"GDYBY TAK POWIAŁO ZDROWO...
TO BYM JESZCZE RAZ POFRUNĄŁ..."

Ostatnie wpisy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nokturny zawoalowane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nokturny zawoalowane. Pokaż wszystkie posty


   Odwiedził mnie Miro, kiedy wracałem z kilkuletniej włóczęgi do miasta. Skończyłem opisywanie miast samymi literami, choć jeszcze nikt nie zarzucił mi zżynki tego procederu z Dostojewskiego. Staliśmy tak z Mirem na uboczu dworca komunikacji miejskiej i gadaliśmy tak, jak dawniej. Czyli jak chore, odrealnione pojeby. Maski wrosły w nasze twarze na tyle, że możemy już z czystym sumieniem szeptać, mówić i wrzeszczeć, nie być i być w pełni sobą. To, o co zahaczył Miro w rozmowie było kompletnie w jego stylu, a mi nawet po kilkuletniej rozłące z miastem, ciągle przechodziło mimochodem, choć istotnie ciekawe.
    - Nie ogarniam. Kojarzysz to miejsce spotkań z Krwi Elfów? Tam, gdzie Jaskier śpiewał, a potem na temat jego ballady wzburzyła się płomienna rozmowa? - Zaczął.
    - Ten prastary Dąb? Miejsce przyjaźni, czy jakoś tak.
    - Taa. Tu jest podobnie, tylko nikt z nikim nie rozmawia.
    - Serio? - Rozejrzałem się po chcących odjechać na złomowisko peronach.
    - Tam był druid, kupcy, elfia arystokracja, krasnoludy kowale, herbowi rycerze, starzy, młodzi...
    - Dobra, kumam. A tu masz dziada, dziada, menela, cwaniaka, dresa, cwaniaka, kobitę z wąsem, dziewczynę z wąsem, ciawusa, ciawuskę, kobitę z wąsem, pedała, pedała z koprem i studentkę ubraną w zbiorowy gwałt wzrokiem dresa, menela, cwaniaka i ciawusa. A nie. Ciawus udaje, że udaje, bo ciawuska może mu przypierdolić.
    - Tylko ogniska brakuje, dlatego nic ich nie łączy. Ogniska mają moc wiążącą.
    - Cóż... jest koksownik. Ale nikt się przy nim nie grzeje, bo nikt nie chce być w sąsiedztwie reszty. Tu strefa komfortu ogranicza się do pięciu kostek brukowych.
    - A Ty?
    - Co, ja? Jestem jednym z nich. Pełen własnego, niepodzielnego zadowolenia i podzielnej niechęci wzajemnej. To łączy nas wszystkich w Bytomiu.
    - Ale się cyniczny zrobiłeś w tych Bieszczadach. Gdzie Twoje skrzydła? Serce na dłoni, dusza na ramieniu i trzecia ręka przewieszona przez plecy?
    - Spaliłem rękę, kiedy było mi zimno. Długo się paliła. Mahoń długo się pali.
    - Weź przestań. Ale jedno mnie nurtuje. - Mira nurtowała oczywistość. Jak zwykle. - Ci ludzie z pamięci wiedzą, o której co i gdzie odjeżdża? Żadnych rozkładów, czy numerów linii...
    - W większości tak, a reszta, co jeździ sporadycznie, rozgląda się po ludziach.
    - Cholernie bogaty przekrój osobowości.
    - To jest tak. Jak biednieje miasto, wzbogaca się przekrój, jak to psychologicznie ująłeś, osobowości. Nie ma pieniędzy na remonty domów, areszty pęcznieją od ciągnących na lewo prąd, a ciawusy pomagają w likwidacji zwłok przemysłu. Idzie im to sprawniej, choć nie mają dźwigu i maszyn ciężkich, a dwukółki i żyłkę do interesów. Jest jeszcze kilka mechanizmów, ale nie o wszystkich wiem. I teraz stoisz tu ze mną i możesz odgadywać. Jeśli tu mieszkasz, to wiesz. Tamta grupa starych ludzi czeka na 42. Jedzie przez wiochę, a tam głównie starzy żyją swoimi parafialnymi obowiązkami. Obok tej grupy stoi całkiem zwyczajny pacjent i gdyby miał więcej chodnika, stałby dalej. Ten busik jedzie do Będzina, za granicę. Wiesz... Zagłębie, to nie Śląsk. Obok stoi wiekowa mieszanka i trochę studentów. Wszyscy wyglądają inaczej. Też jadą za granicę, do Sosnowca. Tam, gdzie to mrowie licealistów i gimby jest przystanek 623. Jadą do Miechowic. Jest ich tylu, że jadą turami, a ten bus jeździ co kilka minut. Tu, najbliżej nas, gdzie widzisz gwałconą wzrokiem studentkę i kilkunastu eunuchów, czeka się na 820, względnie 830. Jadą do Katowic. Te busy mają najmłodszą załogę.
    - Skąd wiesz, że to eunuchy? - Niepotrzebne pytanie, bo Miro na pewno domyślał się mojej chorej odpowiedzi.
    - Bo noszą rurki. Narzędzi nie pomieścisz.
    - A tam na skraju?
   - Szombierki, Bobrek, Karb, Halemba. 146 i parę innych busów. Widzisz, chłopy z roszczeniowymi mordami i wąsate kobity. Wypisz, wymaluj mieszkańcy górniczych kolonii. Emerytowani górnicy, którym mało i szukają roboty na stróżówkach i sieciach ochroniarskich.
    - Przecież ten tam ledwo się o laskę opiera. Jaki ochroniarz?!
    - Widzisz, to jest dodatkowy atut. Laska wyraża więcej, niż pięć języków obcych.
    - Nabijasz się...
    - Nie. Laska znaczy "ćwierć etatu, 4zł za godzinę netto". To więcej warte, niż młody, bitny chłopak po szkoleniu z ambicjami na co najmniej najniższą krajową i pełen etat.
    - Paranoja. - Miro poddał się.
    - Nie mów tak. Nie wypada. Każdy ma swój ekosystem i jakąś estymę.
    - Co to za estyma? Z takimi ludźmi ma być dobrze w tym mieście? Przecież to cwaniaki, roszczeniowe mendy, złodzieje i...
    - I problem w tym, że cwaniactwo z góry traktujesz jako wadę. Mówiłem o bogactwie osobowości. I dodam, że nie widziałem dotąd miasta mogącego się porównywalnym bogactwem pochwalić. Wszędzie widoczni ludzie żyją od linijki, są poukładani, wyrośnięci i zdziczali w swoim oswojeniu. Tutaj nie. Tu się w ludziach budzą takie instynkty i determinacje, że aż miło popatrzeć. Ja się ich czasem boję. Rzuciłbyś paru takim po milionie złotych, mówiąc, że mają tym hajsem poobracać jak chcą, gdzie chcą, że nie istnieją teraz urzędy, podatki, działalności, czy formularze, a już nigdy nie zobaczyłbyś na oczy obdartusa. Jasne, byliby też tacy, którzy by to przepili, ale oni nie istnieją naprawdę. To zlewy, które są w bogatych i biednych miastach. Wszędzie odsunięci za margines. Dlatego ich się nie liczy.
    - I jak niby obracaliby takim kapitałem?
    - Nigdy się nie dowiesz. Po prostu by mieli więcej i więcej. Wystarczyłoby tylko pozwolić im zarabiać zgodnie z własnym sumieniem.
Miro westchnął niepewny swojego podziwu, zdumienia, czy pogardy.
    - I Tobie się tu chciało wracać?
    - No... - wziąłem głęboki, smogowy wdech -... nigdzie indziej nie nauczą mnie żyć obserwacje. Jeżeli chcesz uczyć się życia, najlepiej to zrobisz bytując gdzieś wewnątrz tego, jak to pięknie psychologicznie ująłeś, przekroju społecznego.

