"GDYBY TAK POWIAŁO ZDROWO...
TO BYM JESZCZE RAZ POFRUNĄŁ..."

Ostatnie wpisy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty
A wraz z nimi niesamowite wspomnienia z lipcowego wyjazdu. Wiadomo, że wszystko co dobre, szybko się kończy, ale na szczęście może trwać i chociaż najmniejszą chwilę cieszyć i radować. Tak pięknego miejsca jak Bieszczady nie widziałem nigdy dotąd i wiem, że jest to najpiękniejsze miejsce na Ziemi. Choć teren już nie tak dziki jak dawniej przed laty, mimo wszystko można znaleźć tam spokój i czas na refleksję. Zatrzymać się.

Nie byłem w Bieszczadach sam. Towarzyszyło mi rodzeństwo. I chociaż większość czasu spędzałem z nimi, mam wrażenie, że ja w tych górach znalazłem coś więcej niż wypoczynek. Coś dla swej duszy. Teraz kiedy patrzę na fotografie i wracają wspomnienia, wiem, że Bieszczady mnie zmieniły. Te połoniny, lasy, wzgórza, serdeczne "dzień dobry" od każdego mijanego na szlaku turysty, pogoda i niepogoda, rozgwieżdżone, czy zasnute chmurami nocne niebo... jakkolwiek by nie było, jest pięknie. Tego nie mam tu w Bytomiu. Tutaj, kiedy pada deszcz, miasto przestaje żyć. Kiedy jest upalnie, tylko się męczysz i denerwujesz.

Bardzo chciałem podzielić się z Wami fotografiami z wakacji mojego życia. Praktycznie nigdy nie rozstawałem się z aparatem, zrobiłem coś około 2 tys. zdjęć, oczywiście nie wszystkie zachowałem. Często fotografowałem jeden motyw po kilka razy, by potem wybrać to, co wyszło najlepiej. Uwielbiałem oglądać Bieszczady okiem obiektywu. Pokusiłem się o serię fotek artystycznych, nie koniecznie w formie zdjęcia surowego (nie lubię, kiedy fotografia przypomina zdjęcie z podręcznika do geografii).

Gdybym miał tu opisać wszystkie miejsca, które zwiedziłem, powstałaby swoista kronika całego wyjazdu i nikt zapewne nie dotrwałby do jej końca. Dlatego pokażę najciekawsze momenty, uchwycone chwile w tej krainie bukowej. Obok widzicie posępne ruiny klasztoru karmelitańskiego, które znajdują się w Zagórzu. Szkoda, że pozostało tylko tyle. Wyobrażam sobie, jaka to musiała być imponująca świątynia. W spokojnym miejscu, niejako bieszczadzkiej samotni.

Lesko, to małe bieszczadzkie miasto, jakich w Bieszczadach niewiele. Mimo iż prócz starej, żydowskiej synagogi, która pozostała synagogą jedynie z nazwy (wewnątrz znajduje się galeria sztuki bieszczadzkiej) nie ma niczego szczególnego, co przyciągałoby turystów, jest to senne miasteczko, które ma swój urok.


Zalew soliński, to atrakcja turystyczna dla każdego, kto lubi "mokry" wypoczynek. Można tu popływać na rowerkach wodnych (świetna frajda), żaglówką, no i oczywiście wpław. Przyszło mi kilka przedpołudni spędzić nad tym pięknym jeziorkiem. Dla tych, którzy nie wiedzą, dodam, iż pod zalewem znajdowało się kiedyś kilka starych wiosek. W miejscowości Solina jest zapora wybudowana przed zalaniem okolicznych terenów. Jest ona udostępniona do zwiedzania, jednak obowiązuje zakaz robienia zdjęć (na którym jak zauważyłem każdy turysta się wypina, a sam przewodnik uwzględniał czas w oprowadzaniu na cyknięcie kilku fotek).


Wodospad na potoku Hylatym. Największy wodospad w Bieszczadach. Udało mi się tu spełnić moje marzenie, a mianowicie tak sfotografować spływającą wodę, aby była "rozmyta", uchwycona została szybkość, z jaką woda spływała. Prócz tego wodospadu, miałem okazję zobaczyć także wodospad w Starym Siole, oraz w Sinych Wirach - miejscu pięknym i smutnym zarazem. Kto był tam stosunkowo nie dawno, ten wie o co mi chodzi.


Cerkiew w Łopience. Bardzo dawno temu była tu wieś. Piękne miejsce oddalone od szerokiej i głośnej drogi. Dziś ta mała świątynia znana jest uczestnikom festiwalu "Bieszczadzkie Anioły". W 2007 roku odprawiona została tu "Msza Wędrującego" w intencji tragicznie zmarłego poety Edwarda Stachury. Od tamtej pory co roku podczas festiwalu odbywa się tutaj eucharystia za uczestników imprezy. Bardzo piękna tradycja. Wewnątrz cerkiewka wygląda ubogo, ale dzięki temu bardzo pięknie. W środku stoi drewniana figurka Chrystusa Bieszczadzkiego czuwającego nad tą zieloną krainą.


