"GDYBY TAK POWIAŁO ZDROWO...
TO BYM JESZCZE RAZ POFRUNĄŁ..."

Ostatnie wpisy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Nie czuję się poetą i nigdy się nie czułem tak naprawdę, nie myślałem jak poeta, nie zachowywałem się jak poeta i nie chciałbym się czuć ani zachowywać. Kiedyś po prostu lubiłem wdzięczne słowa i frazy. Teraz już wiem, że w niczym mi to nie pomagało, pogrążając jedynie w mroku.


Wstecz.
Pomruczał ojciec coś pod nosem. Wszedłem wtedy do pokoju, a jak mnie zobaczył od razu powiedział - patrz synu, ci panowie za tym drewnianym biurkiem z dwoma mikrofonami (miał na myśli mównicę sejmową) to są politycy. Czyli złodzjeje i kłamcy. Pamiętaj.

Od tamtej pory pierwsze co przychodzi mi na myśl, kiedy widzę polityka, mam w głowie najobelżywsze epitety. Bo tak mi powiedział tata w dzieciństwie, a ja się go słuchałem, bo się go bałem.

Pewnego dnia spytałem dlaczego ludzie niszczą przystanki autobusowe. Odpowiedział mi wtedy, że to panki i wandale z domu dziecka. Pamiętaj synu w domu dziecka mieszkają niegrzeczne dzieci. Bądź grzeczny, bo przyjedzie po ciebie czarna wołga i cię zabierze.

Od tamtej pory papierki na dworze zawsze wyrzucałem do śmietnika, leżące na ziemi podnosiłem i także wyrzucałem. Bo chciałem być grzeczny. Bo sie bałem taty. I czarnej wołgi.

Kiedy w Bytomiu był obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, patrząc na niego, wydawało mi się, że Maryja ma smutne oczy. Spytałem taty, dlaczego ma smutne oczy. Tata przerwał odważny śpiew "Z dawna Polski...", ścisnął moje ramię mocno i odpowiedział - Bo wczoraj wyrzuciłeś chleb do śmietnika gówniarzu i dalej śpiewał "...swe Królestwo weź pod rękę..."

Od tamtej pory jak nie mogłem już czegoś zjeść, pakowałem do worka i od razu wyrzucałem do zsypu. Maryi się nie bałem, ale jak tata mówił "gówniarzu", to tego się bardzo bałem.

Kiedyś tata obiecał, że zabierze mnie do Wesołego Miasteczka w Chorzowie. Cieszyłem się jak mało kto. Ale nie wiedziałem, że jak ktoś jest pijany, to obiecuje prawie wszystko, a jak wytrzeźwieje na drugi dzień, to nic nie pamięta. Jak następnego dnia przybiegłem do pokoju obudzić tatę i spytałem czy dziś pojedziemy, powiedział, żebym się odwalił. Zrozumiałem, że był wtedy pijany, musiałem się wstydzić kiedy wracaliśmy do domu z działki i mijaliśmy szykownych sąsiadów. Kiedy wytrzeźwiał powiedział, że już nigdy nie będzie pił. Mówił to z resztą przez kolejnych kilkanaście lat.

Od tamtej pory przestałem się bawić na działce i zapomniałem jak ona w ogóle wygląda. Bałem się, że podczas któregoś pijanego powrotu nie utrzymam taty i wpadnie pod auto.

Kiedy koszmary przestały mi się śnić, spytałem taty, dlaczego bił mamę trzepaczkę do dywanów przy mnie. Bo mama chciała się całowaćz innym panem i była pijana - odpowiedział. Popatrzył na mnie przeraźliwie poważnie i dodał jeszcze, zapewne sądząc że nie zrozumię i zapomnę - takie są baby. Dlatego trzeba je palnąć, by rozum z pizdy wrócił im do łbów.

Nie rozumiałem, fakt. Ale nie zapomniałem. Pamiętałem, aż zrozumiałem. Od tamtej pory drzemie we mnie ojczyna chęć zemsty. Od tamtej pory sprawia mi ulgę, gdy odchodzi ode mnie zraniona kobieta.
Nadziei brakowało mi...
I kilku chwil. Kilku dobrych chwil.
A może to niepotrzebne słowa.
Mogłem być piosenkarzem, żeglującym dookoła świata. Hazardzistą, który wygrywa miliony i wydaje wszystko na dziewczyny. Mogłem być poetą, który chodzi po Księżycu, naukowcem, który może powiedzieć światu - Odkryłem coś nowego. Mogłem kochać jakąś księżniczkę, być tym, który zakończy wojnę. Kryminalistą, który pije szampana i nigdy nie może być schwytany.
Lecz pomiędzy Twoimi książkami, pomiędzy Twoimi ubraniami, pomiędzy tym zgiełkiem i zamieszaniem, pozwoliłem temu odejść.

