"GDYBY TAK POWIAŁO ZDROWO...
TO BYM JESZCZE RAZ POFRUNĄŁ..."

Ostatnie wpisy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nokturny z autopsji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nokturny z autopsji. Pokaż wszystkie posty
To jeden z dwóch dni w roku, kiedy szczególnie skupiam się na tym, co wypluwa facebookowa tablica. Wczoraj Prima Aprillis, dziś day after, a część tych śmieszkowych odchodów dnia kłamstwa dopiero dziś jawi się najwyżej, bo wczoraj bufor gówna i słabych żartów szybko osiągnął przepełnienie. Ale w tym całym chłamie jedna rzecz z rana przykuła mą uwagę, a to akurat nie był gówniany żart. Ktoś polajkował post jakiejś szmuli, w którym rzeczona sra pod siebie z powodu projektu ustawy naszego rządu, bo ten zaczął spełniać swoje obietnice. Ja rozumiem. Ludzie do tego nie przywykli na przestrzeni lat. Ale wybraliśta, to mata. A ci, co wyborczo są czyści i z wzwodem to epatują, niech lepiej się pochwalą, ilu znajomych i bliskich wyborców nieobecnych przy urnie przekonywali zawczasu do obecności. Dlatego mata. Wszyscy. Wszyscy, którzy tak zaciekle atakujecie pisiorów, omijając wcześniejsze zasługi platfusów w swych wypowiedziach i oburzeniach, a które według Waszej pokrętnej logiki były odmienne, bo nie uderzały w Was bezpośrednio. TYLKO DLATEGO.

Wspomniana ustawa, a raczej jej projekt (projekt to jest taka wersja robocza ustawy, przeznaczona do konsultacji i regulacji, zanim sama ustawa zostanie wprowadzona w życie, jakby ktoś nie wiedział, a najwyraźniej sporo jest takich łebów) tyczy się aborcji. To ma być ulepszona ustawa antyaborcyjna. Autorka płaczliwego wywodu skarży się na konsekwencje projektu. Bo jej zdaniem karane będą kobiety, które poroniły, jeśli w toku śledztwa okaże się, że umyślnie spowodowały poronienie. Jeżeli nieumyślnie, to nic im nie będzie, ale poza stresem i depresją spowodowaną utratą dziecka, będą jeszcze ciągane po sądach. Gdzie leży problem? Problem leży w uprzedzeniach światopoglądowych do partii rządzącej. Pod wpisem ludzie w zdecydowanej większości popierają kobitkę, a niektórzy widzą głęboki związek między treścią projektu ustawy, a kościelnymi maybachami. I co ciekawe, takie wnioski są w porządku, bo ostatecznie wyrażają niechęć do rządu. To wystarczy. Nie ważne, czym ta niechęć ma być argumentowana. Grunt, że jest. To najważniejsze. Bezkarnie można też wysnuć inne daleko idące wnioski. Np. takie, że Polki będą szukały domowych, bezśladowych sposobów na przerwanie niechcianej ciąży, albo uciekały za granicę, by dokonywać aborcji. Ewentualnie dla uniknięcia w przyszłości widoku martwego dziecka/płodu, by przypadkiem nie obudzić wyrzutów sumienia, że to serio człowiek był w brzuchu, a nie glista ludzka, gruby tasiemiec, czy inny pasożyt, w celu sterylizacji.

I to nie wszystko, bo z drugiej strony mamy głuchotę, ślepotę i nienawiść do ludzi o inaczej ukształtowanych sumieniach, dla których aborcja to zabieg usunięcia "wyrostka" na etapie "niedorostka". Do tego spowodowane ciemnotą umysłu, obarczanie kobiecej podświadomości słowem "aborcja", w przypadku, gdy usunięcie ciąży jest dozwolone (jeszcze). Aborcja kojarzy się jednoznacznie i powinna być przypisana jednemu, konkretnemu zabiegowi, czyli wtedy, kiedy kobieta jest emocjonalnym niedorozwojem dojrzałym do pierdolenia się w barowym kiblu z nieznanym gachem z potrzeby chwili, a jednak nie tyle dojrzałym, by wiedzieć, że dzieci jednak nie przynosi bocian. Poznałem nawet jednego księdza, który wyraźnie to rozgraniczał. Tak. Księdza. Katolickiego. Może nie tak dosadnie jak ja, ale rozgraniczał i uświadamiał. I to było dobre.

