"GDYBY TAK POWIAŁO ZDROWO...
TO BYM JESZCZE RAZ POFRUNĄŁ..."

Ostatnie wpisy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nokturny świadome. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nokturny świadome. Pokaż wszystkie posty
To jeden z dwóch dni w roku, kiedy szczególnie skupiam się na tym, co wypluwa facebookowa tablica. Wczoraj Prima Aprillis, dziś day after, a część tych śmieszkowych odchodów dnia kłamstwa dopiero dziś jawi się najwyżej, bo wczoraj bufor gówna i słabych żartów szybko osiągnął przepełnienie. Ale w tym całym chłamie jedna rzecz z rana przykuła mą uwagę, a to akurat nie był gówniany żart. Ktoś polajkował post jakiejś szmuli, w którym rzeczona sra pod siebie z powodu projektu ustawy naszego rządu, bo ten zaczął spełniać swoje obietnice. Ja rozumiem. Ludzie do tego nie przywykli na przestrzeni lat. Ale wybraliśta, to mata. A ci, co wyborczo są czyści i z wzwodem to epatują, niech lepiej się pochwalą, ilu znajomych i bliskich wyborców nieobecnych przy urnie przekonywali zawczasu do obecności. Dlatego mata. Wszyscy. Wszyscy, którzy tak zaciekle atakujecie pisiorów, omijając wcześniejsze zasługi platfusów w swych wypowiedziach i oburzeniach, a które według Waszej pokrętnej logiki były odmienne, bo nie uderzały w Was bezpośrednio. TYLKO DLATEGO.

Wspomniana ustawa, a raczej jej projekt (projekt to jest taka wersja robocza ustawy, przeznaczona do konsultacji i regulacji, zanim sama ustawa zostanie wprowadzona w życie, jakby ktoś nie wiedział, a najwyraźniej sporo jest takich łebów) tyczy się aborcji. To ma być ulepszona ustawa antyaborcyjna. Autorka płaczliwego wywodu skarży się na konsekwencje projektu. Bo jej zdaniem karane będą kobiety, które poroniły, jeśli w toku śledztwa okaże się, że umyślnie spowodowały poronienie. Jeżeli nieumyślnie, to nic im nie będzie, ale poza stresem i depresją spowodowaną utratą dziecka, będą jeszcze ciągane po sądach. Gdzie leży problem? Problem leży w uprzedzeniach światopoglądowych do partii rządzącej. Pod wpisem ludzie w zdecydowanej większości popierają kobitkę, a niektórzy widzą głęboki związek między treścią projektu ustawy, a kościelnymi maybachami. I co ciekawe, takie wnioski są w porządku, bo ostatecznie wyrażają niechęć do rządu. To wystarczy. Nie ważne, czym ta niechęć ma być argumentowana. Grunt, że jest. To najważniejsze. Bezkarnie można też wysnuć inne daleko idące wnioski. Np. takie, że Polki będą szukały domowych, bezśladowych sposobów na przerwanie niechcianej ciąży, albo uciekały za granicę, by dokonywać aborcji. Ewentualnie dla uniknięcia w przyszłości widoku martwego dziecka/płodu, by przypadkiem nie obudzić wyrzutów sumienia, że to serio człowiek był w brzuchu, a nie glista ludzka, gruby tasiemiec, czy inny pasożyt, w celu sterylizacji.

I to nie wszystko, bo z drugiej strony mamy głuchotę, ślepotę i nienawiść do ludzi o inaczej ukształtowanych sumieniach, dla których aborcja to zabieg usunięcia "wyrostka" na etapie "niedorostka". Do tego spowodowane ciemnotą umysłu, obarczanie kobiecej podświadomości słowem "aborcja", w przypadku, gdy usunięcie ciąży jest dozwolone (jeszcze). Aborcja kojarzy się jednoznacznie i powinna być przypisana jednemu, konkretnemu zabiegowi, czyli wtedy, kiedy kobieta jest emocjonalnym niedorozwojem dojrzałym do pierdolenia się w barowym kiblu z nieznanym gachem z potrzeby chwili, a jednak nie tyle dojrzałym, by wiedzieć, że dzieci jednak nie przynosi bocian. Poznałem nawet jednego księdza, który wyraźnie to rozgraniczał. Tak. Księdza. Katolickiego. Może nie tak dosadnie jak ja, ale rozgraniczał i uświadamiał. I to było dobre.

Ręce opadają, kiedy na małym ekranie widzę mordę Ryśka Swetru, każdą swą wypowiedź zaczynającego od "to nie przejdzie", zamiennie z "to jest pod publiczkę". Kiedy przegrana z kretesem Ewka Kopacz przejętym wzrokiem i łamiącym się głosem gońca, który tym razem sam ma wymyślić słowny przekaz, bo dla dotychczasowego mocodawcy stał się bezużyteczny, przekazuje swą niewylewną niechęć. W końcu kiedy bliźniak, mały książę i autor ogólnoliberalnej niechęci, aż trzęsie się na mównicy z nienawiści do swojego narodu, wbija szpile ku uciesze swoich przeciwników, nie widząc, że jest idealną wodą na młyn. Wtedy robi mi się przykro, bo dobrym, ciekawym i najprawdziwszym ludziom wśród tłumu ulepionych z plasteliny manekinów, nie ma tu czego szukać.

Ciągle widzę tłumy Kurwicy Odsuniętych Działaczy (KOD oczywiście) płaczących o Trybunał Konstytucyjny, o 500+, za które Kurwica zapłaci najwięcej i to, jak bardzo nic z ich transparentów, hasełek, okrzyków i skakania nie wynika. NIC. Co lepsi chwalą się ojcami ubekami, wychowaniem ideowym normalnym dla czerwonych czasów, wspomnieniami, że tamten ustrój wniósł w ich życie pewne zasady, typu "nie wychylaj się ponad swoje podwórko" i po prostu nie dowierzam. Bo gdzieś pod tymi setkami, czy tysiącami stóp leży moja biało-czerwona flaga, jak całun okrywając Orła Białego, który przestał oddychać.

