I kilku chwil. Kilku dobrych chwil.
A może to niepotrzebne słowa.
Lecz pomiędzy Twoimi książkami, pomiędzy Twoimi ubraniami, pomiędzy tym zgiełkiem i zamieszaniem, pozwoliłem temu odejść.
Nie mogę się zatrzymać i złapać oddechu, a spójrz jak bliski jestem szczęścia. I nie zawrócę znów, bo moje serce zrozumiało, że... że jestem w domu.
Nie byłem w Bieszczadach sam. Towarzyszyło mi rodzeństwo. I chociaż większość czasu spędzałem z nimi, mam wrażenie, że ja w tych górach znalazłem coś więcej niż wypoczynek. Coś dla swej duszy. Teraz kiedy patrzę na fotografie i wracają wspomnienia, wiem, że Bieszczady mnie zmieniły. Te połoniny, lasy, wzgórza, serdeczne "dzień dobry" od każdego mijanego na szlaku turysty, pogoda i niepogoda, rozgwieżdżone, czy zasnute chmurami nocne niebo... jakkolwiek by nie było, jest pięknie. Tego nie mam tu w Bytomiu. Tutaj, kiedy pada deszcz, miasto przestaje żyć. Kiedy jest upalnie, tylko się męczysz i denerwujesz.
Bardzo chciałem podzielić się z Wami fotografiami z wakacji mojego życia. Praktycznie nigdy nie rozstawałem się z aparatem, zrobiłem coś około 2 tys. zdjęć, oczywiście nie wszystkie zachowałem. Często fotografowałem jeden motyw po kilka razy, by potem wybrać to, co wyszło najlepiej. Uwielbiałem oglądać Bieszczady okiem obiektywu. Pokusiłem się o serię fotek artystycznych, nie koniecznie w formie zdjęcia surowego (nie lubię, kiedy fotografia przypomina zdjęcie z podręcznika do geografii).
Gdybym miał tu opisać wszystkie miejsca, które zwiedziłem, powstałaby swoista kronika całego wyjazdu i nikt zapewne nie dotrwałby do jej końca. Dlatego pokażę najciekawsze momenty, uchwycone chwile w tej krainie bukowej. Obok widzicie posępne ruiny klasztoru karmelitańskiego, które znajdują się w Zagórzu. Szkoda, że pozostało tylko tyle. Wyobrażam sobie, jaka to musiała być imponująca świątynia. W spokojnym miejscu, niejako bieszczadzkiej samotni.
Lesko, to małe bieszczadzkie miasto, jakich w Bieszczadach niewiele. Mimo iż prócz starej, żydowskiej synagogi, która pozostała synagogą jedynie z nazwy (wewnątrz znajduje się galeria sztuki bieszczadzkiej) nie ma niczego szczególnego, co przyciągałoby turystów, jest to senne miasteczko, które ma swój urok.
Zalew soliński, to atrakcja turystyczna dla każdego, kto lubi "mokry" wypoczynek. Można tu popływać na rowerkach wodnych (świetna frajda), żaglówką, no i oczywiście wpław. Przyszło mi kilka przedpołudni spędzić nad tym pięknym jeziorkiem. Dla tych, którzy nie wiedzą, dodam, iż pod zalewem znajdowało się kiedyś kilka starych wiosek. W miejscowości Solina jest zapora wybudowana przed zalaniem okolicznych terenów. Jest ona udostępniona do zwiedzania, jednak obowiązuje zakaz robienia zdjęć (na którym jak zauważyłem każdy turysta się wypina, a sam przewodnik uwzględniał czas w oprowadzaniu na cyknięcie kilku fotek).
Wodospad na potoku Hylatym. Największy wodospad w Bieszczadach. Udało mi się tu spełnić moje marzenie, a mianowicie tak sfotografować spływającą wodę, aby była "rozmyta", uchwycona została szybkość, z jaką woda spływała. Prócz tego wodospadu, miałem okazję zobaczyć także wodospad w Starym Siole, oraz w Sinych Wirach - miejscu pięknym i smutnym zarazem. Kto był tam stosunkowo nie dawno, ten wie o co mi chodzi.