Ręce opadają, kiedy na małym ekranie widzę mordę Ryśka Swetru, każdą swą wypowiedź zaczynającego od "to nie przejdzie", zamiennie z "to jest pod publiczkę". Kiedy przegrana z kretesem Ewka Kopacz przejętym wzrokiem i łamiącym się głosem gońca, który tym razem sam ma wymyślić słowny przekaz, bo dla dotychczasowego mocodawcy stał się bezużyteczny, przekazuje swą niewylewną niechęć. W końcu kiedy bliźniak, mały książę i autor ogólnoliberalnej niechęci, aż trzęsie się na mównicy z nienawiści do swojego narodu, wbija szpile ku uciesze swoich przeciwników, nie widząc, że jest idealną wodą na młyn. Wtedy robi mi się przykro, bo dobrym, ciekawym i najprawdziwszym ludziom wśród tłumu ulepionych z plasteliny manekinów, nie ma tu czego szukać.

Ciągle widzę tłumy Kurwicy Odsuniętych Działaczy (KOD oczywiście) płaczących o Trybunał Konstytucyjny, o 500+, za które Kurwica zapłaci najwięcej i to, jak bardzo nic z ich transparentów, hasełek, okrzyków i skakania nie wynika. NIC. Co lepsi chwalą się ojcami ubekami, wychowaniem ideowym normalnym dla czerwonych czasów, wspomnieniami, że tamten ustrój wniósł w ich życie pewne zasady, typu "nie wychylaj się ponad swoje podwórko" i po prostu nie dowierzam. Bo gdzieś pod tymi setkami, czy tysiącami stóp leży moja biało-czerwona flaga, jak całun okrywając Orła Białego, który przestał oddychać.

Wrócę teraz do tych 50% Polaków, którzy nie poszli na wybory. Wiecie, już od lat okłamuje się ludzi, że trzeba iść do urny, bo wybory to jedyny moment, kiedy można coś zmienić. Jedni debile, którzy wołają o oddanie głosu tłumaczą to tym, że tylko wtedy ma się prawo narzekać. Inne umysłowe ameby mówią o tym, by głosować na tych, którzy są w stanie najmniej napsuć. Ci z kolei dzielą się jeszcze na takich, którzy proszą o oddanie głosu na mniejsze, sprawdzone przez lata zło. Bo wiadomo od razu czego się spodziewać. Czyli niczego. Ci kreują się na najrozsądniejszych. Nie wierzą w programy, tylko w skłonności polityków i ich zdolność do tuszowania co groźniejszych afer. Z góry zakładamy, że coś będzie nie tak. Tylko od Ciebie zależy, czy to, co pójdzie nie tak, dotknie Ciebie i czy Ty poniesiesz tego konsekwencje. Jebać resztę. Ty jesteś ważny. Chyba, że inni mogą dostać to, co Ty. Wtedy należy włączyć zawiść i pozorne myślenie w przyszłość. Bo np. z takiego 500+ nie skorzystają tylko uboższe, wielodzietne rodziny. Ale przecież kurwa, głównie patologia będzie miała za co chlać, prawda?!

I wreszcie, najgorsze jest to, że wnioski wyciągniesz tylko takie, które dotyczą Ciebie. Bo na wybory nie idziesz dla dobra narodu. Tylko dla swojego dobra. Ja byłem. Ja głosowałem, ale rozumiem tych, którzy głosować nie poszli. I znam wielu takich. Ci ludzie pracują, płacą podatki, jak czas pozwoli udzielają się charytatywnie, mają mniej lub bardziej angażujące pasje i hobby, oglądają filmy, czytają książki, a jak mają ochotę, to i do teatru się wybiorą. Ale nie idą na wybory, bo nikomu nie wierzą. Dlaczego tak trudno się temu dziwić? No, dlaczego? Do wszystkiego, co mają, co daje im szczęście i spokój nie jest im potrzebna polityka. Ustawy się zmieniają, wiek emerytalny się zmienia. To, co dziś jest wykroczeniem, jutro w świetle prawa będzie legalne. Jak w takim razie nie rozumieć pogardy do ciemnogrodu, który odrzuca jakikolwiek postęp ludzkości, a z drugiej strony niechęć do proludzkich liberałów, których największym osiągnięciem jest nierobienie nic w żadną stronę, poza tajeniem kolejnych afer wywołanych korzyścią własną?

