"GDYBY TAK POWIAŁO ZDROWO...
TO BYM JESZCZE RAZ POFRUNĄŁ..."

Ostatnie wpisy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. Rybowicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. Rybowicz. Pokaż wszystkie posty
Widzieć, że zbliża się ta ostatnia granica szybciej, niż najszybsza prędkość - prędkość światła. I nie wpaść w panikę (zwariować) spoglądając na pokos dni zmarnowanych. Ale czy zmarnowanych, tak jakby tu cokolwiek mogło być korzyścią na dłużej, niż spełnienie... Wiedzieć o tym na pewno, czuć to boleśnie (najgorsze są świty).

A mimo to wstać normalnie o piątej trzydzieści, umyć twarz, zęby i ręce. Zapalić papierosa, popić go mocną herbatą, wziąć śniadanie, zamknąć drzwi na klucz. Pójść jak co dzień do pracy, tam przebrać się w wilgotny ferszalunek, włączyć maszynę i pracować (a czas nieubłaganie okrada nas z życia) to, to jest naprawdę heroizm...

I jedyne wyjście!

Jan Rybowicz, Świadomość
   I przyszedł szatan, i przyniósł pół litra sześćdziesięcio procentowej, eksportowej śliwowicy i powiedział:
   - Dawaj kieliszki, napijemy się!
   - Nie! - powiedziałem. - Nie, nie i jeszcze raz nie!
   - Dlaczego? - zdziwił się niezmiernie. - dlaczego by nie? Nie widzę przeszkód!
   Palcami prawej ręki postukałem się kilkakrotnie w lewą stronę klatki piersiowej i wyjaśniłem:
   - Już nie to zdrowie... Pompka nawala! Maszynka nawala, coś z ciśnieniem... Wypiję kieliszek wódki, dwa, a potem nie śpię całą noc!
   - Cha, cha, cha, cha, cha! - roześmiał się szatan. - Kieliszek, dwa... przedrzeźniał mnie. - To za mało! Trzeba wypić przynajmniej pół litra na łeb, wtedy śpisz jak zabity!
   - Nie! - kręciłem głową i przyglądałem się, jak on odkręca metalową zakrętkę butelki. - Nie... - kręciłem głową, a on buszował w moim kredensie w poszukiwaniu tych przeklętych kieliszków, które w końcu znalazł, choć wcale mu nie podpowiadałem, gdzie są.
   - Ale tylko jednego! - zastrzegałem się, kiedy już nalał.
   - Pewnie, że jednego - uspokajał mnie. - Jakoś przecież trzeba zacząć.
   - Drugiego już nie będzie! - powiedziałem po wypiciu.
   On też wypił. Otarł palcami usta, poczęstował mnie papierosem, sam też zapalił.
   - To się tylko tak mówi! - powiedział i polał. - Prost! - wzniósł jakiś nie znany mi toast. Wypiliśmy.
   - Lepiej ci? - zapytał.
   - Trochę... - przyznałem się pokornie.
   - Po trzecim będzie jeszcze lepiej! - powiedział. - A po czwartym będziesz prawie szczęśliwy - dodał.
   - Cholerny alkohol! (...)

(Jan Rybowicz, "I przyszedł szatan" ze zbioru "Wiocha Chodaków")

Pusty, poklatkowy pogłos po ostatnich dwóch słowach Janusza Fiszbacha, jakby ucięty nagle film. Możecie sobie wyobrazić jak to się skończyło. Szatan przychodził do niego wiele razy.

Nie ważne, czym kusi szatan. Czy to alkohol, czy narkotyki, manna z nieba, słowa Biblii, czy lodowate spojrzenie, jakim spoglądasz na rodzoną matkę. Zawsze zacznie od drobiazgu "pewnie, że jednego". To kolejny atak na froncie, w którym ludzie się zmagają od utracenia raju. A twoje "tylko jednego" kapituluje cię. Na każdym możliwym polu.
Wiem,
Spłynie na nas ten
narkotyczny spokój,
błękitny.
Będziemy chodzić w nim
jak zakochani
zaczadzeni miłością,
z wilgotnie rozświetlonymi oczami...
Będziemy zachwycać się tym wszystkim,
co dotychczas paraliżowało nam ruchy:
zasuszonym kwiatem w Biblii,
wyblakłymi fotografiami,
nagrobkami najbliższych o barwie popiołu,
osuwającym się czasem...
I z pogodnym uśmiechem
przekroczymy spokojnie
tę granicę,
za którą jest
owa wytęskniona Kraina
tak soczyście kolorowa
jak filmy amerykańskie w technikolorze;
ten raj, ten eden,
to inne życie.
Życie!

