. Nie stwarza się tu aury rozpaczy, dołu spowodowanego "bólem przemijania", czyli niczym racjonalnym. To jest po prostu życie w tej tak zwanej Innej Materii, którą trafie ując potrafią jedynie poeci. W zasadzie jedynie jej kontur. Dopełnienie jest sprawą indywidualną każdego człowieka. Mówią głupcy - nie każdy, kto pisze wiersze od razu jest poetą. Mądrzy ripostują - nie każdy kto jest poetą pisze wiersze. Istnieją poeci, o których się literaturze nie śniło. Poeci, którzy spoglądając na niebo widzą jedynie czasem prześwity błękitu, czy gwiazd, bo osacza ich ten świat. Wznosi się azbest jak mur obozu śmierci, a na betonie nie rośnie trawa. Pochłonięci tak codziennością, że nie mają jak dostrzec wartości. Pochłonęli wszystkie rozumy i teraz się duszą ich dusze, bo chciałyby gdzie indziej. A niewiele można już zrobić...

Towarzyszu podróży
Zbudowałeś byt swój zasklepiając jak termit wyloty ku światłu
I zwinąłeś się w kłębek w kokonie nawyków
W dławiącym rytuale codziennego życia

I choć przyprawia cię on codziennie o szaleństwo
Mozolnie wzniosłeś szaniec z tego rytuału
Przeciw wichrom, przypływom, gwiazdom i uczuciom
Dość trudu cię kosztuje, by co dnia zapomnieć
O swej kondycji człowieka

Teraz glina, z której zostałeś utworzony
Wyschła i stwardniała
Nikt już się nie dobudzi w tobie…
… astronoma
… muzyka
… altruisty
… poety
… człowieka
Którzy zamieszkiwali może ciebie kiedyś
Ktoś mnie ostatnio spytał: "Co chcesz robić w życiu, po tej szkole?". Zgodnie z prawdą odparłem, że nie wiem. Nie interesuje mnie to, co oferuje, co narzuca świat. Klin we łbie, jednak przyjemny i dający poczucie wolności. Mój stan - byle drogą, byle do przodu. "Dopóki sił... jednak iść, przecież iść, będę iść!"

Pytania - Jan Rybowicz

Nie pytaj nigdy
za Villonem,
gdzie są zeszłoroczne śniegi.
Bo to niezbyt mądre pytanie.
Nie przekonuj mnie,
że twoje dzieciństwo
było sielskie i anielskie,
bo to nieprawda.
I nie wmawiaj mi,
że przyjdą dni różowe,
które wynagrodzą nam hojnie
dni niewiary i rozpaczy.
Nie wierzę w to.
Nie małpuj Goethego
bełkocząc:
"Chwilo trwaj. jesteś piękna."
Ta chwila już przeminęła
i jest taka sama,
jak ta za nią,
i kropla w kroplę
jak poprzednie.
Nie pytaj,
gdzie jest ten ptak,
gdzie jest ten kot,
gdzie jest ten żółty pies,
ta miła pani,
ta dama z krwi królewskiej,
ten piękny młodzieniec,
ta dziewczyna, co śpiewała po rosyjsku,
ci wszyscy umarli,
których nie ma...
Nie pytaj.
Bo po prostu odpowiem ci wulgarnie:
w dupie.

I nie pytaj mnie już nigdy,
czy cię kocham.
Budzę się wcześnie rano. Czasem aż chce się zacząć dzień tak jak Adaś Miauczyński - bohater filmów Marka Koterskiego, czyli rutynowym "O kurwa. Ja pierdolę". A tak długo uciekałem od wulgaryzmów (co prawda zawsze na daremnie). I tutaj koło się zamyka. Co dalej? W ten oto sposób wstępuję w kolejny, szary, jałowy dzień. No i oczywiście wyzwanie: bym temu jałowemu dniu "przydał sens" (myśl Jana Rybowicza). Odczuwam w głębi serca, że największym sensem mojego targanego w kalendarzu dnia może być czekanie. Czekanie na anioła jasnookiego. Który przyjdzie i rozjaśni. Przeniknie. Nie wiem, czy ktoś zauważył, ale właśnie zamknąłem w tej notce, własną i jedyną w sercu samotność. Jeśli czekanie, to samotność, a samotność, to "taka straszna trwoga", to... daj mi o Panie jeszcze czekać, jeszcze kilka lat życia niespokojnie.
Jedną z najgłupszych rzeczy, jakie popełnia dzisiejszy człowiek, uważający siebie za mądrego, normalnego, co więcej – szczęśliwego, jest pozbawianie siebie wiary. Nie ma wytłumaczeń, że po prostu wierzyć nie potrafi. Sam siebie tej wiary pozbawia. I to jest smutne. Dalej, niektórzy ludzie pozbawieni wiary przez samych siebie, mają nie wiadomo skąd żal do Boga, że pokarał ich takim, a nie innym losem. Skoro nie wierzysz, to skąd w Tobie ta nienawiść do Boga?