Obojętność jest dziś w Polsce najważniejszą cnotą. Obojętni ludzie są spokojni, bo nie śledzą obrad sejmu, zlotu obrońców krzyża i kurwicy odsuniętych działaczy. Obojętni ludzie, to uczciwi i normalni ludzie, którzy żyją po swojemu i sami wiedzą, co muszą zmienić, by żyło im się lepiej, a nie czekają na ułatwienia ze strony rządu. To też tacy trochę egoiści. Ale lepsi egoiści. Bo przynajmniej nikogo nie udają, jak ci pozerzy chadzający na KODy i inne smrody. Ustawa antyaborcyjna ma ponoć dotknąć wszystkich bez wyjątku i nie pozwolić na swobodę decyzji o ciele kobiety? I kurwa bardzo dobrze. Bo może w końcu jest szansa na to, by ludzie zaczęli myśleć w kategorii wspólnoty. Bo dziś ta grupa chcąca wolności i równości, pluje na każdego katolika, wypisuje pierdoły, by religii zakazać, by wypierdolić ze szpitali i więzień kapelanów i zabronić swobody wypowiedzi, jednocześnie srając pod siebie w strachu przed odebraniem wolności słowa. Każdy z nich myśli tylko o sobie, udając, że obchodzi go Polska. I to musi się skończyć. Widocznie muszą zostać podjęte drastyczne kroki, które dadzą w dupę nam wszystkim. Dopóki jednak tak się nie stanie, kibicuję wszystkim zobojętniałym ludziom, którym jak to się mówi "nie chce się ruszyć dupy sprzed telewizora w dzień wyborów". Są nadal rzeczy, których polityk Wam nie zabierze. Dbajcie o to i dbajcie o swoje podwórko. I nadal miejcie w dupie tą krzykliwą zgraję po obu stronach barykady. Wśród nich zmarnujecie tylko czas. Dbajcie o przyjaźnie. Polityka bardzo łatwo niszczy przyjaźnie i dzieli bardziej, niż berliński mur. PiS pierdoli Polskę. Ale to jest pierdolenie trupa. PO robiło to przez 8 lat, a wcześniej SLD. Tylko, że w kuluarach, pod stolikami, u Sowy, w sejmowej kawiarni. PiS postanowił robić to na ulicy i w innych kategoriach. PO miało TK (kto wcześniej wiedział na czym polega TK?), teraz PiS ma TK. PO miało swoich opłaconych dziennikarzy w każdej telewizji, teraz PiS zabrał telewizję publiczną. Co w tym dziwnego? Taka jest cała różnica. PiS obsadza stołki kolesiami? PO robiło to samo, a każdy kto swymi kompetencjami siadał na stołku, a nie był blisko z ekipą Tuska i Kopacz, był po pewnym czasie niszczony. Niszczony psychicznie. Jego rodzina również. Bo okazywało się, że nie zna interesów partii, tylko interesy ludzi. I to jest potwierdzona informacja. Czas na KODy, manify i inne zloty kosmitów był, kiedy zaledwie po kilku latach od upadku komuny, do władzy wybrano ponownie komunistów pod przykrywką demokracji i tym samym dało im czas na wygodne rozlokowanie się po willach, apartamentach, no i zrobienie burdelu w teczkach, by trudno było coś z nich odczytać obciążającego.

Przespało się, bo naród był zmęczony dekadami komuny. A teraz jest za późno. Teraz można tylko wybierać, kto najmniej dojebie naszą Polskę. Kto najmniej spierdoli kolejne lata życia naszych dzieci. W końcu kto jest "najmniejszym złem". Zajebista perspektywa! Jeśli masz wybierać między złem, a złem, lepiej nie wybieraj w ogóle.
z ostatniego listu Konrada.