Nie mogę się zatrzymać i złapać oddechu, a spójrz jak bliski jestem szczęścia. I nie zawrócę znów, bo moje serce zrozumiało, że... że jestem w domu.
A wraz z nimi niesamowite wspomnienia z lipcowego wyjazdu. Wiadomo, że wszystko co dobre, szybko się kończy, ale na szczęście może trwać i chociaż najmniejszą chwilę cieszyć i radować. Tak pięknego miejsca jak Bieszczady nie widziałem nigdy dotąd i wiem, że jest to najpiękniejsze miejsce na Ziemi. Choć teren już nie tak dziki jak dawniej przed laty, mimo wszystko można znaleźć tam spokój i czas na refleksję. Zatrzymać się.

Nie byłem w Bieszczadach sam. Towarzyszyło mi rodzeństwo. I chociaż większość czasu spędzałem z nimi, mam wrażenie, że ja w tych górach znalazłem coś więcej niż wypoczynek. Coś dla swej duszy. Teraz kiedy patrzę na fotografie i wracają wspomnienia, wiem, że Bieszczady mnie zmieniły. Te połoniny, lasy, wzgórza, serdeczne "dzień dobry" od każdego mijanego na szlaku turysty, pogoda i niepogoda, rozgwieżdżone, czy zasnute chmurami nocne niebo... jakkolwiek by nie było, jest pięknie. Tego nie mam tu w Bytomiu. Tutaj, kiedy pada deszcz, miasto przestaje żyć. Kiedy jest upalnie, tylko się męczysz i denerwujesz.

Bardzo chciałem podzielić się z Wami fotografiami z wakacji mojego życia. Praktycznie nigdy nie rozstawałem się z aparatem, zrobiłem coś około 2 tys. zdjęć, oczywiście nie wszystkie zachowałem. Często fotografowałem jeden motyw po kilka razy, by potem wybrać to, co wyszło najlepiej. Uwielbiałem oglądać Bieszczady okiem obiektywu. Pokusiłem się o serię fotek artystycznych, nie koniecznie w formie zdjęcia surowego (nie lubię, kiedy fotografia przypomina zdjęcie z podręcznika do geografii).

Gdybym miał tu opisać wszystkie miejsca, które zwiedziłem, powstałaby swoista kronika całego wyjazdu i nikt zapewne nie dotrwałby do jej końca. Dlatego pokażę najciekawsze momenty, uchwycone chwile w tej krainie bukowej. Obok widzicie posępne ruiny klasztoru karmelitańskiego, które znajdują się w Zagórzu. Szkoda, że pozostało tylko tyle. Wyobrażam sobie, jaka to musiała być imponująca świątynia. W spokojnym miejscu, niejako bieszczadzkiej samotni.

Lesko, to małe bieszczadzkie miasto, jakich w Bieszczadach niewiele. Mimo iż prócz starej, żydowskiej synagogi, która pozostała synagogą jedynie z nazwy (wewnątrz znajduje się galeria sztuki bieszczadzkiej) nie ma niczego szczególnego, co przyciągałoby turystów, jest to senne miasteczko, które ma swój urok.


Zalew soliński, to atrakcja turystyczna dla każdego, kto lubi "mokry" wypoczynek. Można tu popływać na rowerkach wodnych (świetna frajda), żaglówką, no i oczywiście wpław. Przyszło mi kilka przedpołudni spędzić nad tym pięknym jeziorkiem. Dla tych, którzy nie wiedzą, dodam, iż pod zalewem znajdowało się kiedyś kilka starych wiosek. W miejscowości Solina jest zapora wybudowana przed zalaniem okolicznych terenów. Jest ona udostępniona do zwiedzania, jednak obowiązuje zakaz robienia zdjęć (na którym jak zauważyłem każdy turysta się wypina, a sam przewodnik uwzględniał czas w oprowadzaniu na cyknięcie kilku fotek).