z pamiętnika Konrada

   Ci, którzy wyśmiali moją podatność na mróz, byli jedynymi, z którymi zamieniłem przed kilkoma dniami ostatnie jak dotąd słowa.
   - Słyszelimy o Ludziach Gór. - Sapał cuchnący próchnem dziad. Ale całkiem sympatyczny. - Ale to to Gorce bardziej, nie? Czy już bieszczad sanocki?
   - Nawet bliżej. - Miałem wrażenie, że moja zerowa od zimna dykcja czyni mnie w oczach starucha największą sierotą świata. - Ostatnie większe siedlisko, to dawne schronisko "Enklawa". Przełajka na płaskiej misie między Polańczykiem, a Wołkowyją. Tego pan może nie wiedzieć. Ale tamta konfraternia była niezwykle związana. Nie bez trudu udało mi się od nich odłączyć.
   Dziad zasępił się i zabuczał ponuro. Chyba słyszał więcej niż można było się spodziewać.
   - Iście bida. - Mruknął. - Jak już ostatnie sztandary braterstwa i honoru same się rozdzierają.
   Naprawdę było zimno. Niecierpliwiłem się.
   - Proszę pana, nie mam czasu na refleksje nad ideałami.
   - Myślałem, że to bujda. - Wyjaśnił starzyk. - Alem rychtyk słyszał o nowych ustawach kiepów, które głoszą, że każdego w rewirze Podkarpacia napotkanego łazika niezwłocznie doprowadzić do cytadeli, a samym zjawom nakazano ujmować łazików natychmiastowym nakazem pracy. Ponoć wielu z was połapali, jak zaczęli często dybać ze wzgórków do mieścin, gdzie chleba i prowiantów nakradli. - Zmierzył mnie uważnym, prawie policyjnym wzrokiem. - Ale w imię czego to tak czyniliście?
   - Dziadu, zamarznę zaraz kurwa, naprawdę mi nie w ząb tłumaczyć idee, mówiłem już.
   Stary zarechotał jak zdychająca ropucha.
   - Aaaa! Żeś w sedno utrafił młodziku! Dyć nie w ząb, bo zębów ci braknie zarozki! - Rozbroił mnie jego szczery, poczciwy, dobry uśmiech. Prawie o takim już zapomniałem. - Właźże do chałupy, żywo! Moja Łemkynia nagotowi herbaty jakiej i pajdy z kunserwą zrobi. Wchodź, wchodź. Jedna nocka cię nie zbawi, a musisz pomocy konkretnej potrzebować, skoroś w portki nie narobił idąc tu.
   Wprowadził mnie do swojej skansenowej chaty.
   Krostą skansenu chałupa była jedynie z zewnątrz. W środku tętniła życiem spójna nowoczesność, bez znamion przeżytku i wyrwanych z kontekstu aranżacji. Stary najwyraźniej nie był tylko wypalaczem węgla, przynajmniej nie zwykłym. Retorty i wszystkie polanki ze ścinką w okolicy, po prostu należały do niego. Zawahałem się, kiedy zostałem zaproszony do sporego dziennego pokoju, gdzie z rozdziawioną gębą spoglądał na mnie ogromny telewizor feerią, jaskrawych barw i ostrym obrazem. Siadłem przy szklanym stole na metalowym, obitym skórą, wysokim krześle. Przez ścianę za telewizorem chciały uciec trzy sfotografowane dziewczyny. To były bardzo dobre, miękkie portrety całych, idealnych wręcz sylwetek. Nad oliwkową sofą, na zachodniej ścianie, fałszywe okna chciały być otwarte na modernistyczną panoramę nowego miasta, a metr dalej Katarzyna II czuła się prawdziwie carsko, wraz z Wilhelmem II rysując grubą kreskę na mapie, tak dobrze mi znanej, a mapa chyba chciała wyć, jak ciało, bez znieczulenia połowione skalpelem. Reszta ścian nie znała żadnych twarzy, czy kwiatów, a nawet scenek rodzajowych i fotograficznych wariacji światłem, a jedynie ściana południowa usiłowała zatrzymać czas w obecnie obowiązującej strefie. Bezskutecznie, a jakże.
   Przewiesiłem grubo łatany płaszcz przez oparcie krzesła i czekałem. Ten człowiek mógłby teraz telefonować do najbliższej cytadeli, gdzie zjawy dobrze nagradzały tych, co pomagają łapać bezrobotnych włóczęgów. Ale ja nie miałem nic do stracenia, a ostry jak brzytwa sopel lodu topniał na otuchę, płatek róży ożywał szczerą czerwienią. Kiedy zobaczyłem, jak wysoka, blada kobieta o twarzy hardej mimozy wnosi na sporym talerzu kromki chleba, posmarowane świeżym masłem i od serca przełożone konserwą, tuńczykiem, żółtym serem, pomidorem i papryką, poczułem że chyba mam swoje osobiste prawo zapomnieć na jakiś czas o tej zimie, wielokropku nie kończącym złożonego zdania i od uspokojenia akcji serca rozpocząć nowy akapit. Nieoczekiwanie jakaś irracjonalna wdzięczność... zupełnie irracjonalna i nienormalna wdzięczność wypłynęła mi ze zmęczonych oczodołów. Łemkynia patrzyła na mnie zupełnie bez wyrazu, że aż zacząłem wątpić w jej człowieczeństwo. I nie wiedziałem, co się stało. Po prostu jadłem kanapki, doprawiając je płynną solą łez.