Nie będziemy mówić za cicho, za czule
Los rozliczył nas ze słów zbyt miękkich
Wiatr nie ma siły i niechętnie już ust dotyka
Za dużo jadu na nich mamy

On nosi zmiany, pozwólmy mu nieść te lepsze
Choć tak kusi znów uczynić go posłańcem
Zapomnieć się, by łatwiej zapomnieć
Że choć wieczny, zmierza donikąd

Lepiej przywyknąć, lepiej ochłodzić
Z końca języka usunąć liter nadmiary
Zdjąć imperatyw jak stary plaster
Chłód zagoi, zabliźni posłowne zadry

Kto przez słowa zdobywa, słowami traci
Komu słów zbywa, temu słów zabraknie
Kto słowem zabił, tego zabije już odczyt wyroku...
Gdy sądzić będą go własne słowa

Nie patrz z zawodem, nie szukaj drugiego dna
I co? Nie umiesz mówić, bo teraz po twarzy wiatr
Smaga piachem po oczach, sypie do ust
Tyle warty był twój krzyk, tyle warty był twój krzyk
z pamiętnika Konrada

Retrospekcje ze Świata Wielkiego.
To nie do końca tak, że przed drogą wędrówki, moja droga życia w mieście była pusta i bez smaku. Pióro imało się mnie równie często, jak teraz. I choć z Matką Poezją przeprosić się nie umiem do dziś, jej odbicie bez kilku detali i zmyślnych głębi towarzyszyć mi będzie do końca życia w pokropionych jej zapachem kartach tego dziwnego pamiętnika. 
Jakkolwiek, Ikarze mnie postrzegasz, jako outsidera - nawet wtedy, tak nie do końca jest to prawdą. Zawsze bowiem istniał człowiek, jako fundament życia. Do człowieka kieruję słowa, człowiek jest obiektem moich obserwacji i wszelki jego typ nie jest mi obcy i niezrozumiały. Może poza tymi, którzy nie mają w sobie nic, prócz sztyletu ukrytego w rękawie i dosłownie, i w przenośni. Tacy są mi niezrozumiali, niczym zjawy, mary... i potępiam ich jak mogę. Mimo to, prawdziwi ludzie się mnie boją. Wiesz, co smuci mnie najbardziej? Że boją się mnie ludzie, którzy stali się mi bliscy. Zauważyłem, że moja prostolinijność potęguje ten strach. Moje proste, dobre, najzwyczajniej naturalne zasady są powodem obaw i strachu.

Kiedy mówię, nie rzucam słów na wiatr. To chyba logiczne, że oczekuję tego samego od ludzi. Nie skrywam emocji, nie pozwalam sobie na dwuznaczność. Jeżeli nie jestem pewien, nie mówię nic, albo mówię otwarcie o swoich wątpliwościach. Nic wtedy nie komplikuję, mam jasność przed sobą samym. Ikarze, ludzie tego nie rozumieją. Myślą, że przecież jutro, za tydzień, za miesiąc zmienię zdanie i całość nie będzie już istotna. Strach przede mną i moją prostolinijnością i naturalnością jest objawiany przez unikanie, ignorancję, zapomnienie. Przyjacielu, nie ma na to usprawiedliwienia. Nawet to, że w ludzką naturę powoli wdziera się tendencja do komplikowania sobie wszystkiego. Ludzie przestają mówić otwarcie, co myślą, stają się niedostępni, zimni, wrzucają do jednego wora pomyłek każdego nawet życzliwego człowieka. Tacy potem muszą walczyć, bo gdyby nie walczyli, staliby się tacy sami jak reszta w tym worku, czyli nieczuli i zamknięci. 

Ikarze, mówiłeś, że to nie prawda, że niepewność jest gorsza od najbardziej niekorzystnej prawdy. Nie do końca się z tym zgodzę. Widzę, że niektórzy ludzie postrzegają to inaczej. Wolą nie wiedzieć, dla własnego komfortu, nie znać prawdy. To smutne, jak ludzie boją się rzeczy najpewniejszych, a tymi wieloma niepewnymi potrafią się bawić. Ja chyba nie pasuję. Po co sobie komplikować życie, czy nie lepiej mówić to, co czujemy, że musimy powiedzieć? Mam już dość tego strachu ze strony ludzi. Mam dość milczenia i pojawiania się tylko wtedy, kiedy jestem potrzebny, kiedy komuś zbywa czasu.

Nawet się nie zorientowałem, kiedy zacząłem pisać czasem teraźniejszym. Chyba zbyt jestem pamiętliwy.