Wodospad na potoku Hylatym. Największy wodospad w Bieszczadach. Udało mi się tu spełnić moje marzenie, a mianowicie tak sfotografować spływającą wodę, aby była "rozmyta", uchwycona została szybkość, z jaką woda spływała. Prócz tego wodospadu, miałem okazję zobaczyć także wodospad w Starym Siole, oraz w Sinych Wirach - miejscu pięknym i smutnym zarazem. Kto był tam stosunkowo nie dawno, ten wie o co mi chodzi.


Cerkiew w Łopience. Bardzo dawno temu była tu wieś. Piękne miejsce oddalone od szerokiej i głośnej drogi. Dziś ta mała świątynia znana jest uczestnikom festiwalu "Bieszczadzkie Anioły". W 2007 roku odprawiona została tu "Msza Wędrującego" w intencji tragicznie zmarłego poety Edwarda Stachury. Od tamtej pory co roku podczas festiwalu odbywa się tutaj eucharystia za uczestników imprezy. Bardzo piękna tradycja. Wewnątrz cerkiewka wygląda ubogo, ale dzięki temu bardzo pięknie. W środku stoi drewniana figurka Chrystusa Bieszczadzkiego czuwającego nad tą zieloną krainą.


Ten malowniczy i radujący oko widoczek to zaledwie mały fragment pięknego (moim zdaniem najpiękniejszego) szlaku na Połoninę Caryńską, oczywiście tego krótkiego z Przełęczy Wyżniańskiej. Tutaj można oddychać pełnią Bieszczadu. To zielone pasemko na szczycie wzgórza to owa Połonina. Ciągnie się z jednej strony do Połoniny Wetlińskiej, z drugiej strony do Tarnicy i być może dalej. Szlak czerwony, który prowadzi aż do Beskidu Śląskiego. Będąc tam wysoko, widzimy całą okazałość polskiej strony Bieszczadu. Tyle piękna, tyle Bożej wrażliwości, tyle wiatru i spokoju. Łzy w oczach. Szczęście. Naprawdę smutno było wracać...

I na koniec efekt mojego eksperymentowania z fotografią. Panorama ze szczytu Połoniny Caryńskiej. Jest to panorama zrobiona z trzech cyklicznych zdjęć. Strasznie się cieszę, że udało mi się to zrobić.



Choć nie było kiedy poznać całej okazałości bieszczadzkich gór, już dziś bardzo za nimi tęsknię i wiem, że chcę do nich wracać. Ten deszcz i wtórujący mu silny wiatr na Połoninie Wetlińskiej, towarzysząca im mgła. Ten tłok w "Chatce Puchatka", karteczka "Brak elektryczności! O lodówkę nie pytać!". Ta dzika trasa kolejką bieszczadzką z Majdanu do Balnicy, pajda chleba ze smalcem i trzy ogórki kiszone w barze "Siekierezada" w Cisnej, te pierogi łemkowskie. Ten chłód Soliny, te żagle na wietrze. W końcu te wieczorne ogniska, żubrówka z sokiem jabłkowym, kufle Tatry, Żubra i Łomży. Dla takich chwil warto żyć. I warto czekać na takie chwile, choćby oczekiwanie miało być długie, a same chwile zaledwie momentami.
Zainspirowany notką Pauliny, postanowiłem napisać coś od siebie. Napisać o Wojciechu Belonie. Dziś bowiem mija kolejna rocznica jego śmierci. No i co tu pisać. Przecież nie znałem go osobiście. Co więcej, urodziłem się dopiero trzy lata po jego śmierci. Ale mam teksty, mam śpiewnik, mam piosenki, wszystkiee jakie nagrał. Nawet te "najgorsze" jakościowo, te chwilowe, oficjalnie nie sprzedane. Mam też zdjęcia, wspomnienia, opowieści innych. I chwała Bogu - po dziś dzień istniejącą Bukowinę i inne zespoły, artystów, które istnieją dzięki niemu. Wszystko, co o Wojtku mógłbym tu przytaczać jest w jego piosenkach, bo w nich jest on sam i jego światopogląd.