Jan Rybowicz
____________________

Zawsze taki wygadany w kwestiach swych uczuć. Wymowny, słownie zaradny. Ja, prowadzący własny styl wypowiedzi, zachwycający się naiwnie najprostszymi rzeczami. Dziś w ogromie szczęścia zrozumiałem, że moje własne słowa to za mało. I sięgnąłem po ten nieśmiertelny kawałek poezji Jana Rybowicza z lekkim wyrzutem sumienia, bo mam dziś to, na co biedaczyna czekał całe życie, i się nie doczekał. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że te "jaśkowe banki mydlane" poeta zostawił, aby co szczęśliwsi mogli się nimi wyrażać.

I brakło mi podszytych wiatrem słów. 
No bo się zakochałem...
Narkotyk głupoty,
najpotworniejszy narkotyk głupoty,
jakże upokarzająca bezsilność wobec głupoty
a z nią - zła.
Narkotyk dewocji,
przesiąknięty kadzidłem
narkotyk fanatyzmu,
te lśniące oczy
rozszerzone w przekonaniu
jedynej prawdy,
wyłączności...

Narkotyk władzy,
narkotyk kultu jednostki,
opium tyranii
- okrutni narkomani
odurzeni boskością...
Narkotyki chemii, narkomani destylacji,
alkoholizm, lekomania, uzależnienia,
te skrzywienia, perwersje, warius...
Narkotyk seksu, ta kobieca używka:
Eros, Eros, Eros
i wszystkie jego odbicia
w krzywych zwierciadłach pożądania...
Narkotyk nienawiści,
wrząca plazma nienawiści
niewidzialny laser
spalający wszystko,
wszystkich:
nienawidzacego
i jego ofiarę,
spalający siebie...
Narkomani zła,
chore bestie zła,
nienasycone gnomy
pożerające piękno
jak ciemność pochłania
dopalający się ogień,
ta wieczna fala mroku
goniąca uciekające słońce:
ciemne, zacięte twarze narkomanów zła,
wąskie przymrużone oczy,
zaciśnięte usta,
przewrotne myśli...
Bezsenni narkomani odwetu,
zemsty,
zastawiacze pułapek,
o których nie pamiętają,
ustawiacze setek, tysięcy zapadni,
w które sami wpadają...
Najkrócej działający narkotyk kłamstwa,
najpowszechniejszy,
niedoskonała proteza
najgorszej prawdy,
narkotyk przezroczysty jak tlen,
dostępny jak tlen,
jak tlen niezniszczalny...
Narkotyk chciwości:
więcej, więcej, więcej,
narkomanii o wspólnym nazwisku; "Daj",
uleczani przez śmierć...
Lecz także najpiękniejszy narkotyk miłości.
Narkotyk śmierci
- ochładzający gorączkę życia,
chłodny i lśniący jak szron...
I narkotyk druku,
pisania.
Narkotyk ksiąg,
silniejszy od miłości,
najwierniejszy,
dozgonny,
nieszkodliwy narkotyk liter...
narkotyk rozmów,
gadania,
które zatrzymuje czas,
natchnieni narkomani gadulstwa...
Narkotyk poznania,
niebezpieczny i obosieczny
narkotyk poznania,
nienasyceni narkomani szukania,
roztrzasania
i docierania do sedna,
które rozczarowuje...
Narkotyk pracy,
pozwalający zapomnieć narkotyk pracy,
narkomanie pracy i roboty,
usypiającej wrażliwości harówy,
radosny narkotyk tworzenia
i wariacki narkotyk
przemieszczania bez celu materii...
I narkotyk narkotyków - życie,
i narkomani życia - my wszyscy,
i wszystkie narkomanie...
Narkotyk nienazwany
i posiadający wszystkie nazwy,
niewidzialny i będący wszędzie,
obecny i poszukiwany,
za darmo,
kosztujący za dużo,
nie wiadomo, co to,
tu i tam,
obok,
tam gdzie nas nie ma
i gdzie jesteśmy,
i poezja,
i brak poezji,
religia i pogaństwo,
obłęd,
głód i przesyt,
ucieczki,
i powroty,
i znów być tam,
samobójstwa,
walka i pokój,
napięte sytuacje,
bezruch,
po prostu dzień i noc,
tęsknota,
wyłączenie się,
nagłe i nieoczekiwane włączenie,
radość,
smutek,
pogonie,
perpetuum mobile światła
bez którego wszechświat byłby tylko bagnem
bez początku i końca,
jeden jedyny świetlik tylko przez sekundę
w całej wieczności,
ciemności,
czerni,
mroku...
Narkotyk życia,
które łapiemy w garść
a kiedy rozwieramy palce
nie ma tam nic
jakby było wodą,
którą chcieliśmy zatrzymać i mieć,
tarcie,
łoskot kamiennej lawiny
bedący muzyką Boga
i uporządkowany
ludzki hałas muzyki,
geniusz Pendereckiego,
słuch absolutny...
Korodujący narkotyk życia,
rdza pracująca cicho jak światło...
A więc potem śmierć,
narkotyk śmierci,
narkotyk śmierci,
o którym nic nie wiem,
narkomani śmierci nic nie mówią,
strzegą zazdrośnie tajemnicy,
więc chyba także jest coś wart...
I wszystkie inne narkotyki
z tego wiersza
i spoza niego - życie!

