"GDYBY TAK POWIAŁO ZDROWO...
TO BYM JESZCZE RAZ POFRUNĄŁ..."

Ostatnie wpisy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kreatywnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kreatywnie. Pokaż wszystkie posty


Zwykły, chłodny, marcowy wieczór. Siedzę akurat w pracy, jest chwila przerwy, spokój, to mogę pisać. Od kilku dni śni mi się krótka wycieczka do Gdańska. Nietypowa dość wycieczka, bo jadę do Gdańska z początkiem kwietnia, kupić gitarę. W moim przypadku, jest to wyjazd na drugi koniec Polski. Mam pod nosem kilka sklepów muzycznych, w tym dużych sieciowych salonów z dość pokaźną liczbą gitar. Ale ja się uparłem, że pojadę do Gdańska. Mój obecny instrument lekko dogorywa. Pomoc lutnika zapewne pomogłaby, tylko problem w tym, że dobrych lutników w Polsce jest bardzo mało, a rzemieślnicy z salonu muzycznego nie są godni mojego zaufania. Nie powierzyłbym im nawet takiej, nie drogiej w sumie gitary. Nadarzyła się więc okazja kupić coś nowego, a skoro mogę sobie pozwolić, bo mam perspektywy, nowe motywacje do rozwoju i niesamowity zespół, w którym kocham grać już od lat, postanowiłem zainwestować.

Gdańsk, to miasto oficjalnego dealera gitar marki Martin. Co ciekawe, trudno wskazać młodego pogita, który Martina instrumenty zna. To trochę smutne, bo większość z nich nie wie, że najpopularniejszy kształt pudła gitary akustycznej wymyślono właśnie w manufakturach Martina, a pozostałe firmy bez wyjątku, korzystają z tego. Właściwie nie ma się co dziwić, że mało kto z garażowych szarpidrutów "Kirk Hammet wannabe" słyszał o Martinie. W porównaniu z popularnymi T. Burtonami, Takamine, Ibanezami, czy innymi Morrisonami, Martiny są drogie. Poniżej dwóch tysięcy złotych ciężko znaleźć pudło normalnych rozmiarów (większość w tej cenie to takie wersje pomniejszone). No i poza Gdańskiem, ewentualnie Bydgoszczą raczej nie ma dojścia do szerokiego wyboru tych gitar. Pomijając już fakt, że Martin produkuje tylko gitary akustyczne.

Ale dlaczego tak się uparłem na tego Martina? Cóż, lata wstecz dowiedziałem się, że na jednym z droższych, rzekłbym nawet legendarnych modeli gra Krzysztof Myszkowski. Lider Starego Dobrego Małżeństwa - mojego zespołu katharsis. Zespołu, na którym się wychowałem i który przejął pałeczkę wychowania mnie od moich rodziców bez ich wiedzy. Zacząłem szukać, czytać - co to za marka (a byłem wówczas tak samo nieświadomym pogitem, jak te dzisiejsze małolaty). Nagle okazało się, że na akustykach Martina gra Eric Clapton i John Mayer, a także panowie z Blueberry Smoke. Szukałem dojścia w Polsce. No i tak znalazłem Gdańsk. Tylko wtedy nie pracowałem, nie miałem żadnych pieniędzy, a instrument Martina był poza osiągalnością.

Najlepsze, że nigdy wcześniej poza próbkami i recenzjami na YouTube, nie miałem Martina nawet w ręce. Będę bardzo wściekły, jak dojadę do Trójmiasta, a brzmienie upatrzonego modelu mi nie podejdzie...

Zamierzam wydać na gitarę do czterech tys. zł. Nie więcej. Ponoć w tej cenie mogę mieć doskonałe instrumenty innych marek i to wcale nie najgorszych. Ale nie przyjmuję tego do wiadomości. Ma być Martin i koniec.

To się nazywa hype? Zakochanie? Ślepe ufanie złoconemu logotypowi na główce gryfu? Być może. Ale tak bardzo nie mogę się doczekać tego zakupu, że aż mnie portfel swędzi.

Teoretycznie gitarę można zamówić przez internet. Cóż... nie odważyłbym się. Instrument trzeba dobrze ograć w sklepie. Dlatego wszystkim kupowanie gitar na odległość odradzam. Tu trzeba mieć 100% pewność. Zaufać swojemu uchu, potem sercu, ewentualnie wzrokowi, jeżeli wygląd instrumentu jest dla kogoś ważny.