Te piosenki znam od dziecka. Brat i siostra mieli taki stary magnetofon Unitra srebrny, potocznie zwany "nagrywaczem" (jak oglądaliście "Pręgi" to wiecie jak takie coś wygląda). W pokoju mojej siostry stała za szafą ruska gitara, a na półce leżał segregator z tekstami piosenek. I to były w większości piosenki Wolnej Grupy Bukowina. Byłem narażony na słuchanie takiej muzyki i chociaż niewiele z tego rozumiałem (miałem 4, albo 5 lat) podobał mi się dźwięk gitary. No i tak to się zaczęło. 


I nic się nawet nie kończy. Rok temu wraz z przyjaciółmi zagralismy koncert z łożony z jego piosenek, nagraliśmy go w charakterze pamiątki i dziś... dobrze mi będzie do niego wrócić. A i raz jeszcze posłuchać tych starych nagrań z taśm o mroku i smutku "Baru na stawach", barwach "Pejzaży harasymowiczowskich", czy historiach "Majstra Biedy", "Maestro Bezdomnego", "Cześka Piekarza", również o miłości "Kołysanka dla Joanny", "Między nami", także o przemijaniu, czy też może poczuciu zbliżającego się finału "Jakże blisko", "Przemijanie (śpiew dinków)", "Sprzysiężenie górskiego kamienia".


Na koniec tylko wiersz ten, który najbardziej zapada mi w pamięć, najbardziej do mnie przemawia i jest drogowskazem życiowym: "Sad".


  W moim mieście wyrąbali sady
 Ciągnące się szeroko hen aż po Zdrój
 W moim mieście wyrąbali sady
 Pachnące wiosenną zamiecią
 Lata owocem dojrzałym
  Sad

 W moim mieście wyrąbali sady
 I nieważne kto wyrąbał
 Ważny jest fakt
  Sad

 W moim mieście wyrąbali sady
 Z dawien zwane od ich właścicieli mian
 W moim mieście wyrąbali sady
 Jesiennym się dymem snujące
 I śniegiem jak ule w pasiece
  Sad
 W moim mieście wyrąbali sady
 I nieważne kto wyrąbał
 Ważny jest fakt
  Sad

 Nie pozostały nawet kikuty drzew
 Ni cień ani trawy
 Tylko pole które resztkę promieni żarło
 By wzrósł siew
 Tylko twarze domów twarze
 Wpatrzone oknami w miejsce gdzie trwał
 Obcy zupełnie im obcy świat
  Sad

 Kolejka od czwartej nad ranem
 Ten spod piątki jak zwykle pijany
 Że też żona na niego nie bluźni
 Ty na obiad jak zwykle się spóźnisz
 Dziecko spać chce balanga na górze
 Ileż można wytrzymać tak dłużej
 Ileż można wytrzymać tak dłużej
 Ileż można wytrzymać tak dłużej

 
 
 W naszym mieście wyrąbali sady
 Więc stwórzmy sad własny po horyzont aż
 W naszym mieście wyrąbali sady
 Więc spłodźmy go w znoju miłości
 Niech drzewa jak dzieci wnuki przyniosą nam
 Te niech płyną niech lecą
 Z nadzieją że gdzieś na nie czeka świat
 My zaś w oknach smutnych swych bloków
 Chusteczki podnieśmy by machać im w ślad

 W naszym mieście wyrąbali sady
 I nie ważne kto wyrąbał
 Bo ważny jest fakt
 Że w nas trwa
 Że w nas trwa
 Że w nas trwa
  SAD


Jest jakiś koniec. Koniec czegokolwiek. Koniec, który oznacza, że kogoś już więcej nie zobaczysz w Twoim życiu. Pojawił się, odchodzi... to ludzka przypadłość przychodzić i odchodzić i... nie wrócić nigdy. Wczoraj żegnałem się z osobami, które towarzyszyły mi przez cały czas szkoły średniej. I pewnej części już nigdy nie zobaczę. A to wcale nie były obojętne osoby. Tylko osoby ciekawe. Jak tak sobie pomyślę ile rozdziałów w całym życiu otwieram i zamykam... Żyje się dalej, tylko czasem szkoda człowieka, który był kiedyś ważny, a który odszedł z mojego życia i mam świadomośc, że już nigdy więcej go nie spotkam. Dziwne uczucie w sercu. 