Wiersz Jana Rybowicza godny zatrzymania się, pochylenia nad nim. A w ile narkomanii jesteś sam wplątany, człowieku?
...trzeba drugiego człowieka. Te mądre słowa zostawił nam Jan Rybowicz. Kolejna rocznica jego śmierci cicho minęła 26 maja. A może nie tak cicho? Coraz więcej ludzi ratuje strzępy jego twórczości, uzależnia się od tabletek ze słów. Wczoraj w Śmignie odbył się kolejny koncert Starego Dobrego Małżeństwa czczący pamięć poety i pisarza i jego bądź, co bądź kontrowersyjnych dokonań. Mimo iż niektóre utwory prozatorskie przepełnione są pretensjonalnością, eksponują nieudacznictwo Rybowicza, są to po prostu perełki polskiej literatury. I nie mówię tego, jako fan Starego Dobrego Małżeństwa, nadęty koneser sztuk trudnych, maniak, czy wyrafinowany krytyk, ale jako osoba tak samo słaba i momentami nieporadna jak on. Przypadłość człowieka, to oceniać. Zawieszać psy bez zastanowienia, palić na starcie. Dowodzą temu proste codzienne sytuacje, które mają miejsce. Ktoś zdaje się być potworem i od razu takiemu się szykanuje drogę, upokarza i ośmiesza. Dlaczego? No właśnie bez powodu. Ty taki/a jesteś, ja taki jestem. I raczej trudno będzie to zmienić. A jednak z drugiej strony tak bardzo nam potrzebny jest drugi człowiek. Zarówno jego miłość, jak i nienawiść. Jego altruizm i egoizm. Jego cnota i jego nieprzyzwoitość. I tu niespodzianka: To i to powinno nas czynić lepszymi i myślę, że większość z nas czyni. Tylko nie zrozumcie źle! Miłość każe się odwzajemniać, widok nienawiści ma nstawiać serce na współczucie osobie nienawidzonej i krzywdzonej. W tę stronę.

Nie każdy jednak szuka w doświadczeniach czegoś dla siebie, a jedynie strzela focha i przechodzi do ostentacyjnej zemsty. Są jeszcze ci, którzy poddają się wszystkiemu. I jeszcze tacy, którzy walczą, ale przegrywają. I tacy, którzy będąc już weteranami, wreszcie się poddają. Jan Rybowicz należał do jednej z tych kategorii. Nie powinniśmy poety wychwalać po jego śmierci w myśl dziwnej zasady "o zmarłym źle się nie mówi", piętnować tych, któzy utrudnili mu życie (może nawet przyczynili się do jego tragicznej śmierci). Powinniśmy MY (ludzie, chcący wizerunek Rybowicza w polskiej literaturze ocalić) czerpać wnioski i stosować je w życiu.