Wrócę teraz do tych 50% Polaków, którzy nie poszli na wybory. Wiecie, już od lat okłamuje się ludzi, że trzeba iść do urny, bo wybory to jedyny moment, kiedy można coś zmienić. Jedni debile, którzy wołają o oddanie głosu tłumaczą to tym, że tylko wtedy ma się prawo narzekać. Inne umysłowe ameby mówią o tym, by głosować na tych, którzy są w stanie najmniej napsuć. Ci z kolei dzielą się jeszcze na takich, którzy proszą o oddanie głosu na mniejsze, sprawdzone przez lata zło. Bo wiadomo od razu czego się spodziewać. Czyli niczego. Ci kreują się na najrozsądniejszych. Nie wierzą w programy, tylko w skłonności polityków i ich zdolność do tuszowania co groźniejszych afer. Z góry zakładamy, że coś będzie nie tak. Tylko od Ciebie zależy, czy to, co pójdzie nie tak, dotknie Ciebie i czy Ty poniesiesz tego konsekwencje. Jebać resztę. Ty jesteś ważny. Chyba, że inni mogą dostać to, co Ty. Wtedy należy włączyć zawiść i pozorne myślenie w przyszłość. Bo np. z takiego 500+ nie skorzystają tylko uboższe, wielodzietne rodziny. Ale przecież kurwa, głównie patologia będzie miała za co chlać, prawda?!

I wreszcie, najgorsze jest to, że wnioski wyciągniesz tylko takie, które dotyczą Ciebie. Bo na wybory nie idziesz dla dobra narodu. Tylko dla swojego dobra. Ja byłem. Ja głosowałem, ale rozumiem tych, którzy głosować nie poszli. I znam wielu takich. Ci ludzie pracują, płacą podatki, jak czas pozwoli udzielają się charytatywnie, mają mniej lub bardziej angażujące pasje i hobby, oglądają filmy, czytają książki, a jak mają ochotę, to i do teatru się wybiorą. Ale nie idą na wybory, bo nikomu nie wierzą. Dlaczego tak trudno się temu dziwić? No, dlaczego? Do wszystkiego, co mają, co daje im szczęście i spokój nie jest im potrzebna polityka. Ustawy się zmieniają, wiek emerytalny się zmienia. To, co dziś jest wykroczeniem, jutro w świetle prawa będzie legalne. Jak w takim razie nie rozumieć pogardy do ciemnogrodu, który odrzuca jakikolwiek postęp ludzkości, a z drugiej strony niechęć do proludzkich liberałów, których największym osiągnięciem jest nierobienie nic w żadną stronę, poza tajeniem kolejnych afer wywołanych korzyścią własną?

Obojętność jest dziś w Polsce najważniejszą cnotą. Obojętni ludzie są spokojni, bo nie śledzą obrad sejmu, zlotu obrońców krzyża i kurwicy odsuniętych działaczy. Obojętni ludzie, to uczciwi i normalni ludzie, którzy żyją po swojemu i sami wiedzą, co muszą zmienić, by żyło im się lepiej, a nie czekają na ułatwienia ze strony rządu. To też tacy trochę egoiści. Ale lepsi egoiści. Bo przynajmniej nikogo nie udają, jak ci pozerzy chadzający na KODy i inne smrody. Ustawa antyaborcyjna ma ponoć dotknąć wszystkich bez wyjątku i nie pozwolić na swobodę decyzji o ciele kobiety? I kurwa bardzo dobrze. Bo może w końcu jest szansa na to, by ludzie zaczęli myśleć w kategorii wspólnoty. Bo dziś ta grupa chcąca wolności i równości, pluje na każdego katolika, wypisuje pierdoły, by religii zakazać, by wypierdolić ze szpitali i więzień kapelanów i zabronić swobody wypowiedzi, jednocześnie srając pod siebie w strachu przed odebraniem wolności słowa. Każdy z nich myśli tylko o sobie, udając, że obchodzi go Polska. I to musi się skończyć. Widocznie muszą zostać podjęte drastyczne kroki, które dadzą w dupę nam wszystkim. Dopóki jednak tak się nie stanie, kibicuję wszystkim zobojętniałym ludziom, którym jak to się mówi "nie chce się ruszyć dupy sprzed telewizora w dzień wyborów". Są nadal rzeczy, których polityk Wam nie zabierze. Dbajcie o to i dbajcie o swoje podwórko. I nadal miejcie w dupie tą krzykliwą zgraję po obu stronach barykady. Wśród nich zmarnujecie tylko czas. Dbajcie o przyjaźnie. Polityka bardzo łatwo niszczy przyjaźnie i dzieli bardziej, niż berliński mur. PiS pierdoli Polskę. Ale to jest pierdolenie trupa. PO robiło to przez 8 lat, a wcześniej SLD. Tylko, że w kuluarach, pod stolikami, u Sowy, w sejmowej kawiarni. PiS postanowił robić to na ulicy i w innych kategoriach. PO miało TK (kto wcześniej wiedział na czym polega TK?), teraz PiS ma TK. PO miało swoich opłaconych dziennikarzy w każdej telewizji, teraz PiS zabrał telewizję publiczną. Co w tym dziwnego? Taka jest cała różnica. PiS obsadza stołki kolesiami? PO robiło to samo, a każdy kto swymi kompetencjami siadał na stołku, a nie był blisko z ekipą Tuska i Kopacz, był po pewnym czasie niszczony. Niszczony psychicznie. Jego rodzina również. Bo okazywało się, że nie zna interesów partii, tylko interesy ludzi. I to jest potwierdzona informacja. Czas na KODy, manify i inne zloty kosmitów był, kiedy zaledwie po kilku latach od upadku komuny, do władzy wybrano ponownie komunistów pod przykrywką demokracji i tym samym dało im czas na wygodne rozlokowanie się po willach, apartamentach, no i zrobienie burdelu w teczkach, by trudno było coś z nich odczytać obciążającego.