Od świątecznych porządków zacznę. Jednak tu nie chodzi o ścieranie kurzu, pucowanie mebli i mycie okien. Stary zeszyt z czasów, kiedy byłem jeszcze naiwnym poetą, tworzącym bez uwagi na krytykę i na innych, a dla siebie i dla tych, którzy dostrzegą tylko mnie, a nie wyrób mojej fantazji. Całkiem nie dawno, bo dwa lata temu przestałem regularnie pisać... i generalnie pisać w ogóle. Wtedy, kiedy powstawały najlepsze moje wiersze. I w miarę dojrzałe i całkiem płynne. Jeden postanowiłem przepisać. Piękny, obrazkowy zapis chwili przy małej filiżance kawy w jednej z bytomskich kawiarni. I tak się rozlała cała rzeka wspomnień.


Siadła Pani przy stoliku


W deszczowe południe niedzielne
Pani o włosach, oczach w czekoladę
W prawie pustej kawiarni "Suplement"
Siadła przy stoliku, zaczęła czytać książkę

W oczach jej błyszczały rozdziały
Zdania, dialogi, przypisy dolne
A wyraźne były, jakby Pani
Odzwierciedlała życie w tych słowach

Patrząc na Panią, jak przechyla filiżankę
Odrywa na chwilę oczy od stronnic
I wcale inne wtedy nie są
Pani szuka swego smutku, szuka w prozie


Sztuka nigdy nie porzuca artysty. Jedynie artysta może porzucić sztukę. Zapisane słowa zostają, bo mają jakaś wizję przekazania światu, że są jeszcze słowa bez kłamstw tak nieskalane jak pierwsze słowa w Raju. Słowa są wiecznie żywe. Zawsze coś przyniosą. Nigdy nie wiesz komu w danym momencie pomogą. Tylko pozostaje pytanie. Czy porzuciłem poezję z czystego egoizmu, czy zupełnego wypalenia? Choć co ja mogę wiedzieć o wypaleniu do cna? Czy może po prostu powiedziałem już wszystko, co miałem do powiedzenia. Napawa mnie to niepokojem, bo... sam już nie wiem.

Wyobrażam sobie teraz sytuację pewnego utalentowanego polskiego pisarza i jego dziwną, psychiczną przypadłość palenia swych książek w piecu. Wygląda to mniej więcej tak, że zrywa się w środku nocy i zaczyna tom po tomie, część po części, rozdział po rozdziale, kartka po kartce wrzucać do pieca. Bez zastanowienia. Najczęściej swoje maszynopisy i wyrwane z serca skrawki myśli. Następnie rano wstaje i zastanawia się, gdzie się podziały wszystkie książki. Z rozpaczą stwierdza, że został po nich jedynie popiół. W tym popiele daremnie stara się doszukać choćby jednego słowa, które ocalało... wyobraża sobie, że aktualnie trzyma w garści autobiograficzny rozdział swego ostatniego maszynopisu, z którego był najbardziej dumny, który zapowiadał się świetnie. Niestety. Z popiołów odradzać potrafią się jedynie baśniowe Feniksy. Słowa tego nie potrafią.

Przytaczam to tylko i wyłącznie po to, by dać Wam do zrozumienia, że przewertowałem dziś archiwum wszystkich mych zapisków na tym blogu i momentami niektóre słowa są dziś już tak bardzo lekkie i puste, tak jakbym zamieszczając je tu, palił myśl po myśli, uczucie po uczuciu... to, co tylko w nich mogło być zawarte. A jednak kiedyś potrafiłem bronić zaciekle niektóre wpisy. To chyba znaczy, że po każdym kolejnym upadku Ikara, Ikar zupełnie inaczej patrzy na niebo. Nie tak jak przed poprzednim lotem. Jakkolwiek bym tego nie wyjaśnił, zadziwia mnie fakt, iż w tych dawnych słowach rzadko odnajduję siebie. Patrząc na popiół nie widzę w nim jednej z ciekawszych historii mego życia, ale tylko szarość spalenizny. Taki popiół jeszcze trudniej jest zgryźć, niż najgorszą słowną prawdę. Po prostu zmieniam się. Bardzo szybko. No, ale co w tym dziwnego? Cały świat idzie do przodu. Dlaczego ja i moje poglądy mielibyśmy stać w miejscu?
Zatrzymuję się nad sztuką, której duszą jest wrażliwość artysty. To, czego nie widać, więc jest. Żywa sztuka jest kluczem do mojej wrażliwości. Powoduje, iż tak pięknie mnie ruszają słowa poezji, sceny filmowe, słowa prozy, sceny teatru, słowa śpiewane. Dziś pochylam się szczególnie nad Jackiem Kaczmarskim. Artyście niezwykle mi bliskim. Wyciągam z szuflady wspomnienia dwóch koncertów jakie udało mi się zagrać już niemal dwa lata temu. Żadnego z nich nie nagrałem. Zaświtała mi jednak pewna myśl. Mogę przecież usiąść w półmroku własnych myśli, z teczki wyjąć te teksty, które wybrałem, które najbardziej mnie uderzyły i zastanowić się nad tym, co w nich ukryte. Nie tylko mamy tu politykę, inteligentne wyszydzenie komunizmu, ale także wrażliwe spojrzenie na sztukę, na to co potrafi swym sercem wypowiedzieć człowiek. Człowiek - dziś wypaczone, błędne pojęcie egzystencjalne.