"Żeby było życie trzeba drugiego człowieka". Także życie tego bloga. Istnieje tylko dlatego, bo co jakiś czas otrzymuję mailem lub na gadu-gadu ciepłe słowa na jego temat, które są bardzo budujące.
Ktoś mnie ostatnio spytał: "Co chcesz robić w życiu, po tej szkole?". Zgodnie z prawdą odparłem, że nie wiem. Nie interesuje mnie to, co oferuje, co narzuca świat. Klin we łbie, jednak przyjemny i dający poczucie wolności. Mój stan - byle drogą, byle do przodu. "Dopóki sił... jednak iść, przecież iść, będę iść!"

Pytania - Jan Rybowicz

Nie pytaj nigdy
za Villonem,
gdzie są zeszłoroczne śniegi.
Bo to niezbyt mądre pytanie.
Nie przekonuj mnie,
że twoje dzieciństwo
było sielskie i anielskie,
bo to nieprawda.
I nie wmawiaj mi,
że przyjdą dni różowe,
które wynagrodzą nam hojnie
dni niewiary i rozpaczy.
Nie wierzę w to.
Nie małpuj Goethego
bełkocząc:
"Chwilo trwaj. jesteś piękna."
Ta chwila już przeminęła
i jest taka sama,
jak ta za nią,
i kropla w kroplę
jak poprzednie.
Nie pytaj,
gdzie jest ten ptak,
gdzie jest ten kot,
gdzie jest ten żółty pies,
ta miła pani,
ta dama z krwi królewskiej,
ten piękny młodzieniec,
ta dziewczyna, co śpiewała po rosyjsku,
ci wszyscy umarli,
których nie ma...
Nie pytaj.
Bo po prostu odpowiem ci wulgarnie:
w dupie.

I nie pytaj mnie już nigdy,
czy cię kocham.
Szukam na upartego w wielu twarzach, twarzy Boga. Bo to najważniejsze jest - ktoś tak powiedział. Widzieć Boga w drugiej osobie. Tylko po co szukać na upartego? Po co się wysilać i obraz boski układać z fragmentów mozaiki tych dobrych rzeczy, lepszych cech drugiej osoby? Wystarczy docenić prawdziwą obecność.

Najważniejsze jest

Najważniejsze jest,
że nieważne jest,
czy Bóg istnieje,
czy nie.

Samotni we wszechświecie,
szukamy przyjaciół.
Tak długo,
aż uwierzymy
w ich obecność
naprawdę.
Byłem dziś na koncercie Starego Dobrego Małżeństwo. Jak zawsze na ich koncercie w pewnym momencie ma się łzy w oczach. Nie wiem generalnie dlaczego, ale dziś uderzyła mnie już dość stara piosenka "Wolność", którą zagrali na bis. Tak jakoś drgnęła w moim sercu struna wspomnień, kilka zadr, które już na zawsze pozostaną znów miałem przed oczami. Ale to nic. "Wolność", za którą tak bardzo tęsknię. Pióra Jana Rybowicza, a jakże.


Wolność

Wolność to jest po prostu
brak krat
żelażnych.
Te kratyniewidzialne,
które są w nas,
są tam na zawsze !
Więzienie
to są stalowe kraty w oknach.
To jest stalowa siatka
rozpięta nad spacernikiem.
To są stalowe drzwi,
które dziurkę od klucza
mają tylko z jednej strony,tamtej.
Więc wolność to jet po prostu
brak kartżelaznych.
To są dwie dziurki od klucza
i dwa klucze,
jeden mój.
To jest niebo
nie uwięzione.
I znów będzie rybowiczowsko. Przeszukując ostatnio to moralne, to mniej moralne zasoby serwisu YouTube, postanowiłem wpisać w wyszukiwarce "stare dobre małżeństwo". Może ktoś coś z jakiegoś koncertu nowego wrzucił. Moją uwagę przykuł przepiękny utwór "Tryumf sprawiedliwości". O czymś, co nadejdzie. O czymś, co wsyzstkich uporządkuje. Oddzieli kozły od owiec, złych naznaczy i strąci. Dzień Sądu? Być może. Przeczytajcie ten tekst.