Przespało się, bo naród był zmęczony dekadami komuny. A teraz jest za późno. Teraz można tylko wybierać, kto najmniej dojebie naszą Polskę. Kto najmniej spierdoli kolejne lata życia naszych dzieci. W końcu kto jest "najmniejszym złem". Zajebista perspektywa! Jeśli masz wybierać między złem, a złem, lepiej nie wybieraj w ogóle.


   Odwiedził mnie Miro, kiedy wracałem z kilkuletniej włóczęgi do miasta. Skończyłem opisywanie miast samymi literami, choć jeszcze nikt nie zarzucił mi zżynki tego procederu z Dostojewskiego. Staliśmy tak z Mirem na uboczu dworca komunikacji miejskiej i gadaliśmy tak, jak dawniej. Czyli jak chore, odrealnione pojeby. Maski wrosły w nasze twarze na tyle, że możemy już z czystym sumieniem szeptać, mówić i wrzeszczeć, nie być i być w pełni sobą. To, o co zahaczył Miro w rozmowie było kompletnie w jego stylu, a mi nawet po kilkuletniej rozłące z miastem, ciągle przechodziło mimochodem, choć istotnie ciekawe.
    - Nie ogarniam. Kojarzysz to miejsce spotkań z Krwi Elfów? Tam, gdzie Jaskier śpiewał, a potem na temat jego ballady wzburzyła się płomienna rozmowa? - Zaczął.
    - Ten prastary Dąb? Miejsce przyjaźni, czy jakoś tak.
    - Taa. Tu jest podobnie, tylko nikt z nikim nie rozmawia.
    - Serio? - Rozejrzałem się po chcących odjechać na złomowisko peronach.
    - Tam był druid, kupcy, elfia arystokracja, krasnoludy kowale, herbowi rycerze, starzy, młodzi...
    - Dobra, kumam. A tu masz dziada, dziada, menela, cwaniaka, dresa, cwaniaka, kobitę z wąsem, dziewczynę z wąsem, ciawusa, ciawuskę, kobitę z wąsem, pedała, pedała z koprem i studentkę ubraną w zbiorowy gwałt wzrokiem dresa, menela, cwaniaka i ciawusa. A nie. Ciawus udaje, że udaje, bo ciawuska może mu przypierdolić.
    - Tylko ogniska brakuje, dlatego nic ich nie łączy. Ogniska mają moc wiążącą.
    - Cóż... jest koksownik. Ale nikt się przy nim nie grzeje, bo nikt nie chce być w sąsiedztwie reszty. Tu strefa komfortu ogranicza się do pięciu kostek brukowych.
    - A Ty?
    - Co, ja? Jestem jednym z nich. Pełen własnego, niepodzielnego zadowolenia i podzielnej niechęci wzajemnej. To łączy nas wszystkich w Bytomiu.
    - Ale się cyniczny zrobiłeś w tych Bieszczadach. Gdzie Twoje skrzydła? Serce na dłoni, dusza na ramieniu i trzecia ręka przewieszona przez plecy?
    - Spaliłem rękę, kiedy było mi zimno. Długo się paliła. Mahoń długo się pali.
    - Weź przestań. Ale jedno mnie nurtuje. - Mira nurtowała oczywistość. Jak zwykle. - Ci ludzie z pamięci wiedzą, o której co i gdzie odjeżdża? Żadnych rozkładów, czy numerów linii...
    - W większości tak, a reszta, co jeździ sporadycznie, rozgląda się po ludziach.
    - Cholernie bogaty przekrój osobowości.
    - To jest tak. Jak biednieje miasto, wzbogaca się przekrój, jak to psychologicznie ująłeś, osobowości. Nie ma pieniędzy na remonty domów, areszty pęcznieją od ciągnących na lewo prąd, a ciawusy pomagają w likwidacji zwłok przemysłu. Idzie im to sprawniej, choć nie mają dźwigu i maszyn ciężkich, a dwukółki i żyłkę do interesów. Jest jeszcze kilka mechanizmów, ale nie o wszystkich wiem. I teraz stoisz tu ze mną i możesz odgadywać. Jeśli tu mieszkasz, to wiesz. Tamta grupa starych ludzi czeka na 42. Jedzie przez wiochę, a tam głównie starzy żyją swoimi parafialnymi obowiązkami. Obok tej grupy stoi całkiem zwyczajny pacjent i gdyby miał więcej chodnika, stałby dalej. Ten busik jedzie do Będzina, za granicę. Wiesz... Zagłębie, to nie Śląsk. Obok stoi wiekowa mieszanka i trochę studentów. Wszyscy wyglądają inaczej. Też jadą za granicę, do Sosnowca. Tam, gdzie to mrowie licealistów i gimby jest przystanek 623. Jadą do Miechowic. Jest ich tylu, że jadą turami, a ten bus jeździ co kilka minut. Tu, najbliżej nas, gdzie widzisz gwałconą wzrokiem studentkę i kilkunastu eunuchów, czeka się na 820, względnie 830. Jadą do Katowic. Te busy mają najmłodszą załogę.
    - Skąd wiesz, że to eunuchy? - Niepotrzebne pytanie, bo Miro na pewno domyślał się mojej chorej odpowiedzi.
    - Bo noszą rurki. Narzędzi nie pomieścisz.
    - A tam na skraju?
   - Szombierki, Bobrek, Karb, Halemba. 146 i parę innych busów. Widzisz, chłopy z roszczeniowymi mordami i wąsate kobity. Wypisz, wymaluj mieszkańcy górniczych kolonii. Emerytowani górnicy, którym mało i szukają roboty na stróżówkach i sieciach ochroniarskich.
    - Przecież ten tam ledwo się o laskę opiera. Jaki ochroniarz?!
    - Widzisz, to jest dodatkowy atut. Laska wyraża więcej, niż pięć języków obcych.
    - Nabijasz się...
    - Nie. Laska znaczy "ćwierć etatu, 4zł za godzinę netto". To więcej warte, niż młody, bitny chłopak po szkoleniu z ambicjami na co najmniej najniższą krajową i pełen etat.
    - Paranoja. - Miro poddał się.
    - Nie mów tak. Nie wypada. Każdy ma swój ekosystem i jakąś estymę.
    - Co to za estyma? Z takimi ludźmi ma być dobrze w tym mieście? Przecież to cwaniaki, roszczeniowe mendy, złodzieje i...
    - I problem w tym, że cwaniactwo z góry traktujesz jako wadę. Mówiłem o bogactwie osobowości. I dodam, że nie widziałem dotąd miasta mogącego się porównywalnym bogactwem pochwalić. Wszędzie widoczni ludzie żyją od linijki, są poukładani, wyrośnięci i zdziczali w swoim oswojeniu. Tutaj nie. Tu się w ludziach budzą takie instynkty i determinacje, że aż miło popatrzeć. Ja się ich czasem boję. Rzuciłbyś paru takim po milionie złotych, mówiąc, że mają tym hajsem poobracać jak chcą, gdzie chcą, że nie istnieją teraz urzędy, podatki, działalności, czy formularze, a już nigdy nie zobaczyłbyś na oczy obdartusa. Jasne, byliby też tacy, którzy by to przepili, ale oni nie istnieją naprawdę. To zlewy, które są w bogatych i biednych miastach. Wszędzie odsunięci za margines. Dlatego ich się nie liczy.
    - I jak niby obracaliby takim kapitałem?
    - Nigdy się nie dowiesz. Po prostu by mieli więcej i więcej. Wystarczyłoby tylko pozwolić im zarabiać zgodnie z własnym sumieniem.
Miro westchnął niepewny swojego podziwu, zdumienia, czy pogardy.
    - I Tobie się tu chciało wracać?
    - No... - wziąłem głęboki, smogowy wdech -... nigdzie indziej nie nauczą mnie żyć obserwacje. Jeżeli chcesz uczyć się życia, najlepiej to zrobisz bytując gdzieś wewnątrz tego, jak to pięknie psychologicznie ująłeś, przekroju społecznego.