To będzie nowy etap w moim twórczym życiu. Z zespołem pracujemy nad nowymi kawałkami, niebawem otwieram całkiem nowy kanał na YouTube, zamykając tym samym ten mój poprzedni. I bardzo chcę jeszcze jednego. To takie drugie marzenie. Chciałbym w końcu napisać swoją pierwszą piosenkę. Swoją. Od początku do końca. Proza zawsze szła mi nieźle, ale kiedy brałem się za tekściarstwo... strach wspominać. Gram całkiem nieźle, mam jakąś tam swoją technikę, swój styl. Kij z tym, że wynika on z wielu prób uczenia się technik, które... porzucałem, ale może w tym jest jakieś życie? Gdybaniem i zastanawianiem się jeszcze nikt daleko nie zaszedł. Trzeba brać się w garść i podejmować próby.

Przerwa się kończy, spokój się rozchwiał. Trzeba wracać do brudzenia rąk.
Zapewne stali bywalcy pamiętają strzępy mojej prozy, której bohaterem był młody artysta - Konrad, który przemierzał kraj z gitarą i piórem, wyławiając indywidualne dusze, niczym perły i bratając się z nimi. Bądź, co bądź znów odnalazłem Konrada. Usiedliśmy przy stoliku, przy butelce tequilli on opowiadał mi kolejne urywki ze swego niesamowitego życia, a ja je opisywałem. Spiszę je tutaj, nie wszystko jednak. Karty w zeszycie nie są jeszcze do końca zapisane, ale istniejąca część umieszczona w nokturnach będzie motywacją i inspiracją do dokończenia opowieści.


   Pociąg nocny, posępny i niewygodny wiózł Konrada poprzez osiadły gęsto mrok świata. W niewielkiej przestrzeni przedziału unosiły się w papierosowym dymie szepczące niepokojąco myśli. Ich zgiełk wprowadzał Konrada w niemal półsenny trans, ale jednocześnie przytłaczał. Nieuporządkowane, dość świeże wspomnienia, ich cienie pozwalały się oglądać pod przymkniętymi powiekami. A były w nich ruchy, spojrzenia barmanki, której artysta miał już nigdy nie spotkać. 
   Równy, rytmiczny stukot wagonów synchronizował się z refleksami świateł z zewnątrz, z rozpędzonego świata. Twarz Konrada podparta o dłoń na przemian jaśniała i ciemniała. I tak wreszcie pociąg zawiózł go w sen. Kiedy znów otworzył oczy, za pokrytą licznymi kropelkami szybą czaił się blady świt. Zza lustra widocznego w oddali jeziora wschodziło słońce, promieniami zdobiąc potwory futurystycznej technologii - olbrzymie satelity przypominające balony, z tym że zamiast koszy, posiadały tajemnicze urządzenia absorbujące grawitację. Konrad zadrżał z zimna. Zamknął natychmiast okno, po czym spojrzał na wyświetlacz telefonu komórkowego, by sprawdzić godzinę. Mimochodem w rogu ekranika zauważył ikonkę koperty. Nowa wiadomość tekstowa. Jej treść brzmiała następująco:

Cześć Konrad! Śniło mi się,
że jedziesz pociągiem do U.
Moje sny nie kłamią, a ten oznacza,
że musimy wreszcie pogadać. Bóg jeden
wie, kiedy wrócisz do domu. Bedę czekał
na dworcu w U.

   Autorem wiadomości był Miro. Jeden ze słownych towarzyszy Konrada. Więcej niż kumpel, dużo mniej niż przyjaciel. W U. pociąg miał być niebawem już, artysta więc wstał z siedzenia, ściągnął z półki bagażowej swoją gitarę, po czym udał się na korytarz. Nieliczni pasażerowie, w większości jak zauważył Konrad, w szarych, betonowych, także niewidocznych, czy niewyraźnych twarzach również przygotowywali się do wysiadki.
   Minęło może dziesięć minut i pociąg zwolnił, wjeżdżając w już nie zielone, a sine, popielate, tętniące sztucznym życiem pola. Ujarzmione postępem świata, ze wszczepioną pracowitością poruszały się po nim mdłe postacie jak zjawy próżne trącane w niebyt. Świat zwykł ich nazywać robotnikami. Cienie kominów porozrzucały noc w asfaltowe pola, a ich kłębiące się dymy dolewały ustawicznie szarości do całunów bezkształtnych chmur. Dalej z monumentalnych magazynów wyjeżdżały w taki świat pancerne pojazdy, masywne transportery kierowane przez owe próżne zjawy, zdać się może wierne nad wyraz tym technokratycznym świątyniom i ich demonom.
   Głos znużonej kobiety przebijał się zza zasłony jęków hamującego pociągu, by ostatecznie do uszu wszystkich pasażerów mogła dotrzeć końcowa część komunikatu - "pociąg skończył bieg". I wreszcie kupa złomu utrzymywana przez koleje państwowe zatrzymała się i silniki umilkły na dobre. Powiew chłodnego wiatru huknął w lewe ucho Konrada na powitanie, a zawtórował mu grzmot z pobliskiej fabryki. Bezbarwni ludzie rozpłynęli się w powietrzu, pozostała tylko para zakochanych tuląca się na drugim końcu peronu, rozwlekając powitanie w nieskończoność i topiąc się w płynach ustrojowych.
   Po brudnej, zapewne przynajmniej rok nie sprzątanej rampie walała się pierwsza i ostatnia strona jakiejś pomiętej, ubrudzonej czymś brązowym jutrzejszej gazety, a pod jedyną nie zdemolowaną ławką kimał zakapiorny anioł. Od czasu do czasu zadrżało mu czarne skrzydło.