Tryumf sprawiedliwości

Sprawiedliwości nikt nie przyniesie,
ona przyjdzie sama, jak świt
Będą zdarte garnitury z tych,
na których wyglądają jak przebrania.
Nieukom sprawiedliwośc wyjmie z ręki pióro,
a włoży w nią miotłę,właściwe narzędzie.
Gadatliwi głupcy bedą kłaniac się z daleka
milczącym mędrcom,
tak jak być powinno
,a nie jest.
Kolory: czerwony i zielony, niebieski i żółty,
zostaną rozprowadzone we właściwych proporcjach
Takze kolor czarny i brunatny,takze szary i fiolet,
oraz biel,
bo żadnego nie może zabraknąć.
Kłamcom sprawiedliwość pomiesza zmysły:
już nie bedą rozróżniali prawdy i zmyślenia.
Złodzieje będą okradać się sami,nawzajem.
Mordercy wymordują się pomiędzy sobą.
Sto małych pomniczków
przetopi sie na jeden, ale Wielki.
Tak będzie, kiedy przyjdzie sprawiedliwość.
Przyjdzie sama, nie przyspieszymy tego
ani tego nie opóźnimy.
Przyjdzie sama nieunikniona jak świt.
Stół zaśnieżony światłem nocnej lampki
Na nim zapałki i paczka albańskich papierosów
Wysypisko popielniczki i opróżniona w jednej czwartej
Butelka olmeca tequila z papuzią etykietką,
złotymi rysunkami Inków.
Dobry list z krakowskiego pisma,
i nie groźny druk z prokuratury rejonowej,
maszerujący tytuł tygodnika "Solidarność"
z biało-czerwoną chorągiewką
niesioną przez N jak Nieznany,
jeden kieliszek do koniaku
teraz odpoczywający.

Namaluję później tę martwą naturę literami.
Maszyną do pisania, jak pędzlem - Martwa Natura.
Taki będzie tytuł tej martwej natury.

Dlaczego martwa?
Zastanawiam się teraz i wreszcie wiem!
Żeby było życie, trzeba drugiego człowieka.
Kobieta, mężczyzna - nie ważne,
tymczasem siedzę ciągle sam.
Malarz, który maluje maszyną do pisania
martwe natury.

Żeby było życie, trzeba drugiego człowieka.

J. Rybowicz
Znów znalazłem wolną chwilę wczoraj wieczorem. Siadłem i wziąłem wiersz Rybowicza. Nie siedziałem i nie myślałem zbyt długo. Prosta, osobista refleksja na temat dorosłości. Oj, przepraszam - dojrzałości. Co pisze poeta? Że coś po drodze mu wypadło z głowy. Jakieś cele, które sobie postawił będąc w pełni sił. Może już wtedy zjadała go samotność, może chciał się "wyalienować", lekko odłączyć od świata ciągłego zabiegania, ciekawych wydarzeń i kolejnej wykopanej przez geniusza dziurze na księżycu. Kiedy człowiek robi się nadwrażliwy, kiedy jego uczucia stają się silniejsze od niego i go przytłaczają, wtedy gubi dojrzałość, która wedle stereotypów wynika z wieku i bagażu doświadczeń. Artysta jest podatny na utratę dojrzałości emocjonalnej. Być może dojrzały był jedynie przez dwa, trzy lata swego życia? A potem zaś zapomniał jak radzić sobie z cierpieniem i samotnością?

Dojrzałość

Miałem w życiu ważną misję do spełnienia.
Dziś już zapomniałem jaką.
Chciałem kiedyś napisać książkę mojego życia.
Dziś śmieję się z tego.
Nie interesuje mnie już kobieta,na którą oczekiwałem drżąc.
Jeśli zacznie się najcudowniejsze,
najbardziej frapujące,
jedyne w swoim rodzaju
widowisko świata - nie wołajcie mnie!