...wypada też składać życzenia urodzinowe, świąteczne, na Nowy Rok. Wypada też nie mówić pewnych rzeczy w towarzystwie, ani nazywać murzynów murzynami. A nie. Tego NIE WOLNO robić. Ale taki jestem przekorny i zły, że nie robię zwykle tego, co wypada.

Ile to już czytałeś takich powitań? W dodatku, jak widzisz - na bloggerze, z którego kpią ci profesjonalni blogerzy? Mieć bloga na googlowskim bloggerze urąga wszak godności.

Cztery lata minęły od ostatniego wpisu. I co to było? Aha... fragment mojej powieści, jakością dorównującej "Admiralette". Postanowiłem powrócić, bo swędzą mnie ręce od nie pisania. Było po drodze kilka blogów na swojej domenie, ale padły, bo nie płaciłem za serwer. Płacenie zmusza do profesjonalizmu i jakiejś systematyczności. Powróciłem tutaj, bo... w sumie zatęskniłem za postacią Konrada, a ten blog to jedyny już nośnik historii o nim. Czytam te stare wypociny i muszę przyznać, że szacun dla mnie, że mi się chciało. Te opowiadania miałyby potencjał. Taki bieszczadzki steam punk. Może kiedyś do tego wrócę. Ale dobra. Po tak długiej przerwie, bogatszy o życiowe doświadczenie, muszę niejako zacząć od nowa, no to przywitam się. Jak na blogera z platformy Google przystało. To tak:

Hejka w moim świecie. To taki mój pamiętniczek. Nie przedstawię się z imienia i nazwiska. Bo chcę tego, no, ten... być bardziej tajemniczy. Tytuł bloga to nie jest wbrew pozorom pusta dekadencja z domieszką introwersji. Po prostu czuję, że trochę nie pasuję do panującego świata. Meh... świat nie może panować. No to do panujących popkulturowych obyczajów. Pozostanę zatem anonimowy, a tu będę wrzucał moje chaotyczne, niespokojne i niedojebane myśli. Przemyślenia, refleksje... i inne ciekawe rzeczy z życia takiej ameby umysłowej jak ja. Możesz mnie obserwować, a kto wie, może i ja Ciebie zaobserwuję? Follow za follow? Sub za sub? 10 za 10? Loda za dżinsy? Czy jakoś tak? Trzeba się wspierać, 4eva noł hejt, stop mowie nienawiści, stop stopom i wszystkie dobro ponad podziałami. Zostań na dłużej, a pokażę Ci zajebiście.

No to zacząłem na pełnej kurwie, skończę na Saszy Grej. Pierwszy, obowiązkowy, kanoniczny i kardynalny post został napisany. Teraz nic, tylko pokazywać swoją pedalską wrażliwość w kolejnych postach. Odpedalanie wrażliwości ku pokrzepieniu serc gnojonym w szkołach rudym prawiczkom i ku wkurzaniu JPowców, chawudepowców, KODowców,

Pogarda prostactwa, cepowstwa rozpoczęta na dobre.
z ostatniego listu Konrada.