Dalej na szlaku. Szukam Jej.
Coraz więcej wkoło ludzi
O Człowieka coraz trudniej
Moja bardzo wielka wina
Edward Stachura

Strasznie przytłaczał go chaos, jaki panował w wagonie. Nie lubił podróżować w tłoku, co na szczęście rzadko zdarzało się rzadko. Tamtego popołudnia natomiast nie słyszał nawet własnych myśli. Trzydziestka, może czterdziestka młodych ludzi, najwyraźniej wracała z jakiejś szkolnej wycieczki. Nauczyciele, nawet jeżeli jeszcze żyli, nie mieli żadnego wpływu na rozwrzeszczaną, szeleszczącą i zupełnie niezmęczoną bandę gówniarzy.
Konrad westchnął ciężko i sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki, by wydobyć z niej odtwarzacz MP3 owinięty słuchawkami. Prawie zaklął, kiedy niestety okazało się, że bateria jest rozładowana, a nie ma żadnej zapasowej. Wtedy spostrzegł, że ktoś siadł naprzeciw niemu, uśmiechając się porozumiewawczo.
   - Cześć. – Odezwał się nieznajomy.
  Konrad kiwnął jedynie głową, mierząc nowego towarzysza podróży swoim rutynowym spojrzeniem, by ocenić po wyglądzie poziom ewentualnej konwersacji. Mężczyzna zdawał się być prostym, zupełnie przeciętnym człowiekiem, prawdopodobnie wracającym z pracy do domu. Nosił brązową sztruksową kurtkę, pod nią kremowy golf i ciemno granatowe jeansy. Zza przymkniętych powiek płynął czysty szafirowy kolor, maskując spojrzenie, jak gdyby nieznajomy bronił się przed siłą oczu i możliwością dostrzeżenia w nich wszystkiego. Na czole znajdowała się stara blizna, chyba po drucie kolczastym. Ręce mocno splecione na piersi sugerowały postawę zamkniętą, mimo to jednak mężczyzna odezwał się pierwszy i sprawiał wrażenie, jakby czekał na identyczny odzew, gdyż skinięcie głową w ramach odpowiedzi nie wystarczało.
   - Myślałem, że może rozmowa pozwoli odwrócić uwagę od tej rozkrzyczanej młodzieży…
  - Cześć. – Odrzekł w końcu Konrad zachrypniętym głosem. – Chyba zbytnio przywykłem do spokoju. Drażni mnie byle szum.
   Nieznajomy skrzywił usta w lichym uśmiechu i zerknął do góry na bagażówkę. Leżała tam gitara Konrada zamknięta w mocnym, sarkofagowym futerale.
   - Nic dziwnego, skoro jesteś artystą. Mam na imię Jerzy.
   - Konrad.
   - Miastowy outsider?
   - Raczej drogowy obserwator. Lubię jeździć pociągami. Widzieć w nich różnych ludzi, patrzeć na nich, odgadywać ich sumienia, osobowości. Pisać o nich.
   - O, to ciekawe. O wiele ciekawsze od nie zwracających na nic uwagi przejezdnych.
   Trafnie scharakteryzowany jako artysta, Konrad rozmyślał nad wyrazem twarzy Jerzego. Człowiek ten nie miał zbyt wielu okazji do rozmów przedziałowych. W zasadzie Konrad nie miał nic przeciwko takowym, a temat padł już wcześniej. Miało popłynąć wyjaśniające wiele rzeczy opowiadanie o zapętlonych, jak piosenka w odtwarzaczu artysty myślach tych wspomnianych, przezroczystych przejezdnych.
   - Tak mnie zastanawia... - Jerzy zaczął pierwszy. - Co bystre oko artysty może zauważyć w obcych twarzach?
   - Raczej, co może odgadnąć. Trudno jest coś zauważyć, ogarnąć którymś zmysłem, nie zamieniając z obserwowaną osobą słowa. A ja raczej nie rozmawiam. Zamykam przypuszczenia i oceny wewnątrz siebie. - Konrad spojrzał z ukosa na dwie młode dziewczyny, wycieczkowiczki stojące na korytarzu pociągu. Uśmiechnął się lekko. - To fascynujące, jeżeli zostawiasz dla siebie pewne wnioski.
   - Sporo ludzi nie ma czasu na myślenie o swoim życiu prywatnym,a co dopiero myśleć o obcych. - Zauważył Jerzy.
   - Rozmyślania nad swoim życiem zwykle kończą się tak samo. Nikt nie jest sam, bo wszyscy żyją w jakiejś społeczności. Kiedy zagłębiam się w trudne pytania o sobie samym, odpowiedzi albo nie znajduję, albo powraca wiecznie ta sama, którą usłyszeć chce moje ego. Lepiej poznasz siebie, odgadując wnętrze innych.