Trzeba wziąć gitarę w rękę, nadać tym słowom i muzyce interpretację własną, raczej zbliżoną do oryginału, by nie uśmiercić ducha, i zagrać, uwiecznić. Dla siebie. Dla przyjaciół. Kiedyś jak będe stary, zgrzybiały i taki pospolicie do niczego, usiądę, włączę tę muzykę mojej młodości i spróbuję znów dobudzić w sobie artystę, poetę, muzyka... Człowieka?

Przeglądałem ten blog. Przeczytałem wszystkie notki, opowiadania, wiersze. Dostrzegłem wiele zmian. Nie filozofuję już. Nie mam na to siły, ani chęci. Któż dotrze do tych kilku może nawet mądrych, ale bez siły przebicia słów. Czytałem wiele polemik, za które dziękuję komentującym z całego serca, to znak, że traktujecie mnie poważnie. Zagłębiałem się w te treści, które eksponowały nadmierną mą, chorą aż do granic wrażliwość, bezkompromisową, nie raz wykrzyczaną w próżnię, bezradną i ślepą. Bo z wieloma rzeczami rozum mógłby sobie poradzić, ale ja nie chciałem, bo.... po prostu nie. Ogólnie bywało lepiej, bywało gorzej. Był czas, kiedy miałem do powiedzenia wiele. Pisałem kolejne posty i czekałem na dzień kolejny z pomysłem na nowy. I to wcale nie były słowa bezsensowne. Potem nie pisałem długo nic... choć bardzo chciałem, nie wiedziałem o czym pisać. Jakby zanik wrażliwości. Dziękuję wszystkim odwiedzającym, czytającym, komentującym. Zwłaszcza Sandrze i Grzesiowi - bez Was ten blog nie miałby sensu, bo kto dziś pisze o swoich sprawach skrytych gdzieś w głębi? Łatwiej ludziom pisać o codzienności, opowiadać każdy dzień taki sam o piątkach z geografii i niesprawiedliwości ze strony Boga, który nie istnieje (jak ma byś sprawiedliwy, skoro nie istnieje!! niektórzy pisują takie absurdy). Wielkie dzięki!!

Nie, nie odchodzę. To nie pożegnanie :)
Mam tak czasem, że cień pewnej bliskiej osoby, której dawno już nie widziałem i nie wiem, czy zobaczę co jakiś czas pojawia się na ścianie, kiedy zapalę światło w sercu. Rozkopałem prawie cały pokój, by odnaleźć jakieś ślady z przeszłości. Jednej z kilku moich przeszłości. Pliczek listów, z których ostatni datowany jest na 08-10-2007. I ten właśnie najcieplejszy, wywołujący uśmiech i łzy tęsknoty. Płyta ze zdjęciami. Tak bardzo tęsknię. Wiele wspomnień przywoływanych najczęściej wieczorami, to jakbym delektował się dobrą czekoladą. Łyk słodyczy. Jednak tylko powierzchownie. Dalej jest gorycz. Bo wspomnienia to coś, czego ponownie do życia przywołać się nie da. Coś, co było. Przeminęło. Uległo rozkładowi. Tak jak wszystko tu na Ziemi, gdzie niszczeje i tak naprawdę nie masz tu nic. Prócz kilku tęsknot i czasu, po którym niemal zawsze zostają jedynie kręgi na wodzie. Tak jak i wszystko, te wspomnienia mają dwie strony. Warto do nich wracać, bo jak dotąd nie spotkałem drugiej takiej osoby, za którą przez cały czas tęsknię. Jednak świadomość, że to już tylko przeszłość, boli. I prawdę powiedziawszy wiele innych bolesnych wspomnień jest łagodniejsze od tego.