Nie będziemy mówić za cicho, za czule
Los rozliczył nas ze słów zbyt miękkich
Wiatr nie ma siły i niechętnie już ust dotyka
Za dużo jadu na nich mamy

On nosi zmiany, pozwólmy mu nieść te lepsze
Choć tak kusi znów uczynić go posłańcem
Zapomnieć się, by łatwiej zapomnieć
Że choć wieczny, zmierza donikąd

Lepiej przywyknąć, lepiej ochłodzić
Z końca języka usunąć liter nadmiary
Zdjąć imperatyw jak stary plaster
Chłód zagoi, zabliźni posłowne zadry

Kto przez słowa zdobywa, słowami traci
Komu słów zbywa, temu słów zabraknie
Kto słowem zabił, tego zabije już odczyt wyroku...
Gdy sądzić będą go własne słowa

Nie patrz z zawodem, nie szukaj drugiego dna
I co? Nie umiesz mówić, bo teraz po twarzy wiatr
Smaga piachem po oczach, sypie do ust
Tyle warty był twój krzyk, tyle warty był twój krzyk
z pamiętnika Konrada

Retrospekcje ze Świata Wielkiego.
To nie do końca tak, że przed drogą wędrówki, moja droga życia w mieście była pusta i bez smaku. Pióro imało się mnie równie często, jak teraz. I choć z Matką Poezją przeprosić się nie umiem do dziś, jej odbicie bez kilku detali i zmyślnych głębi towarzyszyć mi będzie do końca życia w pokropionych jej zapachem kartach tego dziwnego pamiętnika. 
Jakkolwiek, Ikarze mnie postrzegasz, jako outsidera - nawet wtedy, tak nie do końca jest to prawdą. Zawsze bowiem istniał człowiek, jako fundament życia. Do człowieka kieruję słowa, człowiek jest obiektem moich obserwacji i wszelki jego typ nie jest mi obcy i niezrozumiały. Może poza tymi, którzy nie mają w sobie nic, prócz sztyletu ukrytego w rękawie i dosłownie, i w przenośni. Tacy są mi niezrozumiali, niczym zjawy, mary... i potępiam ich jak mogę. Mimo to, prawdziwi ludzie się mnie boją. Wiesz, co smuci mnie najbardziej? Że boją się mnie ludzie, którzy stali się mi bliscy. Zauważyłem, że moja prostolinijność potęguje ten strach. Moje proste, dobre, najzwyczajniej naturalne zasady są powodem obaw i strachu.

Kiedy mówię, nie rzucam słów na wiatr. To chyba logiczne, że oczekuję tego samego od ludzi. Nie skrywam emocji, nie pozwalam sobie na dwuznaczność. Jeżeli nie jestem pewien, nie mówię nic, albo mówię otwarcie o swoich wątpliwościach. Nic wtedy nie komplikuję, mam jasność przed sobą samym. Ikarze, ludzie tego nie rozumieją. Myślą, że przecież jutro, za tydzień, za miesiąc zmienię zdanie i całość nie będzie już istotna. Strach przede mną i moją prostolinijnością i naturalnością jest objawiany przez unikanie, ignorancję, zapomnienie. Przyjacielu, nie ma na to usprawiedliwienia. Nawet to, że w ludzką naturę powoli wdziera się tendencja do komplikowania sobie wszystkiego. Ludzie przestają mówić otwarcie, co myślą, stają się niedostępni, zimni, wrzucają do jednego wora pomyłek każdego nawet życzliwego człowieka. Tacy potem muszą walczyć, bo gdyby nie walczyli, staliby się tacy sami jak reszta w tym worku, czyli nieczuli i zamknięci. 

Ikarze, mówiłeś, że to nie prawda, że niepewność jest gorsza od najbardziej niekorzystnej prawdy. Nie do końca się z tym zgodzę. Widzę, że niektórzy ludzie postrzegają to inaczej. Wolą nie wiedzieć, dla własnego komfortu, nie znać prawdy. To smutne, jak ludzie boją się rzeczy najpewniejszych, a tymi wieloma niepewnymi potrafią się bawić. Ja chyba nie pasuję. Po co sobie komplikować życie, czy nie lepiej mówić to, co czujemy, że musimy powiedzieć? Mam już dość tego strachu ze strony ludzi. Mam dość milczenia i pojawiania się tylko wtedy, kiedy jestem potrzebny, kiedy komuś zbywa czasu.

Nawet się nie zorientowałem, kiedy zacząłem pisać czasem teraźniejszym. Chyba zbyt jestem pamiętliwy.

Dalej na szlaku. Szukam Jej.
Nie czuję się poetą i nigdy się nie czułem tak naprawdę, nie myślałem jak poeta, nie zachowywałem się jak poeta i nie chciałbym się czuć ani zachowywać. Kiedyś po prostu lubiłem wdzięczne słowa i frazy. Teraz już wiem, że w niczym mi to nie pomagało, pogrążając jedynie w mroku.


Nie jestem jakoś szczególnie oczytany. Ale od pierwszego przeczytania, pokochałem wiedźmińską sagę Andrzeja Sapkowskiego. Ze względu na klasyczną fantasy, bez usilnie oryginalnych światów i pojaranych pomysłów na awangardę. Ze względu na polskość. Język. Dialogi. Bogate i dające się lubić postaci. Przede wszystkim ze względu na aktualność i morały. Tak. Te powieści są mi bliższe, niż nudny kanon zapamiętany z czasów szkolnych. Przejmują, bawią, wzruszają. 
I tak chłonąc kolejny już raz całą sagę, wciąż natrafiam na coś nowego, czego nie dane było mi zauważyć wcześniej. Tom III - "Chrzest Ognia". Geralt rozmawia z Marią Barring, zwaną Milvą (w starszej mowie Kania), która jest w stanie odmiennym. Są na szlaku. Długim, męczącym. Szlaku, który może okazać się błędnym. I do tej pory ciągle zastanawiałem się, dlaczego Milva w ogóle dołączyła do Geralta? Co ją pchnęło do tego? Dlaczego iść za nim w nieznane? Na ratunek utraconej córce i utraconej kobiecie? Poniższy fragment przeczytałem kilka razy, nim dotarł do mnie jego prawdziwy sens.

En'ca minne - maleńko miłości.