Ten malowniczy i radujący oko widoczek to zaledwie mały fragment pięknego (moim zdaniem najpiękniejszego) szlaku na Połoninę Caryńską, oczywiście tego krótkiego z Przełęczy Wyżniańskiej. Tutaj można oddychać pełnią Bieszczadu. To zielone pasemko na szczycie wzgórza to owa Połonina. Ciągnie się z jednej strony do Połoniny Wetlińskiej, z drugiej strony do Tarnicy i być może dalej. Szlak czerwony, który prowadzi aż do Beskidu Śląskiego. Będąc tam wysoko, widzimy całą okazałość polskiej strony Bieszczadu. Tyle piękna, tyle Bożej wrażliwości, tyle wiatru i spokoju. Łzy w oczach. Szczęście. Naprawdę smutno było wracać...

I na koniec efekt mojego eksperymentowania z fotografią. Panorama ze szczytu Połoniny Caryńskiej. Jest to panorama zrobiona z trzech cyklicznych zdjęć. Strasznie się cieszę, że udało mi się to zrobić.



Choć nie było kiedy poznać całej okazałości bieszczadzkich gór, już dziś bardzo za nimi tęsknię i wiem, że chcę do nich wracać. Ten deszcz i wtórujący mu silny wiatr na Połoninie Wetlińskiej, towarzysząca im mgła. Ten tłok w "Chatce Puchatka", karteczka "Brak elektryczności! O lodówkę nie pytać!". Ta dzika trasa kolejką bieszczadzką z Majdanu do Balnicy, pajda chleba ze smalcem i trzy ogórki kiszone w barze "Siekierezada" w Cisnej, te pierogi łemkowskie. Ten chłód Soliny, te żagle na wietrze. W końcu te wieczorne ogniska, żubrówka z sokiem jabłkowym, kufle Tatry, Żubra i Łomży. Dla takich chwil warto żyć. I warto czekać na takie chwile, choćby oczekiwanie miało być długie, a same chwile zaledwie momentami.
Miniony weekend zaliczam do wyjątkowo udanych. Po prostu przez żaden długi weekend tak się nie wyluzowałem i nie ubawiłem. Najlepiej oczywiście wspominam koncert Arcadii i wypad w góry. Ten ostatni był po prostu przegenialny! Miejsce, w którym byliśmy wymaga od turystów nie lada siły! Od Żywca trzeba PKSem jechać do wsi Kocierz Basie i stamtąd piechotą w góóóóórę wpierw asfaltem, a potem szlakiem. Jak się okazało, skręciliśmy w nie ten szlak co trzeba i tym samym jeszcze bardziej sobie utrudniliśmy drogę. Było bardzo ciężko. 20 kg w plecaku ze stelażem i weź drałuj na szczyt dokładnie jakieś 898m. Jak na taki balast to bardzo męczące. Doszliśmy w sumie od przystanku w Kocierzu w 1,5 godziny do chatki Staszka., czyli Gibasów. Atrakcji tam co nie miara, bo 15 minut drogi idzie się na Czarne Działy, to jest taki las z dużą ilością skał i kilkoma jaskiniami szczelinowymi. Naprawdę przypomina ten sam z Blair Witch Project! Chcieliśmy w ogóle zwiedzić jeszcze grotę, największy w Beskidzie Małym wodospad, ale cóż… pogoda troszkę nie dopisała. W piątek jak doszliśmy było gorąco, a wieczorem już niezbyt i niestety cała sobota to był dość chłodno i siąpiący deszczyk.

Z tego miejsca pozdrawiam pana Staszka i pana Leszka, dziękuję za uśmiech, ciepłą wodę do mycia, dobrą herbatkę i genialną atmosferę! Do takich miejsc warto wracać, zwłaszcza, że chatka ta jedna z najmniej znanych w Polsce! I napewno tam wrócę!!
P.S. Kiedy tylko dorwę fotki, zamieszczę kilka!
Piszę dziś trochę wcześniej, bo czeka mnie trochę jeszcze do zrobienia, a jutro wczesnym rankiem wyjeżdżam, więc nie nadrobiłbym i tak. Generalnie wstałem rano i głowa mnie bolała, że hej (zważywszy, że wczoraj nic nie piłem :P), ale to ciśnienie niskie. Dziś o 17 graliśmy mini-koncert z okazji jakichś tam obchodów. Zaprosili nas, to nie wypada odmawiać. Oczywiście biednemu zawsze wiatr w oczy. Podłączyliśmy już nawet sprzęt do nagrywania i teoretycznie koncert jest nagrany, jednak wyjście konsolety musiało być zepsute i nagrało się 20 minut ciszy. No, ale nic. Przyszła pewna ekipa osób, do dziś mi obca, którym się podobało, pogratulowali, obdarzyli ciepłym uśmiechem (pozdro dla Agi i ekipy!). Porobili nam zdjęcia i nawet nakręcili teledysk live. Chociaż tyle mamy z tego koncertu. W sumie, to trema nie była już potrzebna i prawie w ogóle jej nie było kiedy wszedłem na scenę, publika to była głównie masa, która przyszła napić się piwa i zjeść kiełbaski. Ale i tak reagowała żywo. To tyle z relacji z koncertu.