 z pamiętnika Konrada

   Zima w tych górach jest dla twardzieli. Ja nim nie jestem. I bynajmniej nie dlatego, że prawdopodobnie po szkliwie zębów został proszek, który co chwila omiatam językiem. Również nie dlatego, że tutejsi widząc jak drżę, śmieją się, że mam alkoholowe drgawki. Zima w górach jest jak silnie żrący kwas. Definitywnie wyżera resztki brudów, kończy odwieczny cykl życia, wypala smętne owoce przekwitu i na długi czas czyni byt nietykalnym. Albo czyni niebyt. Jednak nawet kwas nie potrafi być bezwzględny bezgranicznie. Szkło jest odporne na kwasy - uczyli mnie w szkole. Nie powiedzieli, że uczucia też. I właśnie dlatego zima jest dla twardzieli. A nauka ma granice.
   Tutejsi mawiają, że kiedy nawet ubierzesz się najcieplej jak możesz, to tylko oszukujesz członki. To sprawia, że każda jedna warstwa odzieży mniej, czyni je jeszcze bardziej podatnymi na mróz. Koniec i kropka. Zima jest i być musi. Lepiej do tego przywyknij, albo oszukuj się dalej i złorzecz na aurę, aż sam zajdziesz w głowę, co ci bardziej przydatne.
   Nie pierwsza to moja zima w górach, ale pierwsza odczuwalna. Mus ruszyć na przełęcze, potem dalej na Wschód, i dalej ku Gorgonom. Wciąż w jednym celu. A przełęcze zawalone śniegiem, nie tarmoszą się już tamtędy furmanki, ani nawet ciężarówki, bo dróg nie odśnieża nikt. Zbyt sporadyczny ruch za wschodnią granicę, by wypuszczać pługi. Tam nie zapuszczają się porządni i rozsądni ludzie. Ale ja nigdy nie byłem poprawny, mainstreamowy i zawsze z lekkim uśmieszkiem drwiny szedłem pod prąd. Tam, gdzie rozsądek stawia kropkę, nadzieja zawsze dostawia jeszcze dwie.
   I powoli stawałem się tym, kogo zrobić ze mnie chcieli. Im dziksze, oderwane od reszty świata sioła odwiedzałem, tym bardziej przekonywałem się, że kropka rozsądku zawsze jest tą pierwszą w wielokropku, a nadzieja miała zbyt poważnie naiwną przewagę dwóch kolejnych. Spoglądali na mnie spode łba ostatni żyjący Łemkowie, Bojkowie i dbający o rodowód Huculi, jakbym przybył z innego kontynentu, a prawo bytu w ich górach nie przewidywało miejsca dla jakiegoś kiepa. Gdyby tylko te zapadnięte, zawszone dziury, gdzie bękarty walają się w błocie wśród uryny i rzygowin ich psów nie znajdowały się na mojej drodze, sprzedałbym współrzędne tych wiosek pierwszej lepszej napotkanej zjawie z najbliższej cytadeli i pluł na zgwałcone chwilę później, ledwie przytomne śledzie tych ksenofobicznych zdzir. Gdybym tylko wiedział, jak traktuje się pielgrzyma, który poza wiktem, miską kaszy i kubkiem kompotu w zamian za porąbanie drzewa do węglowych retort, niczego od nich nie chce. Nie zdziwiłbym się, gdyby te świnie umierały wciąż na tyfus. Oj, nie. Bez gniewu przemierzyłem czerwony szlak, jedyne swoje mienie skarbiąc pod koszulą, w piersi, aż dojrzałem do myśli, że na tym szlaku wypluwa się krew i zostawia zdrowie. Zbyt długo byłem cieniem, prochem i złudzeniem wszystkich mnie mijających. "Córciu, idź dalej. Nikt tędy nie idzie. Nie zwlekaj patrząc na nikogo", "Zmierzcha już, nikogo nam pytać o godzinę i kierunki", "Kurwa w dupę pierdolona matka, ktoś mógłby się pojawić przed nami!". Tyle zwykle słyszałem od mijających mnie. "Ktoś" - czas teraźniejszy niedokonany, "Nikt" - najzwyklejszy przeczący zaimek. Nadzieja była najcieplejszą odzieżą, jaką teraz nosiłem i ostatnim ciepłem podtrzymującym przy życiu mój kurewsko przemarznięty stan. Nadzieja była ostatnim szlachetnym i dobrym uczuciem, jakie miałem  w sobie. Była jak płatek róży zamknięty w foremce do lodów, zalanej po brzegi wodą. Na krwawym szlaku szedłem bez gniewu zbyt długo.
   Aż w końcu postanowiłem założyć buty.
   Przyśnił mi się naukowiec jednej nocy pod śniegową kołdrą śpiąc. Ciekawy, wygłodniały wzrok, tępy, jakby po zażyciu kilku gramów amfetaminy. Wzrok mądrej kurwy w pośredniaku, mówiącej mi "spierdalaj" takim tonem, bym poczuł dreszczyk emocji na myśl o zbliżającej się wycieczce. Wiesz... typowe "sprawdź", "nigdy nie wiesz", "sprzedaj się mi, bo na tobie zarobię, a ja tu będę grzać swoje rodzynki w odbycie na wygodnym krzesełku".
   - Nikt normalny i zdrowy na umyśle nie wlazł w tą polsko-ruską Amazonię. - Mówił podnieconym głosem, bo chyba cała krew z mózgu spłynęła mu do kutasa. - Nie wiem, jaki masz cel, by forsować ten ostatni odcinek ery maczet, włóczni i szamanów, ale... - nerwowo przełknął ślinę, jakby cała nauka wchodziła mu głęboko w dupę łechcąc jakiś punkt "G". - ...ale jak już tam jesteś nawiąż kontakt, jakąś analizę poznawczą, zbadaj historię, legendy... a może oni tam inaczej wyglądają? Podobno Łemkynie są wysokie i napalone. Może strach przed całkowitym wymarciem tego słowiańskiego szczepu powoduje to? A potem opowiedz... albo nie! Świetnie piszesz! Napisz! Napisz i daj mi. Daj, a będzie nad czym spekulować na długie lata!
   - Byłbym zdrowy na umyśle, gdybym drżał z zimna na tym zadupiu w tym celu. Ale ty masz okulary, fartuszek i rumieńce onanisty spuszczającego się na fakty nowej anatomii, nie zrozumiesz tego, że te sioła są mi zwyczajnie obojętne, jak wzrost Łemkynii, łemkowskie pierogi i bojkowskie, czy łacińskie cerkwie. To tylko śmierdzące strzechy przy drodze, po której idę.
   - No to po cholerę tam jesteś? Tam dalej nic nie ma... nic. Tylko przeszłość i inna epoka.
   - Tak. Tam jest przeszłość i lepsza, dawna epoka. Ale nie w twoim znaczeniu.
   - Jebnięty... - stęknął, jakby podniecony, mądry kutas sflaczał podczas intelektualnej masturbacji.
   - Nie zrozumiesz. Nigdy. I niczym się nie różnisz od tych przygranicznych wieśniaków.
   Takie sny miewałem co noc. To tylko moja wyobraźnia i podświadoma pogarda do jajogłowych rysowała tego antagonistę w tak perwersyjnych barwach. Ale i tak nie miałem ochoty być kolejnym zjaranym Tonym Halikiem, ani charyzmatycznym Wołoszańskim i bynajmniej nie pogodnym Nowakowskim. I już chyba całkowicie byłem tym, kogo chcieli ze mnie zrobić ludzie. Czasem teraźniejszym niedokonanym i zaimkiem przeczącym.
z ostatniego listu Konrada.