"(...)Milczał. Pozwalał ramieniu, by mówiło za niego.
    - A zresztą po co mi to wiedzieć. Wampir wnet sporyszu nagotowi... Przyjdzie wam ostawić mnie gdzie w jakiej wsi... Nie, nie gadaj nic, milcz. Ja wiem, jakiś ty. Ty nawet twej narowistej kobyły nie porzucisz, nie ostawisz, na inną nie wymienisz, choć odgrażasz się cięgiem. Tyś nie z takich, co ostawiają. Ale teraz mus. Po sporyszu na kulbace nie usiedzę. Ale i to wiedz, że gdy ozdrowieję, ruszę za wami w ślad. Bo chciałabym, byś twoją Ciri odnalazł, wiedźminie. Byś ją z moją pomocą odnalazł i odzyskał.
    - To dlatego pojechałaś ze mną - powiedział, trąc czoło. - Dlatego.
    Opuściła głowę.
    - Dlatego właśnie powędrowałaś ze mną - powtórzył. - Wyruszyłaś, by pomóc w ratowaniu cudzego dziecka. Chciałaś płacić. Spłacić dług, który już wówczas, wyruszając, zamierzałaś zaciągnąć... Cudze dziecko za własne. A ja obiecałem ci pomoc w potrzebie. Milva, ja nie potrafię ci pomóc. Wierz mi, nie potrafię.
    Tym razem ona milczała. On nie mógł. Czuł, że nie wolno.
    - Wtedy, w Brokilonie, ja zaciągnąłem wobec ciebie dług i przyrzekłem, że go spłacę. Nierozsądnie. Głupio. Okazałaś mi pomoc w chwili, gdy bardzo pomocy potrzebowałem. Nie sposób spłacić takiego długu. Nie można zapłacić za coś, co nie ma ceny. Niektórzy twierdzą, że każda, absolutnie każda rzecz na świecie ma swoją cenę. To nieprawda. Są rzeczy, które ceny nie mają, są bezcenne. Najłatwiej poznać takie rzeczy po tym, że raz utracone, są utracone na zawsze. Sam straciłem wiele takich rzeczy. Dlatego dziś nie potrafię ci pomóc.
    - Wlaśnie pomogłeś - odrzekła, bardzo spokojnie. - Nawet nie wiesz, jak mi pomogłeś, teraz odejdź, proszę. Zostaw mnie samą. Odejdź, wiedźminie. Odejdź, zanim do końca rozwalisz mój świat."

Andrzej Sapkowski, "Chrzest ognia". Tom III sagi o Wiedźminie.

    Poprosił ją łagodnie, by nie pytała o minione dni. Odkąd patrzył na Nią, jak na najważniejszą Teraźniejszość Swoją, bał się, że wspomnienia Mu Ją zabiorą. Nie chciał przejąć tego, co między Nimi powoli rozkwitało, powracającymi obrazami obumarłych jesieni. Dopiero przecież kończyła się zima. Miała zacząć najpiękniejsza wiosna. A Ona znała ogólniki, szczegóły tu nie wnosiły żadnych rewelacji.
    Nie bez powodu tak zależało Mu na zachowaniu bezpiecznej bariery pomiędzy zrujnowaną pamięcią, a spokojną wodą chwili. Każdy najdrobniejszy okruch wspomnienia dokuczał sercu. Strach. Prosty, zwykły, naturalny strach, który odebrać potrafił więcej, niż w istocie było. A wtedy w momencie krótkiej nieuwagi można stracić wszystko, nieodwołalnie.
    Obracanie w żart krótkich anegdot nie daje nic, poza wrażeniem praktycznego pancerzyka, który kusi. Nazywanie po imieniu doświadczonych podłości, to jak zanurzenie palca w płomyk świeczki, wyjęcie go, jak już zacznie parzyć i udawanie, że w ogniu nie ma nic palącego. Jest to kosztowne tworzenie miraży, które owszem, wyglądają ładnie i imponująco w Tamtych Oczach. Ale Kreator obrośnie w nienormalny strach, że oto przecież może właśnie patrzyć w Oczy przyszłego wspomnienia. Fundamentu kolejnego, zwodniczego mirażu. A obecnie – Teraźniejszości Najpiękniejszej.
    Nie przelewa Mu się czułości. Jakże cudownie byłoby wydychać chemię zauroczenia. On teraz ma trwożącą świadomość, że jeśli Teraźniejszość istnieć przestanie, pozostanie Próżnia. Na jednym jej końcu przeszłość z umierającą zbyt długo jesienią, a po drugiej stronie wiosna, która nie wiadomo czy nadejdzie zgodnie z wyrokiem kalendarza. Wiele razy już zawiodła.
    Ona. Patrzy Mu w Oczy powściągliwie. Ten dystans Go umacnia i przekonuje o poczuciu Jej wartości. Każdy zwykły przechodzień widzi zawsze w Nich coś niezwykłego. Gdyby On miał pytać mijanych szaraków, to pewnie reagowaliby zawiścią, burknięciem, może niejeden pokręciłby nosem, w pośpiechu tylko rzucając na Nich okiem przytaknął, rozpychając się z niecierpliwością wykrztusił, co mu pierwsze na myśl przyjdzie. Za bardzo przecież łączy Ich ten sam strach, by nie można było tego nie zauważyć na pierwszy rzut oka.
    Ona lubi Go słuchać i rozpoznaje pierwsze przypuszczenia. Wchodzi w teraźniejszość, choć czeka. Wydaje Mu się w tym tajemnicza. Na pewność, jak na każdy niematerialny skarb trzeba zapracować. Aż wreszcie skończy się zima na dobre.
    Prosi Ją, by nie pytała o dni minione. Posiada Ją w teraźniejszości. Nie chce przeszłości przejmującej strachem myśli, odsuwającej w tych myślach Ją, dla niemal fizycznego bólu rany zamkniętej.
   Czekają na wiosnę.
z pamiętnika Konrada