   - No właśnie, jak to jest? - Mężczyzna oparł głowę o okno dla większej wygody. - Brak innego wyjścia, chcąc rozwiązać problem z sobą, czy też strach przed potwornością marnego człowieczeństwa?
   - Gdyby człowieczeństwo nie było potworne, nie byłoby człowieczeństwem. Zobacz, dla ilu gatunków jesteśmy potworami. To gatunki mniejsze, których nigdy nie zrozumiemy, bez względu na to, jak dobrze wydaje nam się, że je znamy. My z kolei obawiamy się gatunków większych, które istotnie mogą nam zrobić krzywdę. Ale taka jest natura niektórych. Człowiek ma zawsze wybór, choć i tak dla świerszcza, mrówki, czy biedronki będzie potworem. - Konrad sięgnął po butelkę coli stojącej na stoliczku przy oknie. Pociągnął spory łyk. - Nie. Tego nie należy się obawiać. Nie obawiać się żadnych potworności, zwłaszcza tych w nas. Trzeba tylko wybierać dobrze i mądrze.
   - A zatem, szukanie źródeł swoich niezrozumiałych zachowań?
  - Możliwe. - Artysta cmoknął i sięgnął po papierosa. - Nie wyjaśnię ci do końca na swoim przykładzie.
   - Pierwsze zaciągnięcie zawsze smakuje najgorzej. Konrad lekko się skrzywił i szybko popił colą. Jerzy wyjął swoje papierosy, zapalił i też szybko się zaciągnął. Ale artysta zauważył, że mężczyzna ma większą wprawę w paleniu. Pół metra gęstego dymu wydmuchał jak parę z ust na mroźnym powietrzu.
  - Dobrze, Konradzie. Pomijając już natury, powołania, potworności i zwyczaje poszczególnych gatunków, po prostu powiedz mi, dlaczego obserwujesz? Na to pytanie chyba znajdzie się nieskomplikowana odpowiedź?
   - Taki wybrałem sposób na życie. Najkrócej.
   - Dobrze... w takim razie rozwiń, proszę.
  - Widziałeś gitarę na bagażówce. Na tej podstawie oceniłeś, że jestem artystą. Ale sama gitara jeszcze nic nie znaczy. Może to prezent dla kogoś. Może po prostu nie jest moja. Może gram od święta na jakichś wiejskich potupajkach. Gitara jednak schowana w tym zmęczonym sarkofagu nakierowała twoje myśli na pewne tory, więc nie jestem dla ciebie powierzchownie tylko zwykłym kolesiem z gitarką. Zobaczyłeś coś jeszcze. Zirytowanie tą bandą smarkaterii, wymowna mimika mojej twarzy. Zajrzałeś dalej. Głębiej. I mój życiowy kontur odgadłeś trafnie. I ja robię podobnie. Gitara, słowo, pióro, papier i dzięki Bogu wciąż zdolne struny głosowe, to mój sposób na życie. Ileż można śpiewać o sobie i myśleć, z której strony by tu się jeszcze wyidealizować. Zacząłem patrzeć na żegnające się w spazmach wzruszenia i właśnie zasiewanej tęsknoty pary zakochanych, pod wiatami brudnych peronów. W tych gestach praktycznie obnażają się z emocji, które sypią się po kostce brukowej i toczą do studzienek. Jakże mógłbym tej wartościowej monety nie podnieść i schować tam, gdzie jej miejsce, czyli do sztuki? Cholera, Jerzy, oni mogą się nie widzieć lata, bo poza miłością nie mają nic, a on z tego tytułu jedzie na obczyznę zrywać truskawki, by móc swoją tęsknotę wyrażać prezentami i samą zarobioną gotówką dla niej. A tylu ludzi wkoło ma to w nosie, nikt nie zwróci uwagi, nie zawiesi choćby cienia myśli na nich, nie pochwali w duchu wzorowo okazanej sobie miłości w przedłużającym się nazbyt pożegnaniu. Dlatego robię to ja. Pewnie nie usłyszą o sobie nigdy piosenki. Ale ona będzie, jako moja słowno-muzyczna fotografia, gdzie w kadrze nut i fraz, królują oni. Ale nie każdego da się odgadnąć. Czasami po prostu nie ma czego odgadywać. Czasem nie wypada.
   - Słowem, po prostu szukasz Człowieka.
   - Jest coraz trudniej. Czy przykład tych dwojga jest dla ciebie czytelny?
   - Trafny. Zrozumiały. Au! Cholera...
   Jerzy roztarł wewnętrzną część lewej dłoni, sycząc z bólu. Zaraz potem, dziwną bliznę na czole.
   - Wszystko w porządku?