Nie będziemy mówić za cicho, za czule
Los rozliczył nas ze słów zbyt miękkich
Wiatr nie ma siły i niechętnie już ust dotyka
Za dużo jadu na nich mamy

On nosi zmiany, pozwólmy mu nieść te lepsze
Choć tak kusi znów uczynić go posłańcem
Zapomnieć się, by łatwiej zapomnieć
Że choć wieczny, zmierza donikąd

Lepiej przywyknąć, lepiej ochłodzić
Z końca języka usunąć liter nadmiary
Zdjąć imperatyw jak stary plaster
Chłód zagoi, zabliźni posłowne zadry

Kto przez słowa zdobywa, słowami traci
Komu słów zbywa, temu słów zabraknie
Kto słowem zabił, tego zabije już odczyt wyroku...
Gdy sądzić będą go własne słowa

Nie patrz z zawodem, nie szukaj drugiego dna
I co? Nie umiesz mówić, bo teraz po twarzy wiatr
Smaga piachem po oczach, sypie do ust
Tyle warty był twój krzyk, tyle warty był twój krzyk
W ciemnych pokojach, punktowe światełka liżące blat. Mleczne smugi szklanych ekranów. Stukają opuszki palców miarowo i powoli. Jedyna pociecha w tym, że zabierają im czas i prowadzą jeszcze głębiej w noc. Piętro wyżej jakieś kroki, piętro niżej sen. Oni są cholernymi introwertykami. Używają tych samych słów, co ci drudzy i darzą siebie identycznymi gestami, tylko po to aby ich unikać za chwilę. Szukają zbywającego czasu, który niczym nie różni się od czasu prawdziwie wolnego. Kilka prostych, uroczych słów na smugach ekranów i jakieś nikłe cienie w punktowym świetle żarówek. A cała reszta idzie naprzód swoim tempem. A oni tacy nie na temat...
z pamiętnika Konrada


    - Czy myślisz, że miłość znika, kiedy się nie widzimy? - Miałem wrażenie, że Ona ma już dość wątpliwości w moich oczach, których tak bardzo chciałbym się pozbyć, ale nie potrafię.
     - Być, to być widzianym. A czy ja dla ciebie istnieję, kiedy nie ma mnie obok?
     - Tak.
    Znów bezskuteczna walka gdzieś głęboko w spojrzeniu.
     - Wiem co tam widzisz na dnie...
    - Nie bój się. To niczego nie zmienia. Po prostu muszę być bardziej zdecydowana, kiedy wkrótce stoczę tę walkę za ciebie. I dla ciebie. Walkę o ciebie. Może to samolubne z mojej strony, bo chcę widzieć w twoich oczach ten spokój i fascynację wszystkim, co moje. Jak kiedyś, gdy widziałam cię po raz pierwszy.
    - Nawet jeżeli, to ta fascynacja kiedyś ustąpi. Może dotkliwej normalności? Może upadlającej rutynie?
    - Ustąpi, wiem. Ale nie temu. Będziemy prości, będziemy naturalni, innych będzie to dziwić. Zmieniać się będziemy, a innymi słowy poznawać bardziej. Mamy na to całe życie. Tak jak wiele rzeczy powoli zmienia się w najbliższym świecie, tuż za oknem na tyle wolno, byś wciąż rozumiał i czuł, że w dalszym ciągu jesteś w domu. Bo to ten sam dom, te same fundamenty, te same ważkie akcenty, faktury, istotne detale, które mimo zmian za oknem pozwalają nadal to miejsce nazywać domem. Tak to będzie wyglądać.
     - A jeżeli wydarzy się coś... - postanowiłem mocne słowa, jakie noszę od dawna w sercu, teraz w końcu wypowiedzieć. W końcu... jeśli Ona nie kłamie, to niczego nie zmienią. - ...nieoczekiwanego. Widzisz, jestem bardzo niezmienny. Za bardzo być może cenię pokój sumienia, by obciążać je wyrzutami i poczuciem, że spowodowałem czyjąś pogardę mną. To może też egoizm? Ale wiem, że jeśli ktoś kogoś tu skrzywdzi, to będziesz to ty.
     - A uwierzyłbyś, gdybym tobie powiedziała to samo o swojej stałości i niezmienności?
    Nie wiedziałem co odpowiedzieć tym oczom, w których odzwierciedliła się iskierka bólu. Musiałem jednak. Musiałem ją sprawdzić tamtymi słowami. Sporo widziałem i doświadczyłem na szlaku. Chciałem ją sprowokować do walki o mnie już teraz. I chyba mi się to udało.
    - Dobrze, nie mów nic na razie. - Rzekła niespodziewanie spokojnie. - Nie mam zamiaru uzurpować sobie tak prędko twojego zaufania. Zapamiętaj jednak jedno. Kiedy za długo będę milczała, uruchom inne zmysły. Takie, które dostrzegą w ciszy moje gesty. Bo nimi udowodnię ci i rozliczę się z każdego słowa, które dziś wypowiedziałam.