   - Co jest? Miny macie nie tęgie. - Jeszcze było mi wesoło, więc zapytałem tonem wiecznie rozbawionego Jokera.
   - Miro odszedł trzy dni temu, kiedy byłeś po słowackiej stronie. - Odpowiedziała mi Czarna. Sucho i ponuro.
   - Wiem. Mówił mi, że już tak nie może żyć. Wyciągnął swój dowód osobisty i powiedział, że wkrótce wraca do Świata. Chciał zapomnieć o sobie i zacząć żyć ze zjawami. Pewnie pojechał do rodziców pogodzić się z nimi i znaleźć legalną pracę.
   Czarna wzruszyła ramionami. Rozejrzałem się po sieni.
   - A gdzie Nova?
   - No właśnie. Jej też nie ma. Od wczoraj. Rano chciałam zanieść jej śniadanie. Ale w waszej izdebce na poddaszu był już tylko jej zapach. Musiała odejść przed świtem.
   - Nie zostawiła wiadomości? Może poszła do innego schroniska...
   - Jakiś czas już zachowywała się dziwnie. Jakby nie umiała znaleźć sobie miejsca.
   Poszedłem na poddasze. Nic. Pokoik wysprzątany. Zajrzałem pod poduszkę, gdzie zwykła chować swój sennik. Nigdy nie ukrywała go przede mną i zawsze pozwalała do niego zajrzeć. Kiedy zmagała się z jakimiś myślami nachodzącymi ją w snach, łatwiej było jej o tym napisać i pozwolić mi przeczytać, niż mówić o tym. Pod poduszką nie było nic. Ani skrawka papieru. Na biurku pod oknem nie leżała żadna koperta zaadresowana do mnie. Żaden list, ani jednego słowa. Byłem spokojny. Czasem uwielbiała ciszę i samotność, co rozumiałem i szanowałem. Może po prostu chciała gdzieś pójść sama. Nie bała się lasu, ani gór i znała je lepiej ode mnie. Tyle, że zawsze mówiła dokąd idzie, dlaczego. Trzymała się tej zasady, a kiedy oznajmiała o takich planach (najczęściej kiedy byliśmy sami) w jej oczach jawiły się pytania, czy pozwalam, czy rozumie, a jeśli nie, to zostanie dla mnie. W moich oczach zawsze miała tę samą odpowiedź. Że jest wolna, że będę tęsknił, ale tak, rozumiem. "Przychylnego szlaku" - zawsze wtedy życzyłem jej tego.
   Wróciłem do alkierza sadyby.
   - Dziwne... - mruknąłem nalewając sobie grzanego wina z garnca. Siadłem obok Czarnej, która wyraźnie się martwiła i trapiło ją jakby srogie poczucie winy.
   - Może powinniśmy jej szukać. - Zaproponował Mundo, który też nie potrafił znaleźć w sobie miejsca dla takiego zmartwienia. - Nie miała dobrego tempa, a jedyne szlaki na południe do Ukrainy i na północ do Świata.
   - Wychodzi na to, że nie chciała by na nią czekać i by ją szukać. - Sam nie wierzyłem w to, co właśnie powiedziałem. - Więc na pewno nie poszła drogą. A gdyby szła na południe, to bym ją spotkał.
   - Ale nie zaszkodzi, by wybrać się na północ.
   - Konrad, a może jednak było w niej coś, co mogło cię zaniepokoić? Może jakieś dwuznaczne znaki zdarzyło jej się ujawnić. Coś może pisała...
   - Nie ma jej sennika. Tam pisała wszystko, o czym myślała. Wszystkie sny, niespokojne myśli i tym podobne. Zabrała go ze sobą. Nic z jej strony nie było podejrzane. Tylko szczerość miała zawsze w oczach. Nie uciekała wzrokiem, gdy do niej mówiłem. Nie zająknęła się przy żadnym wyznaniu, przy żadnej odpowiedzi. Nic, co mogłoby mnie zaniepokoić.
   - Więc, co robimy?
   Iść za nią? Może i bym ją znalazł. Gdyby się udać tam, gdzie podpowiada serce. Ale nie jestem pewien, czy nie wtargnąłbym w jakąś sferę intymności, która była tajemnicą nawet przede mną. Mógłbym ją wtedy skrzywdzić. A to była ostatnia rzecz na świecie, którą chciałbym uczynić. Z drugiej zaś strony nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś jej się stało. Jeżeli już by nie wróciła, to i  ja nie miałbym przed sobą żadnego szlaku więcej. Wzruszyłem ramionami.
   - Zasady...
   - Nasze zasady mówią wyraźnie. - Mundo oparł pięści o stół i spojrzał mi w oczy z powagą kata. - Jeżeli któreś z nas odchodzi bez słowa, wszyscy musimy za nim podążyć. To nie prywatne ciągotki. To nie egocentryczna chęć znalezienia tej osoby dla nas samych, by uspokoić umysł. To prawo więzi. Przeznaczenie kieruje nas ku sobie nie bez powodu, dlatego żyjemy nadzieją, że potęga więzi między Ludźmi Gór ma siłę do odnalezienia zagubionych.
   - Mogła pragnąć się zagubić.
   - Konrad, o czym ty mówisz? Odchodzący mają obowiązek pożegnać się choć jednym słowem, a my nie mamy prawa ich zatrzymywać.
   - Kto to wymyślił? Ty?
   - Wszyscy. I wszyscy się z tym zgadzają. Ale nie chcę się z tobą kłócić, Konrad. Nova odeszła bez słowa. Może poszła na grzyby, a coś ją złego spotkało. Może poszła za daleko i ktoś ją zawinął.
   - Nawet o tym nie myśl...
   - A może to ty coś spierdoliłeś? Może to twoja wina?
   Spojrzałem mu głęboko w oczy. 
   - Tak. - Powiedziałem wstając powoli. - Może. Jeżeli rzeczywiście, to wam nic do tego. Jeżeli to moja wina, to ja powinienem ją teraz znaleźć, przeprosić i przyprowadzić do Enklawy.
   Udałem się w stronę sieni. Zaciągnąłem płaszcz - ostatnią odzież z tamtego Świata, przez plecy przewiesiłem gitarę - połowę mojej duszy i nim ktokolwiek, cokolwiek zdążył powiedzieć, jedną nogą byłem już na zewnątrz sadyby.
   - Ale pozwól pomóc. Pomóc Novie. I sobie też. Konrad. Pozwól. - Chłodna, jak ton głosu dłoń Czarnej chciała mnie zatrzymać. Mocno. Mocno więc się wyrwałem.
   - Byłem tylko sam, dopóki nie napisałem dla niej na serwetce kilku słów. Byłem sam, kiedy utrwaliła mnie w przekonaniu, że się więcej nie spotkamy. Byłem sam, kiedy spotkałem ją wśród was. Sam, kiedy odkryłem, że to ona, sam kiedy teraz odeszła i będę sam, by jej szukać. 
   Stali kompletnie mnie nie rozumiejąc. Zdecydowałem się wyjaśnić.
   - W was widzę tylko tępy bunt przed Światem i Zjawami. Niby to buńczucznie opuściliście domy. Choć wcześniej mieliście w nich wszystko, czego potrzeba mieszczuchom. Wiele rzeczy dostaliście na tacy i podziwiam, że mimo to nauczyliście się żyć bez gadżetów świata i jego jaskrawych kolorów. Powiem więcej. To wam zawsze mówiono, co zrobiliście źle i podpowiadano, jak to naprawić. A po wszystkim, cała reszta uchodziła wam płazem. A mimo to, nie ciągnie was tam, gdzie wystarczy trochę dać się poniżać, by za późniejszą zapłatę kupić sobie coś, co pozwoli wam o tym zapomnieć. Podziwiam to, naprawdę. Mnie uczyło już samo dzieciństwo, z którego pamiętam tyle, że nawet na kogoś, kto otrze łzy trzeba sobie samemu zasłużyć, nawet jeżeli jesteście cholernie niewinni. Uczyła mnie hipokryzja rodziców. Moim telewizorem był dach czynszowego bloku, gdzie nauczyłem się tego, co we mnie dobre. Napatrzyłem się na przykłady miłości i szczęścia, których nie doświadczałem. Sam sobie odpowiadałem z wiekiem na pewne pytania. Zawsze sam. Oprócz tych chwil, kiedy była ze mną Nova. I w dalszym ciągu udowadniam sobie, że można żyć jak w bajce, jeżeli od początku samemu będzie się ją budowało, nie zważając na niezrozumienie ludzi naokoło. Sam zbudowałem swoją osobowość, kiedy uciekłem ostatni raz z czterech ścian, gdzie nikogo już nie było. Być może teraz coś zniszczyłem, ale to, że jestem sam tylko pozwoli zrozumieć mi pełnię, kiedy da Bóg, odnajdę Novę. Mnie życie nauczyło, że w samotności osiągnę wszystko, by nie być samotnym dłużej niż jest to mi potrzebne. Dlatego po prostu pójdę. Sam. I pożegnam się z wami. Nie wiem, co się wydarzy, coś się skończy, a co się zacznie. Pożegnam się zwykłym "bywajcie", by odejść teraz od was tak samo szybko, jak szybko się z wami znalazłem. A wierzę, że znalazłem się dla niej i tylko ją teraz chcę szukać.
   - Konrad... idź z Bogiem.
   Zamknąłem drzwi.