Jest na szczęście na to pewna odpowiedź. Że to normalne. Normalne jest to, że jakaś tam cząstka człowieka (Nawet tego najbardziej niewierzącego) stale poszukuje Boga, bo jest On mu potrzebny. Choćby po to, by nie strzelić sobie w łeb, kiedy pewnego dnia tracimy naraz całą dumę - to, co zdobyliśmy przez lata: majątek, dobrobyt, przyziemne szczęście. To wszystko przeminie. To ma granice. Musi się skończyć z założenia. No, a po co komu życie, które i tak skazane na śmierć skończy się? Ludzie też przemijają. Mogą Cię odrzucić pewnego dnia wszyscy i co wtedy zrobisz? Uznasz, że życie nie ma sensu? Zostanie Ci Bóg, który chce dać trudne, nie usłane różami, ale piękne i pełne dobra życie. Bo prawdziwe życie dąży do tego, by gromadzić sobie skarb w Wieczności, a nie tu na tym łez padole.

Szkoda tylko, że tak wielu ludzi charakteryzuje skrajna tępota powszechna, która wywiodła się z manipulacji ludzkimi uczuciami przez dzisiejszy świat.
Nie trać z oczu
smutnej części piękna
nie zastąpiąnej nigdy
przez żadną radość.

Nie zatracaj się w fałszu,
w myśli, że błogość
w pojedynkę
istotą piękna jest.

Uschniesz po czasie
w radosnej euforii.
Gdy skreślisz smutek
nerwowo ścierając łzę.

Piękna nigdy bez smutku
nie będzie...
Nie marnuj łez
tych gorzkich zbieraj
bukłaki napełniaj.

Kiedy przyjdzie taka radość,
że aż uschniesz,
wychyl haust tej goryczy
i znów będzie dobrze.
II-2008

Słowa pewnej osoby zainspirowały mnie, by przelać zlepek moich myśli, jakie już w trakcie rozmowy mi się nasunęły. Albowiem niekiedy zaskakujący potrafi być w nas ból. Kiedy np. cierpimy w zawodzie miłosnym, prócz tego, że to bolesne, posiada swoje piękno. Inna osoba, bliski mi przyjaciel raz wyznał mi, że pewnego dnia przestał myśleć o tej, za którą skrycie tęskni i zrozumiał nagle, że brakuje mu tej tęsknoty. Tego bólu. Tak mi się zdaje, że taka tęsknota za bólem należy wyłącznie do kaskaderów. Tylko ludzie, którzy poznali smutek, jako integralną część piękna, a nawet szczęścia, są w stanie tęsknić do tegoż smutku. Człowiek przeciętny czuje się szczęśliwy tylko wtedy, kiedy jest mu dobrze, ale chodzi mu o dobro namacalne.
Ostatnio jestem rozładowany. Wiecie, co jest najbardziej denerwujące dla osoby, która chce pisać? Którą pisanie utrzymywało niegdyś przy życiu? 100 % chęci, zero natchnienia. Więc z tychże właśnie przyczyn postanowiłem, iż zostawię pisanie poezji na jakiś czas. Dłuższy czas. Miał to być definitywny koniec, jednak nie można zabić tego, co serce stale dyktuje. Czasem miewam wrażenie, że wszystko, co napisałem to istna grafomania, z drugiej strony jednak wiem, że sporo rzeczy napisałem dobrze. Dodaje mi sił krytyka i ocena ludzi, którzy mają podobną poetykę przetrwania, rozumieją, czasem aż za dobrze, o co mi chodzi. Jeżeli coś zgrzyta - mówią to. Jeśli coś ich ujmuje - mówią, co. W zasadzie z negatywną krytyką się nie spotkałem. Miało się do czynienia z chamstwem, zawiścią, czasem nawet próbą zemsty słownej przez jak ja to mówię "gówniarzerię"... ale nie warto się tym przejmować. Tak płytcy ludzie (myślę, że ta osoba wie, że o niej mówię, aż mnie kusi żeby podać inicjały i skąd jest...) nie mogą mieć nic do powiedzenia w świecie sztuki - jakakolwiek by nie była. W końcu poezja nie jest dla każdego. Ostatnie wiersze postaram się opublikować, kiedy dojrzeją, tymczasem minął półmetek prac nad recitalem z twórczością Wojtka Belona. Wszystko układa się dobrze... jak na razie.
Jakiś czas temu znalazłem gdzieś w Internecie artykuł, który mnie wstrząsnął. Otóż amerykanie wydrukowali i sprzedają (!) ich zdaniem zabawną pocztówkę z wizerunkiem ciała Sługi Bożego Jana Pawła II w stroju św. Mikołaja. Co na niej jest ponadto, każdy widzi. Polonia w Stanach Zjednoczonych poprzez akcje demonstracyjne rządała, aby usunąć pocztówkę ze sprzedaży, jednak Yankesi mają to głęboko gdzieś. Podobno kartki cieszą się w USA dużą popularnością.