C.D.N. 
Wczoraj wybrałem się na wycieczkę w pewne magiczne miejsce w Bytomiu. Razem z moim najstarszym bratem odwiedziliśmy Dolinę Dolomitów, która jest częścią rezerwatu przyrody Segiet. To, co było w tym wszystkim niesamowite, to to, że jeszcze nigdy w Dolomitach nie byliśmy, mimo iż to miejsce jest "pod nosem". Kilka przystanków tramwajem, piętnastominutowy spacerek i już jest się w miejscu, gdzie powietrze jest tak zdrowe, że możnaby stawiać tam uzdrowisko. NAPRAWDĘ! Pozwolę sobie zatem na małą fotorelację.

Budynek w tle, to ekskluzywna restauracja oraz pensjonat "Cztery pory roku". Bardzo przyjemne miejsce pod każdym względem.

A to bardzo przyjemny ogródek przed budynkiem restauracji. Musiałem to zdjęcie zrobić w stylu retro... szkoda tylko, że ogródek jeszcze nie czynny i nie ma ludzi.

Na terenie sportowej doliny można było spotkać trochę sympatycznych zwierzątek, np. sarenki, kozy, konia... i mniej sympatyczne - kury :P. Sarenki dały się podejść najbliżej i mimo iż były za bardzo gęstą siatką, udało mi się je jakoś dobtze uchwycić.

Taki widok w dolinie, to normalne. Niemal z każdej strony łypały na nas tajemniczo uformowane skały, uformowane tak przez czas. Tu kiedyś była kopalnia dolomitów.

Udało się przedrzeć przez gęste chaszcze i podejść pod dostojną, dolomitową skałę.

A na jedną nawet wejść i zrobić zdjęcie z góry.

To bajorko dopadła cywilizacja. Na zdjęciu wygląda ciekawie, jednak kilka metrów po lewej pływają sobie dwie duże opony.

Złamaliśmy zakaz i weszliśmy na teren zamknięty (ze względu na obsuwające się siakły), jednak ten wylot szybu prowadzący wgłąb starych sztolni trzeba było sfotografować. Tak sobie wystawał u podnóża wysokiego, stromego, kamienistego wzniesienia.

I na sam koniec, kiedy wracaliśmy już do samochodu, pożegnał nas zachód słońca.
A kiedy zrówna się dzień z nocą
A kiedy zejdzie się wiek z wiekiem
A świat nagle zamknie się w podkowę
Daj mi, o Panie, zawsze być człowiekiem
A serce moje, niech w Tobie zapłonie
Adam Ziemianin

"Niewiele pamiętamy tamtych dni. Nim przyszła z czterech stron świata ta burza. Ta wojna. Ale gdzieś w moim sercu tkwi przeświadczenie, że podświadomość nam się zachowała. I da znać o sobie. Wyczyszczono naszą pamięć. Może i niebo wyglądało inaczej w przeszłości. Może słowa miały inne znaczenia. Na tym padole rozłąki, kiedy powinienem czuć, że wreszcie zbliżam się do ciebie, moja Theli jedyne, co odczuwam, to smutek. Bo wiele się zmieniło. Nie zdziwiłbym się nawet, jeżeli wszystko. Kiedy zamykam wieczorem oczy, widzę proroctwo jeszcze kilku nieprzespanych nocy. Kiedy brnę w kulminację dnia, czuję senność, której nie ugasi żaden błogi odpoczynek. Pewnie to przez te zaburzenia świadomości, jakie miewam od dzieciństwa (którego nie pamiętam tak nawiasem mówiąc).
Czas nas zmienił, ukochana Theli, bo ze strachem piszę "ukochana". Czy ja nadal jestem tym samym człowiekiem? Kiedyś byłem Europejczykiem. Teraz jestem żołnierzem Części Jeruz. Dawniej walczyłem z kilkoma wrogami. Dziś mam przeciw sobie Część Kariot, a dawni wrogowie siedzą teraz obok mnie. Moi towarzysze broni. Od tamtej pory całą moją pamięcią jest wojna. I właśnie dlatego, dlatego tak bardzo boję się, że cię straciłem. Że już sam nie umiem kochać! Im bliżej jestem ciebie, tym bardziej tego się boję. "
To fragment tego, co teraz piszę. Można wziąć to za swego rodzaju prolog. Myślę, że to narazie wystarczy, by rozbudzić ciekawość...