(...)A teraz Jej już tylko mogę szukać, choć tyle niewiadomych, tyle złych poszlak, że miałeś Niepoprawny Ikarze rację. Jeżeli jednak się myliłeś, to niech wezmą cię diabli.
Coraz więcej wkoło ludzi
O Człowieka coraz trudniej
Moja bardzo wielka wina
Edward Stachura

Strasznie przytłaczał go chaos, jaki panował w wagonie. Nie lubił podróżować w tłoku, co na szczęście rzadko zdarzało się rzadko. Tamtego popołudnia natomiast nie słyszał nawet własnych myśli. Trzydziestka, może czterdziestka młodych ludzi, najwyraźniej wracała z jakiejś szkolnej wycieczki. Nauczyciele, nawet jeżeli jeszcze żyli, nie mieli żadnego wpływu na rozwrzeszczaną, szeleszczącą i zupełnie niezmęczoną bandę gówniarzy.
Konrad westchnął ciężko i sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki, by wydobyć z niej odtwarzacz MP3 owinięty słuchawkami. Prawie zaklął, kiedy niestety okazało się, że bateria jest rozładowana, a nie ma żadnej zapasowej. Wtedy spostrzegł, że ktoś siadł naprzeciw niemu, uśmiechając się porozumiewawczo.
   - Cześć. – Odezwał się nieznajomy.
  Konrad kiwnął jedynie głową, mierząc nowego towarzysza podróży swoim rutynowym spojrzeniem, by ocenić po wyglądzie poziom ewentualnej konwersacji. Mężczyzna zdawał się być prostym, zupełnie przeciętnym człowiekiem, prawdopodobnie wracającym z pracy do domu. Nosił brązową sztruksową kurtkę, pod nią kremowy golf i ciemno granatowe jeansy. Zza przymkniętych powiek płynął czysty szafirowy kolor, maskując spojrzenie, jak gdyby nieznajomy bronił się przed siłą oczu i możliwością dostrzeżenia w nich wszystkiego. Na czole znajdowała się stara blizna, chyba po drucie kolczastym. Ręce mocno splecione na piersi sugerowały postawę zamkniętą, mimo to jednak mężczyzna odezwał się pierwszy i sprawiał wrażenie, jakby czekał na identyczny odzew, gdyż skinięcie głową w ramach odpowiedzi nie wystarczało.
   - Myślałem, że może rozmowa pozwoli odwrócić uwagę od tej rozkrzyczanej młodzieży…
  - Cześć. – Odrzekł w końcu Konrad zachrypniętym głosem. – Chyba zbytnio przywykłem do spokoju. Drażni mnie byle szum.
   Nieznajomy skrzywił usta w lichym uśmiechu i zerknął do góry na bagażówkę. Leżała tam gitara Konrada zamknięta w mocnym, sarkofagowym futerale.
   - Nic dziwnego, skoro jesteś artystą. Mam na imię Jerzy.
   - Konrad.
   - Miastowy outsider?
   - Raczej drogowy obserwator. Lubię jeździć pociągami. Widzieć w nich różnych ludzi, patrzeć na nich, odgadywać ich sumienia, osobowości. Pisać o nich.
   - O, to ciekawe. O wiele ciekawsze od nie zwracających na nic uwagi przejezdnych.
   Trafnie scharakteryzowany jako artysta, Konrad rozmyślał nad wyrazem twarzy Jerzego. Człowiek ten nie miał zbyt wielu okazji do rozmów przedziałowych. W zasadzie Konrad nie miał nic przeciwko takowym, a temat padł już wcześniej. Miało popłynąć wyjaśniające wiele rzeczy opowiadanie o zapętlonych, jak piosenka w odtwarzaczu artysty myślach tych wspomnianych, przezroczystych przejezdnych.
   - Tak mnie zastanawia... - Jerzy zaczął pierwszy. - Co bystre oko artysty może zauważyć w obcych twarzach?
   - Raczej, co może odgadnąć. Trudno jest coś zauważyć, ogarnąć którymś zmysłem, nie zamieniając z obserwowaną osobą słowa. A ja raczej nie rozmawiam. Zamykam przypuszczenia i oceny wewnątrz siebie. - Konrad spojrzał z ukosa na dwie młode dziewczyny, wycieczkowiczki stojące na korytarzu pociągu. Uśmiechnął się lekko. - To fascynujące, jeżeli zostawiasz dla siebie pewne wnioski.
   - Sporo ludzi nie ma czasu na myślenie o swoim życiu prywatnym,a co dopiero myśleć o obcych. - Zauważył Jerzy.
   - Rozmyślania nad swoim życiem zwykle kończą się tak samo. Nikt nie jest sam, bo wszyscy żyją w jakiejś społeczności. Kiedy zagłębiam się w trudne pytania o sobie samym, odpowiedzi albo nie znajduję, albo powraca wiecznie ta sama, którą usłyszeć chce moje ego. Lepiej poznasz siebie, odgadując wnętrze innych.
   - No właśnie, jak to jest? - Mężczyzna oparł głowę o okno dla większej wygody. - Brak innego wyjścia, chcąc rozwiązać problem z sobą, czy też strach przed potwornością marnego człowieczeństwa?
   - Gdyby człowieczeństwo nie było potworne, nie byłoby człowieczeństwem. Zobacz, dla ilu gatunków jesteśmy potworami. To gatunki mniejsze, których nigdy nie zrozumiemy, bez względu na to, jak dobrze wydaje nam się, że je znamy. My z kolei obawiamy się gatunków większych, które istotnie mogą nam zrobić krzywdę. Ale taka jest natura niektórych. Człowiek ma zawsze wybór, choć i tak dla świerszcza, mrówki, czy biedronki będzie potworem. - Konrad sięgnął po butelkę coli stojącej na stoliczku przy oknie. Pociągnął spory łyk. - Nie. Tego nie należy się obawiać. Nie obawiać się żadnych potworności, zwłaszcza tych w nas. Trzeba tylko wybierać dobrze i mądrze.
   - A zatem, szukanie źródeł swoich niezrozumiałych zachowań?
  - Możliwe. - Artysta cmoknął i sięgnął po papierosa. - Nie wyjaśnię ci do końca na swoim przykładzie.
   - Pierwsze zaciągnięcie zawsze smakuje najgorzej. Konrad lekko się skrzywił i szybko popił colą. Jerzy wyjął swoje papierosy, zapalił i też szybko się zaciągnął. Ale artysta zauważył, że mężczyzna ma większą wprawę w paleniu. Pół metra gęstego dymu wydmuchał jak parę z ust na mroźnym powietrzu.
  - Dobrze, Konradzie. Pomijając już natury, powołania, potworności i zwyczaje poszczególnych gatunków, po prostu powiedz mi, dlaczego obserwujesz? Na to pytanie chyba znajdzie się nieskomplikowana odpowiedź?
   - Taki wybrałem sposób na życie. Najkrócej.
   - Dobrze... w takim razie rozwiń, proszę.