Cerkiew w Łopience. Bardzo dawno temu była tu wieś. Piękne miejsce oddalone od szerokiej i głośnej drogi. Dziś ta mała świątynia znana jest uczestnikom festiwalu "Bieszczadzkie Anioły". W 2007 roku odprawiona została tu "Msza Wędrującego" w intencji tragicznie zmarłego poety Edwarda Stachury. Od tamtej pory co roku podczas festiwalu odbywa się tutaj eucharystia za uczestników imprezy. Bardzo piękna tradycja. Wewnątrz cerkiewka wygląda ubogo, ale dzięki temu bardzo pięknie. W środku stoi drewniana figurka Chrystusa Bieszczadzkiego czuwającego nad tą zieloną krainą.
Ten malowniczy i radujący oko widoczek to zaledwie mały fragment pięknego (moim zdaniem najpiękniejszego) szlaku na Połoninę Caryńską, oczywiście tego krótkiego z Przełęczy Wyżniańskiej. Tutaj można oddychać pełnią Bieszczadu. To zielone pasemko na szczycie wzgórza to owa Połonina. Ciągnie się z jednej strony do Połoniny Wetlińskiej, z drugiej strony do Tarnicy i być może dalej. Szlak czerwony, który prowadzi aż do Beskidu Śląskiego. Będąc tam wysoko, widzimy całą okazałość polskiej strony Bieszczadu. Tyle piękna, tyle Bożej wrażliwości, tyle wiatru i spokoju. Łzy w oczach. Szczęście. Naprawdę smutno było wracać...I na koniec efekt mojego eksperymentowania z fotografią. Panorama ze szczytu Połoniny Caryńskiej. Jest to panorama zrobiona z trzech cyklicznych zdjęć. Strasznie się cieszę, że udało mi się to zrobić.

Choć nie było kiedy poznać całej okazałości bieszczadzkich gór, już dziś bardzo za nimi tęsknię i wiem, że chcę do nich wracać. Ten deszcz i wtórujący mu silny wiatr na Połoninie Wetlińskiej, towarzysząca im mgła. Ten tłok w "Chatce Puchatka", karteczka "Brak elektryczności! O lodówkę nie pytać!". Ta dzika trasa kolejką bieszczadzką z Majdanu do Balnicy, pajda chleba ze smalcem i trzy ogórki kiszone w barze "Siekierezada" w Cisnej, te pierogi łemkowskie. Ten chłód Soliny, te żagle na wietrze. W końcu te wieczorne ogniska, żubrówka z sokiem jabłkowym, kufle Tatry, Żubra i Łomży. Dla takich chwil warto żyć. I warto czekać na takie chwile, choćby oczekiwanie miało być długie, a same chwile zaledwie momentami.
Zainspirowany notką Pauliny, postanowiłem napisać coś od siebie. Napisać o Wojciechu Belonie. Dziś bowiem mija kolejna rocznica jego śmierci. No i co tu pisać. Przecież nie znałem go osobiście. Co więcej, urodziłem się dopiero trzy lata po jego śmierci. Ale mam teksty, mam śpiewnik, mam piosenki, wszystkiee jakie nagrał. Nawet te "najgorsze" jakościowo, te chwilowe, oficjalnie nie sprzedane. Mam też zdjęcia, wspomnienia, opowieści innych. I chwała Bogu - po dziś dzień istniejącą Bukowinę i inne zespoły, artystów, które istnieją dzięki niemu. Wszystko, co o Wojtku mógłbym tu przytaczać jest w jego piosenkach, bo w nich jest on sam i jego światopogląd.