z pamiętnika Konrada

Dorastaliśmy razem na dachach czynszówek na naszym szarym osiedlu. Przy ulicznych koleinach, raz na tydzień strzyżonych trawnikach, raz do roku kwitnących krwisto jarzębinach. Okupowały krwią początek jesieni i wieszczyły, że znów powrócą w chlebakach wałówki do szkoły. Tak chcieliśmy być dorośli, by mieć na wszystko czas i móc rozmawiać jak dorośli. Biegaliśmy, ciesząc się z każdej w parku kałuży i przemoczonych skarpetek. A szlabany na podwórko zabijaliśmy siedząc przed ekranami gier video w tęsknocie za domkiem na drzewie, który wspólnie czy w słońce, czy deszcz budowaliśmy. 

Aleśmy zdziadzieli mój kochany przyjacielu. Mamy naszą dorosłość przedwczesną, konta w bankach, plastikowe tożsamości i czipowskie ubezpieczenia. Pierwsze siwki na głowie, smołę w płucach, co miesięczną wypłatę, prawa jazdy i miny zbuntowanych przez nieudolną politykę Ojczyzny. Po pracy czas na odpoczynek. Domek na drzewie zamieniliśmy na piwo parkowe, dach bloku na najwyższe piętro w galerii handlowej, a jarzębinowe proce na dziurawe kieszenie. Miasto na góry, gry wideo na gitarę, szarą kartkę i długopis. Możemy, czego nie mogliśmy wcześniej. Możemy rozmawiać jak dorośli, ale tu jest barykada, którą nie wiadomo kiedy przeskoczymy. Nie umiemy nic, co z dorosłą rozmową się wiąże. Nie patrzymy sobie w oczy i przede wszystkim nie rozmawiamy o nas, ale o tej całej chorej otoczce. O muzyce, o fasoli na obiad, o wyższości kotów nad psami, margaryny nad masłem, tuńczyka nad makrelą.

Tyle, wydawało mi się, powiedziałem na poprzednich kartkach mądrości tabu, na tematy duszy i wrażliwości. A tak naprawdę jestem Zjawą nie lepszą od tamtych i nawet nie mam świadomości, jak bezrozumnie wydmuchuję słowa, by w konsekwencji zaklikać się na śmierć.

Twoje słowa głupcze będą cię kiedyś sądzić...
Jan Rybowicz