  - Widziałeś gitarę na bagażówce. Na tej podstawie oceniłeś, że jestem artystą. Ale sama gitara jeszcze nic nie znaczy. Może to prezent dla kogoś. Może po prostu nie jest moja. Może gram od święta na jakichś wiejskich potupajkach. Gitara jednak schowana w tym zmęczonym sarkofagu nakierowała twoje myśli na pewne tory, więc nie jestem dla ciebie powierzchownie tylko zwykłym kolesiem z gitarką. Zobaczyłeś coś jeszcze. Zirytowanie tą bandą smarkaterii, wymowna mimika mojej twarzy. Zajrzałeś dalej. Głębiej. I mój życiowy kontur odgadłeś trafnie. I ja robię podobnie. Gitara, słowo, pióro, papier i dzięki Bogu wciąż zdolne struny głosowe, to mój sposób na życie. Ileż można śpiewać o sobie i myśleć, z której strony by tu się jeszcze wyidealizować. Zacząłem patrzeć na żegnające się w spazmach wzruszenia i właśnie zasiewanej tęsknoty pary zakochanych, pod wiatami brudnych peronów. W tych gestach praktycznie obnażają się z emocji, które sypią się po kostce brukowej i toczą do studzienek. Jakże mógłbym tej wartościowej monety nie podnieść i schować tam, gdzie jej miejsce, czyli do sztuki? Cholera, Jerzy, oni mogą się nie widzieć lata, bo poza miłością nie mają nic, a on z tego tytułu jedzie na obczyznę zrywać truskawki, by móc swoją tęsknotę wyrażać prezentami i samą zarobioną gotówką dla niej. A tylu ludzi wkoło ma to w nosie, nikt nie zwróci uwagi, nie zawiesi choćby cienia myśli na nich, nie pochwali w duchu wzorowo okazanej sobie miłości w przedłużającym się nazbyt pożegnaniu. Dlatego robię to ja. Pewnie nie usłyszą o sobie nigdy piosenki. Ale ona będzie, jako moja słowno-muzyczna fotografia, gdzie w kadrze nut i fraz, królują oni. Ale nie każdego da się odgadnąć. Czasami po prostu nie ma czego odgadywać. Czasem nie wypada.
   - Słowem, po prostu szukasz Człowieka.
   - Jest coraz trudniej. Czy przykład tych dwojga jest dla ciebie czytelny?
   - Trafny. Zrozumiały. Au! Cholera...
   Jerzy roztarł wewnętrzną część lewej dłoni, sycząc z bólu. Zaraz potem, dziwną bliznę na czole.
   - Wszystko w porządku?
   - Tak, tak. Mów dalej.
    Przedział został zalany w połowie czerwienią z wolna zachodzącego słońca, a w połowie bladym, mocno kontrastowym punktowym światłem. Pociąg zatrzymał się na zimnym dworcu wynaturzonego miasta. Boczne, zachodnie światło omijało rampę peronu, po którym pasażer gęsto się ścielił i rozkładał na oczach tych dwóch w przedziale. Wiatr rozwiewał włosy w każdą stronę, a bezpańskie kundle szarpały kości, jak na powitanie znienawidzonego pana.
    Konrad otworzył oczy. Wagon był pusty i cichy. Jerzy nadal tarł obolałą dłoń posykując z cicha.
  - Stare rany bolą bardziej, niż nowe. Wysiadam na kolejnej stacji. Nigdy nie wysiadam na dworcach. - Powiedział Jerzy.
   - Widać.
   - Coś odgadłeś we mnie? - Uśmiechnął się, pochylił, opierając łokciem o kolano.
   - Odgadując mnie i słuchając mojej specyficznej mowy, której nie uświadczysz chyba przez długi czas, o ile w ogóle, odgaduję głęboko zakorzeniony strach przed brakiem Człowieka. Wysiadłbyś dużo wcześniej gdyby nie ja, przez tych bachorów. Tyle wywnioskowałem, kiedy mnie słuchałeś. Jak na ciebie patrzę, to jesteś chodzącym symbolem. Z tą blizną i tą nie zagojoną raną sprzed lat. Długich lat. Powracający ból, to ciągłe przypomnienie o końcu Człowieka. Blizna i rany są widoczne i zwracają uwagę, ale szary przejezdny jest wzrokowcem i nie powiąże ich z żadnym znaczeniem. Dla niego to obraz bez treści. Niczym picie z pustej szklanki, bo jest ładna i dobrze wygląda przechylana w stronę ust. Powierzchowność daje ci w kość. No i jak w każdej podniesionej przeze mnie monecie wartej ukrycia wewnątrz sztuki, jest w tobie coś więcej.
  - Nic dodać, nic ująć. Przynajmniej nie muszę się tego wstydzić. Więcej zobaczyć z pewnością możesz, ale wydaje mi się, że nie chcesz?
  - „Więcej” jest tylko twoje. Nie mam prawa uzurpować tego nawet dla takiego sacrum, jakim jest sztuka.
    Pociąg zaczął hamować. Dojeżdżał do małej, opuszczonej stacyjki, na której nikt nie wsiądzie. Jerzy podniósł się powoli.
   - Konradzie, kiedyś Człowiek uciekł ode mnie. Czasem namiastka Człowieka, kiedy już z nadzieją patrzę na powrót starych dni, rozpłynie się, bo przestraszy historii wypisanej na tych dłoniach, na tym czole. Trzeba było się spieszyć za każdym razem, by nie zdążyć się zawieść. Przywykłem do tego, ale potem prawie opuściło mnie poczucie sensu.
   Nie tylko ty, towarzyszu krótkiej podróży dzielisz ludzi na Człowieka i na zjawę. Byt wędrowcy nie jest korzystny dziś dla świata, ale potrzebny dla skrawka ziemi, po którym idziesz. Jest ostatnim śladem ratunku na wszystkich szlakach, gdzie ucieka ostatni Człowiek. I ja tam zmierzam, na spotkanie niespodziewane. Dziś nie musiałem się nigdzie spieszyć. Zauważyłem, kto wie, może dzięki nieobecnej już młodzieży, z kim dzielić będę przedział. Konradzie, jesteś Człowiekiem, którego nie spotkałem dawno. „Dawno temu usilnie myślałem o ratowaniu świata, potem ludzkości, a potem by się nie narzucać ni światu, ni ludzkości, zacząłem mierzyć siły na zamiary i postanowiłem ratować, co się da”.
    - Piękna parafraza... - Konrad uśmiechnął się pełen uznania.
    - Wiedziałem, że nie będzie ci obca. - Jerzy wyciągnął dłoń w stronę artysty. - To była prawdziwa radość i uciecha dla serca poznać kogoś, kto omija kurtuazyjne „nie znamy się jeszcze na tyle, by gadać o duszy i wzruszeniach” i potrafi z Człowiekiem nie trwonić słów na wymianę uwag na temat gustów, pochodzenia, ulubionych zwyczajów, tylko przejść do rzeczy. Tak mało dziś rzeczowych rozmów toczy świat. Ludzie wszystko chcieliby poznać i zaszufladkować.
   - Bywaj zdrów, Jerzy. Moje „dziękuję” płynęło od samego początku
   - Bywaj!
   Konrad zaniósł się milczeniem. I jechał dalej, szukać poezji.