Te piosenki znam od dziecka. Brat i siostra mieli taki stary magnetofon Unitra srebrny, potocznie zwany "nagrywaczem" (jak oglądaliście "Pręgi" to wiecie jak takie coś wygląda). W pokoju mojej siostry stała za szafą ruska gitara, a na półce leżał segregator z tekstami piosenek. I to były w większości piosenki Wolnej Grupy Bukowina. Byłem narażony na słuchanie takiej muzyki i chociaż niewiele z tego rozumiałem (miałem 4, albo 5 lat) podobał mi się dźwięk gitary. No i tak to się zaczęło.
I nic się nawet nie kończy. Rok temu wraz z przyjaciółmi zagralismy koncert z łożony z jego piosenek, nagraliśmy go w charakterze pamiątki i dziś... dobrze mi będzie do niego wrócić. A i raz jeszcze posłuchać tych starych nagrań z taśm o mroku i smutku "Baru na stawach", barwach "Pejzaży harasymowiczowskich", czy historiach "Majstra Biedy", "Maestro Bezdomnego", "Cześka Piekarza", również o miłości "Kołysanka dla Joanny", "Między nami", także o przemijaniu, czy też może poczuciu zbliżającego się finału "Jakże blisko", "Przemijanie (śpiew dinków)", "Sprzysiężenie górskiego kamienia".
Na koniec tylko wiersz ten, który najbardziej zapada mi w pamięć, najbardziej do mnie przemawia i jest drogowskazem życiowym: "Sad".
W moim mieście wyrąbali sady
Ciągnące się szeroko hen aż po Zdrój
W moim mieście wyrąbali sady
Pachnące wiosenną zamiecią
Lata owocem dojrzałym
Sad
W moim mieście wyrąbali sady
I nieważne kto wyrąbał
Ważny jest fakt
Sad
W moim mieście wyrąbali sady
Z dawien zwane od ich właścicieli mian
W moim mieście wyrąbali sady
Jesiennym się dymem snujące
I śniegiem jak ule w pasiece
Sad
W moim mieście wyrąbali sady
I nieważne kto wyrąbał
Ważny jest fakt
Sad
Nie pozostały nawet kikuty drzew
Ni cień ani trawy
Tylko pole które resztkę promieni żarło
By wzrósł siew
Tylko twarze domów twarze
Wpatrzone oknami w miejsce gdzie trwał
Obcy zupełnie im obcy świat
Sad
Kolejka od czwartej nad ranem
Ten spod piątki jak zwykle pijany
Że też żona na niego nie bluźni
Ty na obiad jak zwykle się spóźnisz
Dziecko spać chce balanga na górze
Ileż można wytrzymać tak dłużej
Ileż można wytrzymać tak dłużej
Ileż można wytrzymać tak dłużej
W naszym mieście wyrąbali sady
Więc stwórzmy sad własny po horyzont aż
W naszym mieście wyrąbali sady
Więc spłodźmy go w znoju miłości
Niech drzewa jak dzieci wnuki przyniosą nam
Te niech płyną niech lecą
Z nadzieją że gdzieś na nie czeka świat
My zaś w oknach smutnych swych bloków
Chusteczki podnieśmy by machać im w ślad
W naszym mieście wyrąbali sady
I nie ważne kto wyrąbał
Bo ważny jest fakt
Że w nas trwa
Że w nas trwa
Że w nas trwa
SAD
Od świątecznych porządków zacznę. Jednak tu nie chodzi o ścieranie kurzu, pucowanie mebli i mycie okien. Stary zeszyt z czasów, kiedy byłem jeszcze naiwnym poetą, tworzącym bez uwagi na krytykę i na innych, a dla siebie i dla tych, którzy dostrzegą tylko mnie, a nie wyrób mojej fantazji. Całkiem nie dawno, bo dwa lata temu przestałem regularnie pisać... i generalnie pisać w ogóle. Wtedy, kiedy powstawały najlepsze moje wiersze. I w miarę dojrzałe i całkiem płynne. Jeden postanowiłem przepisać. Piękny, obrazkowy zapis chwili przy małej filiżance kawy w jednej z bytomskich kawiarni. I tak się rozlała cała rzeka wspomnień.