Tak idę dalej, mija kolejny rok, skazany na słodycz wspomnień i gorycz tęsknoty. Czasem zaiskrzy dodatkowo jakaś nadzieja. Ale ta nadzieja to w gruncie rzeczy kamień rzucony w wodę, na której zostają jedynie kręgi...
Bardzo cieszę się, że pojechaliśmy na ten przegląd, wystąpiliśmy i w ogóle Olesno Śląskie okazało się ładnym i bardzo przyjemnym miasteczkiem. Poziom? Przerósł nas o kilka poprzeczek, aczkolwiek my również dostawaliśmy gromkie brawka, ludzie żywo reagowali na moje (przypuszczam) luźne zapowiedzi naszych piosenek. W ogóle to fajne uczucie jest wykonywać swoje własne piosenki do których samemu wybrało się wiersz i ubrało go w melodię. Czułem, że całej tej imprezie, gdzieś tam w głębi snuła się myśl wspólnego przebywania, spędzania czasu razem z ludźmi mówiącymi tym samym językiem, mającymi tę samą (przynajmniej jak ja) poetykę przetrwania. Poznało się trochę ludzi - stąd też pozdrowienia dla dziewczyn z zespołu KMT z Turku, chłopaków Piotrka i Daniela z Białegostoku, Sławka z Zielonej Góry, Marcina Skrzypczaka ze Starogardu Gdańskiego i Łukasza z Wrocławia. Jak tylko będę miał jakieś zdjęcia, chętnie się z Wami nimi podzielę :)
Od jakiegoś czasu Góra mi wywala przed oczy pewne wspomnienie sprzed dwóch lat. I to w różnych formach. Ostatnie sygnały jakoś dziwnie zlewają się w pewną całość, a ja osobiście w przypadki w życiu nie wierzę, przypadki są tylko w gramatyce, po prostu tak widocznie miało być. Zaczęło się od tego, że uszkodził mi się dysk twardy i z mp3 działała tylko jedna piosenka SDMu – „Już nigdy nie będziemy kochać tak jak wtedy”, dlatego miałem ją często w opisie gg. Za jakiś czas odkopałem starą kasetę (w sensie mały sejf) z przeróżnymi listami, gdzie na samej górze było kilka od pewnej Osoby... ;) no cóż mogłem zrobić? Przeczytałem je! I potem piosenka Małżeństwa z Rozsądku – List z szuflady, to już w ogóle. Sobie klimatów do wspomnień narobiłem. Mimo wszystko trochę szkoda, że na żadną oazę już nie pojadę... z resztą i tak nie byłoby żadnej piękniejszej od tej sprzed dwóch lat – ONŻ I – Przyszowa 2005. Bez względu na osoby, jakie tam były, wydarzenie to było niesamowite, co do Osoby, to inna bajka. Od wtedy kiedy ktoś się mnie pyta „czy mam coś słodkiego do jedzenia”, uśmiecham się w duchu. Tylko, że nie boli mnie już płuco i nie muszę leżeć przykryty kocem w łóżku, bo mam gorączkę. Niżej zamieszczam tekst „listu z szuflady”. Warto w ogóle tego posłuchać. Perełka kręgu Krainy Łagodności.

Małżeństwo Z Rozsądku – List z szuflady
sł: Wiesława Kwinto-Koczam
muz: Robert Leonhard

Wyciągnięty z szuflady
List pożółkły i kruchy
Jakąś strunę poruszył
Sypnął wspomnień okruchy

Dotyk dłoni nieśmiały
Ukradkowe spojrzenia
Nocne wierszy pisanie
Zakazane marzenie

Potem wspólna wędrówka
I po grudzie i w słońcu
Aż wystygło ognisko
I zagasło nam w końcu

Każde innym poboczem
Za innym drogowskazem
A w dwie strony przeciwne
Nie możemy iść razem

Tyle czasu minęło
Skronie nam posrebrzyło
Łez wylewać nie warto
Już nam na nic ta miłość

Nie przytulą się cienie
Z plecakami na szczycie
Szlak mój pusty bez Ciebie
Gdzieś tam biegnie przez życie