   - Tak, tak. Mów dalej.
    Przedział został zalany w połowie czerwienią z wolna zachodzącego słońca, a w połowie bladym, mocno kontrastowym punktowym światłem. Pociąg zatrzymał się na zimnym dworcu wynaturzonego miasta. Boczne, zachodnie światło omijało rampę peronu, po którym pasażer gęsto się ścielił i rozkładał na oczach tych dwóch w przedziale. Wiatr rozwiewał włosy w każdą stronę, a bezpańskie kundle szarpały kości, jak na powitanie znienawidzonego pana.
    Konrad otworzył oczy. Wagon był pusty i cichy. Jerzy nadal tarł obolałą dłoń posykując z cicha.
  - Stare rany bolą bardziej, niż nowe. Wysiadam na kolejnej stacji. Nigdy nie wysiadam na dworcach. - Powiedział Jerzy.
   - Widać.
   - Coś odgadłeś we mnie? - Uśmiechnął się, pochylił, opierając łokciem o kolano.
   - Odgadując mnie i słuchając mojej specyficznej mowy, której nie uświadczysz chyba przez długi czas, o ile w ogóle, odgaduję głęboko zakorzeniony strach przed brakiem Człowieka. Wysiadłbyś dużo wcześniej gdyby nie ja, przez tych bachorów. Tyle wywnioskowałem, kiedy mnie słuchałeś. Jak na ciebie patrzę, to jesteś chodzącym symbolem. Z tą blizną i tą nie zagojoną raną sprzed lat. Długich lat. Powracający ból, to ciągłe przypomnienie o końcu Człowieka. Blizna i rany są widoczne i zwracają uwagę, ale szary przejezdny jest wzrokowcem i nie powiąże ich z żadnym znaczeniem. Dla niego to obraz bez treści. Niczym picie z pustej szklanki, bo jest ładna i dobrze wygląda przechylana w stronę ust. Powierzchowność daje ci w kość. No i jak w każdej podniesionej przeze mnie monecie wartej ukrycia wewnątrz sztuki, jest w tobie coś więcej.
  - Nic dodać, nic ująć. Przynajmniej nie muszę się tego wstydzić. Więcej zobaczyć z pewnością możesz, ale wydaje mi się, że nie chcesz?
  - „Więcej” jest tylko twoje. Nie mam prawa uzurpować tego nawet dla takiego sacrum, jakim jest sztuka.
    Pociąg zaczął hamować. Dojeżdżał do małej, opuszczonej stacyjki, na której nikt nie wsiądzie. Jerzy podniósł się powoli.
   - Konradzie, kiedyś Człowiek uciekł ode mnie. Czasem namiastka Człowieka, kiedy już z nadzieją patrzę na powrót starych dni, rozpłynie się, bo przestraszy historii wypisanej na tych dłoniach, na tym czole. Trzeba było się spieszyć za każdym razem, by nie zdążyć się zawieść. Przywykłem do tego, ale potem prawie opuściło mnie poczucie sensu.
   Nie tylko ty, towarzyszu krótkiej podróży dzielisz ludzi na Człowieka i na zjawę. Byt wędrowcy nie jest korzystny dziś dla świata, ale potrzebny dla skrawka ziemi, po którym idziesz. Jest ostatnim śladem ratunku na wszystkich szlakach, gdzie ucieka ostatni Człowiek. I ja tam zmierzam, na spotkanie niespodziewane. Dziś nie musiałem się nigdzie spieszyć. Zauważyłem, kto wie, może dzięki nieobecnej już młodzieży, z kim dzielić będę przedział. Konradzie, jesteś Człowiekiem, którego nie spotkałem dawno. „Dawno temu usilnie myślałem o ratowaniu świata, potem ludzkości, a potem by się nie narzucać ni światu, ni ludzkości, zacząłem mierzyć siły na zamiary i postanowiłem ratować, co się da”.
    - Piękna parafraza... - Konrad uśmiechnął się pełen uznania.
    - Wiedziałem, że nie będzie ci obca. - Jerzy wyciągnął dłoń w stronę artysty. - To była prawdziwa radość i uciecha dla serca poznać kogoś, kto omija kurtuazyjne „nie znamy się jeszcze na tyle, by gadać o duszy i wzruszeniach” i potrafi z Człowiekiem nie trwonić słów na wymianę uwag na temat gustów, pochodzenia, ulubionych zwyczajów, tylko przejść do rzeczy. Tak mało dziś rzeczowych rozmów toczy świat. Ludzie wszystko chcieliby poznać i zaszufladkować.
   - Bywaj zdrów, Jerzy. Moje „dziękuję” płynęło od samego początku
   - Bywaj!
   Konrad zaniósł się milczeniem. I jechał dalej, szukać poezji.