Prawdę powiedziawszy nigdy nie lubiłem Amerykanów, zawsze wydawało mi się, że mają o sobie zbyt wysokie mniemanie i uważają siebie za najpotężniejszy naród świata. Szkoda tylko, że niektórym brak wyobraźni i szacunku dla innych krajów. A może większości? Bo skoro tak żenujące rzeczy są tam wielce popularne, a ludzie to kupują?...

...coś tworzyć. Od roku przymierzałem się do próby stworzenia własnych klimatów fantasy. No i wreszcie coś ruszyło. Dawniej pisałem fanfiction w świecie Star Wars, ale wyrosłem już z wykorzystywania czyichś pomysłów. Można spróbować puścić wodze własnej wyobraźni. Zacząłem od planowania i wymyśliłem narazie tylko jedną krainę. Mam też główny wątek, problematykę, z którą będą borykać się bohaterowie... no nie powiem: dość oryginalna. Fajna sprawa :). Tylko czasu trochę mało i idzie to jak idzie. Niebawem postaram się zamieścić już jakąś namiastkę tego wszystkiego na blogu. Może Wam się spodoba... a może nie. Trzeba być kreatywnym na wszystkie możliwe sposoby (oczywiście w miarę potencjału) i się rozwijać. Zawsze to sobie powtarzałem.

Z innych rzeczy, to... mam nadzieję, że zima będzie biała i jak już to mroźna, a nie mokra i brudna. Jeśli zima będzie sroga, to w lato będzie mniej komarów, których nie cierpię!!