Znów minął rok
Jak jeden dzień
Lecz każde z nas goni już własny cień

P.S. Zacytuję Kaczmarskiego do pointy notki: "płytki sentymentalizm, to bardzo polska cecha"
Cały wczorajszy wieczór zastanawiałem się, co dziś takiego będzie i bałem się, że będzie nudno, a tu bęc! Trochę procentów i wszystko nabrało właściwych kolorów dla całego obrotu spraw. Dobrze tak się napić z przyjaciółmi, pogadać o całej przeszłości przy kufelku, powspominać minione czasy. Jak to wstałem z Ryhem na wsi o trzeciej nad ranem (żadnych skojarzeń z egzorcyzmami Emily!) i poszliśmy w ciemną wieś szukać całodobowego sklepu. Jak to nagraliśmy na kasetę demo piosenek „List do Małego Księcia” i „Rozliczysz mnie Panie”. Potem było już z górki i przyszła Arcadia Poema. Rok temu. DOKŁADNIE ROK TEMU. Czas leci...

Cóż, zbliża się koncert, błogosławiony czas. Ciekaw jestem, jak nas publika przyjmie. Tym razem występujemy na muszli koncertowej, czyli ludzie będą różni. W każdym razie nikt konkretnie nie wie, że wystąpią jacyś degeneraci, którzy śmieją zwać się z kręgu Krainy Łagodności. W sumie nie najgorsi. Poda się ludziom poezję i muzykę na jak najładniejszej tacy i widelcu.

Zbliża się też mój wyjazd w góry. Oby udało mi się skołować dobry aparat. Pogadam z dziewczyną mojego brata, ona ma teraz naszą starą Minoltę Dimage Z1. Fajny to był sprzęt. Nic, że obiektyw trącił aberracją chromatyczną jak cholera, to zdjęcia robił przyzwoite. Myślę, że problemu nie będzie. Nie mam o czym pisać już. Spać mi się chce, zaczyna nie powoli suszyć… lepiej zaraz położę się spać.

P.S.Tak oficjalnie: Sto lat! Sto lat! Niech żyje, żyje nam! Kto? ARCADIA POEMA!!


A oto trochę fotek z imprezy!

Ryho, współzałożyciel zespołu opoki był zadowolony z pejzażu na stole


Trochę pograło się stare piosenki

I tak to się skończyło

P.S. 2. Wykorzystano: Żywiec - browary żywieckie 5,6%, Lech - browary poznańskie 5,2%, Żubr - browary Dojlidy 6,0%. Żaden napój nie został zmarnowany, tj. wylany, wyrzygany, itp, ani nie ucierpiał w trakcie imprezy. Wszystkie trafiły do artystycznych brzuchów.


Ekipa moich znajomych wybera się w gory - Beskid Zywiecki. Miejsce to nazywa sie "Gibasówka" (foto obok), bardzo fajowo ponoc tam jest. Taka mała nadzieja się we mnie tli, ze uda mi się tam wraz z nimi pojechać - to zalezy czy będę miał 50 zł do poniedziałku. Mam nadzieję, ze dogadam się z rodzicami. Byłoby fajnie - tak się stęskniłem za góreckami, że nie wypada nie jechać :D. Wszystko w rękach Boga. Marzy mi sie siąsc przy ognisku, chwycic gitare i co nie co zagrac, pospiewac. Zeby było wesoło. Gitara, ognisko, spiewanie. Pogoda też będzie musiała dopisac. W tym roku miałem juz za duzo pecha, więc mysle, ze bedzie dobrze :). Trzeba sie odstresowac od tego szkolnego zgiełku, bo od tego stresu jeszcze wrzodów dostane i kto mnie będzie ratował? Nareszcie cos pozytywnego. Tak strasznie pozytywnego, ze az włos z radochy się jezy na głowie...
...W kółko słucham "Juz nigdy nie będziemy kochac tak jak wtedy" Starego Dobrego Małzeństwa. Jesli jest cos piękniejszego od "Z nim będziesz szczęsliwsza", "Jak" ,"Czarnego bluesa...", to tylko ta ballada. Przypomina mi ona Przyszową z roku 2005. Gorący lipiec. To, ze byłem chory i ktos mnie często odwiedzał, podsuwał mi swą dłoń, tulił i był obok. A teraz tej osoby nie ma. Tylko wspomnienia. Trochę boli, ale co z tego? Od kilku lat wiem, ze ja po to jestem. Zeby mnie bolało.