    Poprosił ją łagodnie, by nie pytała o minione dni. Odkąd patrzył na Nią, jak na najważniejszą Teraźniejszość Swoją, bał się, że wspomnienia Mu Ją zabiorą. Nie chciał przejąć tego, co między Nimi powoli rozkwitało, powracającymi obrazami obumarłych jesieni. Dopiero przecież kończyła się zima. Miała zacząć najpiękniejsza wiosna. A Ona znała ogólniki, szczegóły tu nie wnosiły żadnych rewelacji.
    Nie bez powodu tak zależało Mu na zachowaniu bezpiecznej bariery pomiędzy zrujnowaną pamięcią, a spokojną wodą chwili. Każdy najdrobniejszy okruch wspomnienia dokuczał sercu. Strach. Prosty, zwykły, naturalny strach, który odebrać potrafił więcej, niż w istocie było. A wtedy w momencie krótkiej nieuwagi można stracić wszystko, nieodwołalnie.
    Obracanie w żart krótkich anegdot nie daje nic, poza wrażeniem praktycznego pancerzyka, który kusi. Nazywanie po imieniu doświadczonych podłości, to jak zanurzenie palca w płomyk świeczki, wyjęcie go, jak już zacznie parzyć i udawanie, że w ogniu nie ma nic palącego. Jest to kosztowne tworzenie miraży, które owszem, wyglądają ładnie i imponująco w Tamtych Oczach. Ale Kreator obrośnie w nienormalny strach, że oto przecież może właśnie patrzyć w Oczy przyszłego wspomnienia. Fundamentu kolejnego, zwodniczego mirażu. A obecnie – Teraźniejszości Najpiękniejszej.
    Nie przelewa Mu się czułości. Jakże cudownie byłoby wydychać chemię zauroczenia. On teraz ma trwożącą świadomość, że jeśli Teraźniejszość istnieć przestanie, pozostanie Próżnia. Na jednym jej końcu przeszłość z umierającą zbyt długo jesienią, a po drugiej stronie wiosna, która nie wiadomo czy nadejdzie zgodnie z wyrokiem kalendarza. Wiele razy już zawiodła.
    Ona. Patrzy Mu w Oczy powściągliwie. Ten dystans Go umacnia i przekonuje o poczuciu Jej wartości. Każdy zwykły przechodzień widzi zawsze w Nich coś niezwykłego. Gdyby On miał pytać mijanych szaraków, to pewnie reagowaliby zawiścią, burknięciem, może niejeden pokręciłby nosem, w pośpiechu tylko rzucając na Nich okiem przytaknął, rozpychając się z niecierpliwością wykrztusił, co mu pierwsze na myśl przyjdzie. Za bardzo przecież łączy Ich ten sam strach, by nie można było tego nie zauważyć na pierwszy rzut oka.
    Ona lubi Go słuchać i rozpoznaje pierwsze przypuszczenia. Wchodzi w teraźniejszość, choć czeka. Wydaje Mu się w tym tajemnicza. Na pewność, jak na każdy niematerialny skarb trzeba zapracować. Aż wreszcie skończy się zima na dobre.
    Prosi Ją, by nie pytała o dni minione. Posiada Ją w teraźniejszości. Nie chce przeszłości przejmującej strachem myśli, odsuwającej w tych myślach Ją, dla niemal fizycznego bólu rany zamkniętej.
   Czekają na wiosnę.