Nie budźcie mnie o świcie,
nie tęsknie za uroczymi wschodami słońca.
Podobno jutro będą witali kosmitów.
Jestem zbyt leniwy, aby pójść.
Powiedziałem księgarzom, aby nie odkładali dla mnie
najnowszych bestsellerów.
Jeśli zaprosi mnie królowa angielska,
usprawiedliwcie mnie czymkolwiek.

Trwanie, słodkie lenistwo
- oto najwyższa sztuka.
Jan Rybowicz. Zawsze, kiedy nurtują mnie trudne pytania dotyczące człowieczego życia, życia w którym mało jest chwil takich prawdziwie radosnych, z miłą chęcią sięgam po "Samokontrolę" tegoż Twórcy. Wyczytuję w niej rzeczy, które dzieją się wokół, a na które nie zwracam uwagi. I chodzi tu o pozornie błache i proste rzeczy, np. czy moja postawa ukazuje jakie mam samopoczucie. Janek (pozwolę sobie zdrobnić) już na początku "Samokontroli" opisuje szereg różnych postaw, które obserwuje u ludzi stojących wraz z nim na przystanku autobusowym. Co robi? Stara się wybrać którąś, która byłaby dlań wygodna. I co się okazuje? Żadna praktycznie nie jest. Za każdym razem czuje się dziwnie. Co dalej? Wsiada do autobusu, w którym panuje tłok. Tuli się do "przystojnej kobiety" hm... powiedzmy od tyłu, co powoduje u niego erekcję. Z kolei na niego od tyłu napiera jakiś pijany gość. Powiem Wam, że ja zastanawiam się nad takimi rzeczami częściej niż kiedyś i jak tak dłużej się zastanawiam nad nimi, zauważam, że faktycznie nie każda postawa jest całkowicie wygodna i nie pasuje do tego jak się czuję. Niby głupie... a jednak. Na samym końcu opowiadania, Janek wchodzi nareszcie do domu (podróż w autobusie była z pewnością dlań męcząca...) i zaczyna rozmawiać ze wszystkim. Z meblami, naczyniami... bo to tylko one czekają na niego w tym pustym i zimnym domu. Ktoś by powiedział, że to schizofremia. Czyli choroba. To trochę straszne. On choruje z samotności. Oczekując na kobietę. Tę jedną, jedyną. Choruje, bo pragnie kochać i być kochanym. Czekał na ukochaną naprawdę. A ona przyszła dopiero na końcu. Za wcześnie, oj za wcześnie. Koścista Kostucha. Dlaczego sięgam po to opowiadanie? Bo nawet ne wiecie, ile tych "dziwactw", które Janek wyprawiał, popełniam także ja. I jest fajnie, kiedy świr czyta Świra. Dlatego ta i kolejne moje notki będą moim obcowaniem z twórczością tego legendarnego, tragicznego, nadwrażliwego Poety. Trochę się podziele z Wami moimi refleksjami. Bądź, co bądź - czuję się z nią związany Czy Was też ruszają jego wyzniania miłości? Może jego słowo do Was już kiedyś trafiło? Napiszcie...

A ona cicha

A ona cicha jak zmierzchanie.
Snuje się wiotko przez pokoje.
Wargi różowe ma, wilgotne.
Jej twarz pochłania całe światło.

Hiszpańskie włosy, oczy szklane.
A ciało to bułeczka ciepła.
Czasami uśmiech mi przesyła
a wtedy staje w biegu serce.

Jest niepozorna, jakby wcale
.
Wypełnia pustkę jednocześnie.
Przyzywać ją można jak wspomnienie,
dobre wspomnienie, dobrych dni.

Potem zapomnieć, potem schować,
by móc wydobyć w każdej chwili.
Jak dobry wiersz, który jest w książce,
która jest w mojej biblioteczce.

A nocą się zasłania snem,
jest niewidoczna, aż do dnia.
Ale dzień wstaje, ona wraz z nim.
I jest w nim aż do nocy znów.

W mych snach jej nie ma.
Czemu, nie wiem.
Może dlatego nie chce być,
by nie przeszkadzać. Cicha tak.

Może dlatego nie chce być, by nie przeszkadzać. Cicha tak.
Piękne.
Po prostu piękne