Siadła Pani przy stoliku
W deszczowe południe niedzielne
Pani o włosach, oczach w czekoladę
W prawie pustej kawiarni "Suplement"
Siadła przy stoliku, zaczęła czytać książkę
W oczach jej błyszczały rozdziały
Zdania, dialogi, przypisy dolne
A wyraźne były, jakby Pani
Odzwierciedlała życie w tych słowach
Patrząc na Panią, jak przechyla filiżankę
Odrywa na chwilę oczy od stronnic
I wcale inne wtedy nie są
Pani szuka swego smutku, szuka w prozie
Sztuka nigdy nie porzuca artysty. Jedynie artysta może porzucić sztukę. Zapisane słowa zostają, bo mają jakaś wizję przekazania światu, że są jeszcze słowa bez kłamstw tak nieskalane jak pierwsze słowa w Raju. Słowa są wiecznie żywe. Zawsze coś przyniosą. Nigdy nie wiesz komu w danym momencie pomogą. Tylko pozostaje pytanie. Czy porzuciłem poezję z czystego egoizmu, czy zupełnego wypalenia? Choć co ja mogę wiedzieć o wypaleniu do cna? Czy może po prostu powiedziałem już wszystko, co miałem do powiedzenia. Napawa mnie to niepokojem, bo... sam już nie wiem.
Przytaczam to tylko i wyłącznie po to, by dać Wam do zrozumienia, że przewertowałem dziś archiwum wszystkich mych zapisków na tym blogu i momentami niektóre słowa są dziś już tak bardzo lekkie i puste, tak jakbym zamieszczając je tu, palił myśl po myśli, uczucie po uczuciu... to, co tylko w nich mogło być zawarte. A jednak kiedyś potrafiłem bronić zaciekle niektóre wpisy. To chyba znaczy, że po każdym kolejnym upadku Ikara, Ikar zupełnie inaczej patrzy na niebo. Nie tak jak przed poprzednim lotem. Jakkolwiek bym tego nie wyjaśnił, zadziwia mnie fakt, iż w tych dawnych słowach rzadko odnajduję siebie. Patrząc na popiół nie widzę w nim jednej z ciekawszych historii mego życia, ale tylko szarość spalenizny. Taki popiół jeszcze trudniej jest zgryźć, niż najgorszą słowną prawdę. Po prostu zmieniam się. Bardzo szybko. No, ale co w tym dziwnego? Cały świat idzie do przodu. Dlaczego ja i moje poglądy mielibyśmy stać w miejscu?
Trzeba wziąć gitarę w rękę, nadać tym słowom i muzyce interpretację własną, raczej zbliżoną do oryginału, by nie uśmiercić ducha, i zagrać, uwiecznić. Dla siebie. Dla przyjaciół. Kiedyś jak będe stary, zgrzybiały i taki pospolicie do niczego, usiądę, włączę tę muzykę mojej młodości i spróbuję znów dobudzić w sobie artystę, poetę, muzyka... Człowieka?
Przeglądałem ten blog. Przeczytałem wszystkie notki, opowiadania, wiersze. Dostrzegłem wiele zmian. Nie filozofuję już. Nie mam na to siły, ani chęci. Któż dotrze do tych kilku może nawet mądrych, ale bez siły przebicia słów. Czytałem wiele polemik, za które dziękuję komentującym z całego serca, to znak, że traktujecie mnie poważnie. Zagłębiałem się w te treści, które eksponowały nadmierną mą, chorą aż do granic wrażliwość, bezkompromisową, nie raz wykrzyczaną w próżnię, bezradną i ślepą. Bo z wieloma rzeczami rozum mógłby sobie poradzić, ale ja nie chciałem, bo.... po prostu nie. Ogólnie bywało lepiej, bywało gorzej. Był czas, kiedy miałem do powiedzenia wiele. Pisałem kolejne posty i czekałem na dzień kolejny z pomysłem na nowy. I to wcale nie były słowa bezsensowne. Potem nie pisałem długo nic... choć bardzo chciałem, nie wiedziałem o czym pisać. Jakby zanik wrażliwości. Dziękuję wszystkim odwiedzającym, czytającym, komentującym. Zwłaszcza Sandrze i Grzesiowi - bez Was ten blog nie miałby sensu, bo kto dziś pisze o swoich sprawach skrytych gdzieś w głębi? Łatwiej ludziom pisać o codzienności, opowiadać każdy dzień taki sam o piątkach z geografii i niesprawiedliwości ze strony Boga, który nie istnieje (jak ma byś sprawiedliwy, skoro nie istnieje!! niektórzy pisują takie absurdy). Wielkie dzięki!!