    Poprosił ją łagodnie, by nie pytała o minione dni. Odkąd patrzył na Nią, jak na najważniejszą Teraźniejszość Swoją, bał się, że wspomnienia Mu Ją zabiorą. Nie chciał przejąć tego, co między Nimi powoli rozkwitało, powracającymi obrazami obumarłych jesieni. Dopiero przecież kończyła się zima. Miała zacząć najpiękniejsza wiosna. A Ona znała ogólniki, szczegóły tu nie wnosiły żadnych rewelacji.
    Nie bez powodu tak zależało Mu na zachowaniu bezpiecznej bariery pomiędzy zrujnowaną pamięcią, a spokojną wodą chwili. Każdy najdrobniejszy okruch wspomnienia dokuczał sercu. Strach. Prosty, zwykły, naturalny strach, który odebrać potrafił więcej, niż w istocie było. A wtedy w momencie krótkiej nieuwagi można stracić wszystko, nieodwołalnie.
    Obracanie w żart krótkich anegdot nie daje nic, poza wrażeniem praktycznego pancerzyka, który kusi. Nazywanie po imieniu doświadczonych podłości, to jak zanurzenie palca w płomyk świeczki, wyjęcie go, jak już zacznie parzyć i udawanie, że w ogniu nie ma nic palącego. Jest to kosztowne tworzenie miraży, które owszem, wyglądają ładnie i imponująco w Tamtych Oczach. Ale Kreator obrośnie w nienormalny strach, że oto przecież może właśnie patrzyć w Oczy przyszłego wspomnienia. Fundamentu kolejnego, zwodniczego mirażu. A obecnie – Teraźniejszości Najpiękniejszej.
    Nie przelewa Mu się czułości. Jakże cudownie byłoby wydychać chemię zauroczenia. On teraz ma trwożącą świadomość, że jeśli Teraźniejszość istnieć przestanie, pozostanie Próżnia. Na jednym jej końcu przeszłość z umierającą zbyt długo jesienią, a po drugiej stronie wiosna, która nie wiadomo czy nadejdzie zgodnie z wyrokiem kalendarza. Wiele razy już zawiodła.
    Ona. Patrzy Mu w Oczy powściągliwie. Ten dystans Go umacnia i przekonuje o poczuciu Jej wartości. Każdy zwykły przechodzień widzi zawsze w Nich coś niezwykłego. Gdyby On miał pytać mijanych szaraków, to pewnie reagowaliby zawiścią, burknięciem, może niejeden pokręciłby nosem, w pośpiechu tylko rzucając na Nich okiem przytaknął, rozpychając się z niecierpliwością wykrztusił, co mu pierwsze na myśl przyjdzie. Za bardzo przecież łączy Ich ten sam strach, by nie można było tego nie zauważyć na pierwszy rzut oka.
    Ona lubi Go słuchać i rozpoznaje pierwsze przypuszczenia. Wchodzi w teraźniejszość, choć czeka. Wydaje Mu się w tym tajemnicza. Na pewność, jak na każdy niematerialny skarb trzeba zapracować. Aż wreszcie skończy się zima na dobre.
    Prosi Ją, by nie pytała o dni minione. Posiada Ją w teraźniejszości. Nie chce przeszłości przejmującej strachem myśli, odsuwającej w tych myślach Ją, dla niemal fizycznego bólu rany zamkniętej.
   Czekają na wiosnę.
Oby tylko nie pomylić nieba, z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu...
   Przyszła do Niego nad ranem. 
   Sfrunęła z niknącej fali łagodnego księżyca, zalewającej srebrem pół izby. A On wtedy westchnął głośno przez sen. Wszystko było jak dawniej - powiała myślą. Baldachim majestatycznie zakołysał się. Jego nie obudziło nic. Drobiła wdzięcznymi kroczkami w stronę posłania, niczym Pani Przestrzeni i Czasu, Pani Pływów, Obłoków i Pani Pogody. Pani wszystkiego, co było Mu dane poznać. Jak z naręczem całej czułości świata, przyfrunęła bliżej na dłoniach dzierżąc aury z odległych Czasów i Przestrzeni. Rozsunęła szeroko woal baldachimu, zimno pragnąc widoku oczu, które właśnie odpoczywają. Otulone błogim sklepieniem nokturnu bezpieczeństwa, w którym wszystko gdy śpi staje się jednako niewinne, detale Jego twarzy mogłyby ją widzieć przez zamknięte powieki. Ale On spał. Dama Nocy i Pani Wszystkiego Co Poznane przysiadła przy Nim. Najbielsze, ale nie trupio blade dłonie ułożyła na zgrabnych udach. W tym momencie najchłodniejsze pragnienie sycenia Jego obecnością, zapulsowało ciepłem. Ciepłem nie grzejącym, nie rozkosznie otulającym dwoje kochanków pod jednym kocem, a tym rodzajem ciepła, którego było za mało na spokój, a wystarczająco, by przypomnieć. Błękitne i zimne oczy Pani, wolno wędrowały teraz w stronę tych części ciała Jego, które pamiętały fałszywe ciepło Jej dłoni. Pozłociła się szyja, ramiona, również dłonie. Słabo rozjaśniły się krucze włosy, przekomicznie pożółkły policzki.