Przede mną wyjazd w góry – kurcze, jak ja dawno nie byłem w górach tak, żeby sobie móc pochodzić całymi dniami, robić fotki i chłonąć ducha tych wspaniałych szlaków. Co prawda wyjazd do długich nie należy, bo tylko 3 dni, ale nie ma co narzekać. Myślę, że wyzbyłem się wszelkich stresów co do życia, chociaż pięknie nie jest. Jest tęsknota do Niepoznanej, Nieujawnionej (nie, nie zrobiłem błędu, tak to ma być napisane). Zniknie, kiedy się ujawni Ona. Póki co, to tylko poezja i syndrom Jana Rybowicza – poety, którego cenię najbardziej jest mi lekarstwem.

Jak się dziś w nocy (godz. 1.15) kładłem spać, to rzuciłem krótkie spojrzenie mimochodem na moją piękną gitarę. Stała sobie oparta o ścianę oświetlona lampką i tak sobie pomyślałem, że jakbym ją teraz stracił, to bym sobie w życiu nie poradził. Musiałbym albo rozwiązać zespół, albo szukać gitarzysty, który zagrałby w moim stylu i tak, jakby mi się podobało. Czyli generalnie ciężka sprawa. Tak to już bywa w życiu. No ale nie ma co gdybać i to jeszcze na gorsze. Kochać trzeba instrument. Fajnie, że tak mnie naszło. Wszak gitara, to jest jak kobieta. Dlatego również powstał jeden z moich najpiękniejszych wierszy… och już dawno nie czułem takiego napływu natchnienia. Nie mogę się już doczekać, kiedy ujmę mojego Fendera i zacznę go pieścić na koncercie. Ale się będzie działo. Teraz mi tylko koncert siedzi w głowie… i Gibasówka! Będę miał aparat, to i fotki popykam jakieś fajne. Ach, te góry. Kradną serce artyście… poecie… Bóg wie komu jeszcze. No to jeszcze na koniec pochwalę się tym wierszem o gitarze, jaki dziś baaaardzo wczesnym rankiem napisałem:


Gitara zna artystę swego, a on ją
Rezonuje mu miłością ujęta w grze
On rozmawia z nią językiem palców
O muzyce, jej często śpiewa
By mogła słuchać wiernie
Wszak jak nikt, poezję zna!
Szeptem strun zdobi, pochwala ją

Teraz nocą, kiedy tak zerkam na nią
Światłem lampki taka wyróżniona się staje
Milczy wierna artyście swemu
Może wzdycha, że tęskno za pieszczotą
Pewnie tak milczy codzień, co noc
Jemu udziela się ta cisza strun
I piękno szeptu niesione pamięcią
Gra ona, i gra nawet...
Kiedy śpi



Oj, byłbym zapomniał. Grałem dziś na ślubie na congach – fajne bębenki, nawet bardzo, fajnie się na nich gra, a tak swoją drogą, to wszystkiego najlepszego życzę nowożeńcom… chociaż wątpię, czy to przeczytają :P
Ekipa moich znajomych wybera się w gory - Beskid Zywiecki. Miejsce to nazywa sie "Gibasówka" (foto obok), bardzo fajowo ponoc tam jest. Taka mała nadzieja się we mnie tli, ze uda mi się tam wraz z nimi pojechać - to zalezy czy będę miał 50 zł do poniedziałku. Mam nadzieję, ze dogadam się z rodzicami. Byłoby fajnie - tak się stęskniłem za góreckami, że nie wypada nie jechać :D. Wszystko w rękach Boga. Marzy mi sie siąsc przy ognisku, chwycic gitare i co nie co zagrac, pospiewac. Zeby było wesoło. Gitara, ognisko, spiewanie. Pogoda też będzie musiała dopisac. W tym roku miałem juz za duzo pecha, więc mysle, ze bedzie dobrze :). Trzeba sie odstresowac od tego szkolnego zgiełku, bo od tego stresu jeszcze wrzodów dostane i kto mnie będzie ratował? Nareszcie cos pozytywnego. Tak strasznie pozytywnego, ze az włos z radochy się jezy na głowie...
...W kółko słucham "Juz nigdy nie będziemy kochac tak jak wtedy" Starego Dobrego Małzeństwa. Jesli jest cos piękniejszego od "Z nim będziesz szczęsliwsza", "Jak" ,"Czarnego bluesa...", to tylko ta ballada. Przypomina mi ona Przyszową z roku 2005. Gorący lipiec. To, ze byłem chory i ktos mnie często odwiedzał, podsuwał mi swą dłoń, tulił i był obok. A teraz tej osoby nie ma. Tylko wspomnienia. Trochę boli, ale co z tego? Od kilku lat wiem, ze ja po to jestem. Zeby mnie bolało.