Znów zacząłem marzyć. To znaczy, że żyję. Bo ponoć jeśli człowiek nie marzy - to umiera. No i swoją drogą dobrze jest pomyśleć od czasu do czasu (powtarzam: OD CZASU DO CZASU) o niebieskich migdałach. Ten świat to w sumie prawie nieustanna walka i poniżanie godności człowieka. I nie można mówić, że takiego świata się nie zna i nie chce w nim żyć. Bo on jest i dotyka i oddziaływuje na nas.
...w moim życiu były chyba jakąś sprytną odpowiedzią Góry na moje narzekanie "życie jest nudne" i "znów idą ciężkie czasy". Dobrze tylko, że to drugie się nie ziściło. W sumie ciężko wszystko zebrać do kupy. W ostatnią sobotę obchodziłem dziewiętnaste urodziny - ostatnie naście w życiu. Zero rodziny, tylko ci, którzy są w domu i chłodny dzień, zakazy wyjazdów w Polskę (miałem początkowo jechać do Lublina), ale wieczór okazał się bardzo dobry. Obaliło się (z kumplem) połóweczkę czystej na dwa litry soku z czarnej pożeczki, czyli skromnie. No, ale cóż. Trzeba mieć umiar i umieć korzystać z alkoholu. Pijaństwo przyjemne, ani zdrowe nie jest i przyjemnie, ani zdrowo się nie kończy. Do tego gitara, poezja i wieczór spędzony ciekawie, jak na artystów przystało. Wiadomo: życzenia tu i ówdzie, co rok słyszy się to samo, ale czy człowiek się zmienia? Czy w ogóle zwraca uwagę na te słowa, które słyszy? Przeważnie brzmią jak konieczność i zwykły banał. Z drugiej strony nie można tak zakładać odgórnie, bo ktoś może naprawdę z głębi serca życzyć dobrze i szczerze. Tak, czy siak - wszystkim dziękuję (za rutynę, banał, szczerość i serdeczność). Dla mnie urodziny, to dzień jak codzień. Wyrosło się z robienia imprez dla 15 gości, szkoda kasy i czasu na zmywanie. Od tego lepszym nie będę, a nie chcę by kupowano mi prezenty - co wiąże się z zapraszaniem na imprezy. Grunt, żeby zrobić sobie rachunek sumienia minionego roku, bo to chyba jedyna wartość, której żadnemu człowiekowi nie brakuje. Jeśli tłumi się głos sumienia, to znaczy, że z prawdziwego człowieczeństwa zostało naprawdę niewiele. Ja wiem, że trochę rzeczy zawaliłem, kilka innych mogłem zrobić lepiej, mogłem częściej słuchać własnego serca, a nie egoizmu. Wiem, że zrobiłem mnóśtwo rzeczy, z których nie jestem zadowolony, a których się wstydzę, ale umiem się do tego przyznać. Trzeba stanąć i przyznać rację, że ku Dobru nie zawsze chciało się iść, bo to mało modne. No i nie zawsze chciało się walczyć. A walczyć trzeba. Cały czas. Pierwsza osoba, z którą muszę walczyć, to ja sam. Bo jak mówi św. Paweł "moja dusza pragnie dobra, ale ciało pragnie zła".
Poraz chyba trzydziesty graliśmy dziś na ślubie. Siostra naszej byłej wokalistki brała dziś ślub. Powiedzieli, że podoba im się msza na 19 jak tam młodzież gra i śpiewa i że fajnie jakbyśmy na ślubie zagrali, bo organista tamtejszy jest kiepski raczej. Bardzo lubię czytania na ślub i ogólnie przysięga małżeńska zawsze na mnie robi wrażenie. To tak fajnie jak sobie ślubują miłość, wierność i uczciwość. I wiecie co? Denerwują mnie ludzie, którzy zaraz by powiedzieli, że to gówno wszystko prawda i nic to nie znaczy. Tacy ludzie wolą żyć jak zwierzęta, mające cały rok godowy okres. Ale nie mam zamiaru o egoiźmie tu mówić. Zawsze mnie zastanawia, ile dylematów musi przejść para przez okres narzeczeństwa. Kiedy dociera do człowieka, że małżeństwo i rodzicielstwo diametralnie zmieni życie. Małżeństwo jest sztuką kompromisu. Bo nawet najbardziej podobne charaktery, mogą się w końcu poróżnić. Dlatego, jeżeli para nie jest przygotowana - przy pierwszej okazji kłótnia zakończy się... rękoczynami, a nawet rozwodem. I po co to wszystko? Niniejszym gratuluję nowożeńcom i życzę odnajdywania Miłości każdego dnia od nowa. Ja nie wiem, czy będę miał żonę. Wiem, że nie chcę mieć dzieci... i mam nadzieję, że m się nie odmieni. Czuję, że ojciec dobry by ze mnie nie był :P
Teraz to wszystko wokół polityki, ta cała kampania wyborcza to będzie nagonka za nagonką i zapewnianie, że to "tamci oszukali", a my będziemy sprawować rozsądne rządy. Chce Wam się wierzyć? Bo mi jakoś nie. Najchętniej olałbym zbliżające się wybory, ale trzeba niby interesować się ojczyzną, co nie? Wolałbym, żeby znów był jakiś rozbiór. Żeby ktoś się w*urwił z UE i rozpieprzył ten bałagan i wziął się za to porządnie. Albo, żeby jakiś piękny, bogaty kraj wykupił Polskę. Prawie każdy kraj w Europie na to stać. To naprawdę męczące - wybrać kogoś, a ten zrobi to samo, co poprzedni, który niby był gorszy.
Ale po co ja sobie tym umysł zatruwam? ...