   Teraz Pani wyszeptała zaklęcie. Jej szept spłoszył koloryt złego ciepła. I od tej chwili On uwolni każdy swój dotyk od pamięci o Pani Wszystkiego Co Poznał. Błękitne i złe oczy zamknęły się ponownie, kiedy na zmysłowych ustach Tej zmaterializowały się ciasno i pieczołowicie skupione miniaturki lodowych diamentów. I otworzyła oczy ponownie. Oczy srebrne tym razem, jak zdradliwa strużka rtęci. Powoli powędrowały na Jego usta. Mocno ścięte mrozem, zaśnieżone, oblodzone. Jednak Jej okruchy lodu nie topniały, a Jego wargi naraz zwilgotniały od topniejącego śniegu. I od tej chwili każde Jego słowo będzie wolne od brzemienia zdradliwych słów Zimnej Pani.
   Powoli wsunęła ponętne ciało na posłanie. Bezszelestnie położyła się przy Nim, nie odrywając wzroku od spływającej Mu z ust przeszłości. Nie śpieszyło jej się już nigdzie. Był ostatnim, któremu musiała oddać zwyczajność.
   Żałośnie zadrżały usta Pani trącane bodźcami łez. Ona płakała. Płakała tak pięknie i z taką klasą, z którą nie płakała i nie będzie płakać nigdy żadna kobieta. I niemal widziała przez wiotką koszulę i klatkę piersiową, Jego serce spokojnie bijące do spokojnego snu. Na pozór spokojne. Łzy zaczęły mówić za Nią. Przecież tak naprawdę nie zapełnię takiej luki. Och, takim karcącym widokiem jest serce Nikogo. Bije, bo taki ma nawyk. Palącym widokiem jest Nikt z biednym sercem, które nie wie po co ma bić. Nie zdołam wyleczyć tego. Nie tak. I nie tu. On nie zasłużył, by być Nikim.
   I nic więcej Pani zrobić nie mogła. Na dłoni pozostała Jej tylko jesień. Zawahała się. Nie. Jednak nie. Tego oddać mu jeszcze nie mogę. Zasłużył na długą odwilż, a nie na kolejne chłody obumierania - pomyślała zwiewnie. Białą, jak pierwszy grudniowy śnieg dłonią pogłaskała Jego ciepły policzek. Gdyby ją widział, powiedziałby, że to ten rodzaj ciepła, który kojarzy się z przeprosinami. Ale spał. Nie zniosłaby Jego otwartych, głębokich, powściągliwych oczu.
   Kim właściwie była? 
   Panią Wszystkiego Co Poznał, Jego przeszłością. Zapewne pragnieniem teraźniejszości, o której zdążył zapomnieć mimochodem. Była uosobieniem Banału i Łatwości. Kochaną fantazją w dobrych momentach. Śniegową zaspą, kiedy noc wstawała zdradliwa. Ona bywała jak ulotna chwila, w której miał okazję widzieć Utopię, samotną wyspę osłoniętą przed falami. Była jak dłoń, której nie było, kiedy tonął i rozpaczliwie wyglądał pomocy z głębi. Ona, to niegdyś odzwierciedlenie pokoju euforii i brakującej nadziei pośród wojny ginącego czasu. A Nim wypełniała chętki najprostsze, najbardziej prozaiczne. Tak dużo słów dla Niego miała oznajmiających przeznaczenie. Słowa pełne metafizyki. Gesty metawerbalne. Metapsychiczna zachłanność i żądza. I dalej słowa. Słowa zapewniające. Słowa obiecujące. Słowa dojrzałe... to znaczy bez głębi znaczeń. Powinna Mu zasiać wiele nasion w tym bijącym teraz bez przekonania sercu. Zasiała Mu same chwasty. I dlatego dziś przyfrunęła je wyplenić.
   Myśli o tym, co wyrządziła Jemu jednak nie tak trudno przyszło przegryźć, mimo goryczy okropnej. Najgorsza myśl skupiała to, czego oczekiwała od Niego.
   By zawsze stał blisko.
   A milczał z daleka.
   Zamknięcie. Wyłączność.
   Zrozumiała. Zabolało. Pani Wszystkiego Co Poznał ma błękitne serce i złe. Ale nie byłoby świadomości zła, bez świadomości "przepraszam". I nigdy już Ona nie będzie czuć się dobrze. Bo nawet teraz przepraszając, lecząc Jego pamięć uczyniła to w podświadomości. Ze strachu wybrała sen. Tych niewidocznych spod powiek głębokich oczu nie trwoży się. Nie ma niepewnych gestów z Jego strony, bo ciało odpoczywa w bezpieczeństwie kończącego się już nokturnu. Pewnie zabiłby Ją wyrzutem. Drasnąłby ostrym jak sztylet głosem. Nie wiedząc co począć z kończynami, uderzyłby pięścią w stół. Ale nie zrobi tego, bo śpi. I tak w niepełnym szczęściu Dama Nocy odejdzie bez słowa więcej. Do końca swych dni niewyraźna, wiecznie już bez szczerego uśmiechu ze świadomością, że oczy, serce i ciało Jego zapomną o tamtej przeszłości raz na zawsze, nie widząc materii sprawczej owego zapomnienia. Jakby to się w ogóle nie wydarzyło. Chociaż może lekki sen pozwolił Jej przeniknąć wgłąb obrazów Śniącego z nadzieją, że przynajmniej zapamięta Ją ze snu.
   To metafizyka - pomyśli. 
   Pani będzie smutna, bo chciałaby, żeby chociaż boleśnie i nieprzyjemnie, znał Ją, jako namacalną materię z przeszłości. Tymczasem będzie tylko metafizyką. 
   Może kiedyś się jeszcze miną. A jej cierniem i zadrą na sercu będzie to, że nawet nie zwróci uwagi na teraz już Obcą, obejmując w spacerze tą lepszą, która będzie metafizyką szczerości zamkniętą w doskonałym dla Niego ciele.