Nie, nie odchodzę. To nie pożegnanie :)
Tak idę dalej, mija kolejny rok, skazany na słodycz wspomnień i gorycz tęsknoty. Czasem zaiskrzy dodatkowo jakaś nadzieja. Ale ta nadzieja to w gruncie rzeczy kamień rzucony w wodę, na której zostają jedynie kręgi...
Małżeństwo Z Rozsądku – List z szuflady
Wyciągnięty z szuflady
Cóż, zbliża się koncert, błogosławiony czas. Ciekaw jestem, jak nas publika przyjmie. Tym razem występujemy na muszli koncertowej, czyli ludzie będą różni. W każdym razie nikt konkretnie nie wie, że wystąpią jacyś degeneraci, którzy śmieją zwać się z kręgu Krainy Łagodności. W sumie nie najgorsi. Poda się ludziom poezję i muzykę na jak najładniejszej tacy i widelcu.
Zbliża się też mój wyjazd w góry. Oby udało mi się skołować dobry aparat. Pogadam z dziewczyną mojego brata, ona ma teraz naszą starą Minoltę Dimage Z1. Fajny to był sprzęt. Nic, że obiektyw trącił aberracją chromatyczną jak cholera, to zdjęcia robił przyzwoite. Myślę, że problemu nie będzie. Nie mam o czym pisać już. Spać mi się chce, zaczyna nie powoli suszyć… lepiej zaraz położę się spać.
P.S.Tak oficjalnie: Sto lat! Sto lat! Niech żyje, żyje nam! Kto? ARCADIA POEMA!!

Ryho, współzałożyciel zespołu opoki był zadowolony z pejzażu na stole

Trochę pograło się stare piosenki
I tak to się skończyło
P.S. 2. Wykorzystano: Żywiec - browary żywieckie 5,6%, Lech - browary poznańskie 5,2%, Żubr - browary Dojlidy 6,0%. Żaden napój nie został zmarnowany, tj. wylany, wyrzygany, itp, ani nie ucierpiał w trakcie imprezy. Wszystkie trafiły do artystycznych brzuchów.
Ekipa moich znajomych wybera się w gory - Beskid Zywiecki. Miejsce to nazywa sie "Gibasówka" (foto obok), bardzo fajowo ponoc tam jest. Taka mała nadzieja się we mnie tli, ze uda mi się tam wraz z nimi pojechać - to zalezy czy będę miał 50 zł do poniedziałku. Mam nadzieję, ze dogadam się z rodzicami. Byłoby fajnie - tak się stęskniłem za góreckami, że nie wypada nie jechać :D. Wszystko w rękach Boga. Marzy mi sie siąsc przy ognisku, chwycic gitare i co nie co zagrac, pospiewac. Zeby było wesoło. Gitara, ognisko, spiewanie. Pogoda też będzie musiała dopisac. W tym roku miałem juz za duzo pecha, więc mysle, ze bedzie dobrze :). Trzeba sie odstresowac od tego szkolnego zgiełku, bo od tego stresu jeszcze wrzodów dostane i kto mnie będzie ratował? Nareszcie cos pozytywnego. Tak strasznie pozytywnego, ze az włos z radochy się jezy na głowie...