"GDYBY TAK POWIAŁO ZDROWO...
TO BYM JESZCZE RAZ POFRUNĄŁ..."

Ostatnie wpisy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza życia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza życia. Pokaż wszystkie posty


   Odwiedził mnie Miro, kiedy wracałem z kilkuletniej włóczęgi do miasta. Skończyłem opisywanie miast samymi literami, choć jeszcze nikt nie zarzucił mi zżynki tego procederu z Dostojewskiego. Staliśmy tak z Mirem na uboczu dworca komunikacji miejskiej i gadaliśmy tak, jak dawniej. Czyli jak chore, odrealnione pojeby. Maski wrosły w nasze twarze na tyle, że możemy już z czystym sumieniem szeptać, mówić i wrzeszczeć, nie być i być w pełni sobą. To, o co zahaczył Miro w rozmowie było kompletnie w jego stylu, a mi nawet po kilkuletniej rozłące z miastem, ciągle przechodziło mimochodem, choć istotnie ciekawe.
    - Nie ogarniam. Kojarzysz to miejsce spotkań z Krwi Elfów? Tam, gdzie Jaskier śpiewał, a potem na temat jego ballady wzburzyła się płomienna rozmowa? - Zaczął.
    - Ten prastary Dąb? Miejsce przyjaźni, czy jakoś tak.
    - Taa. Tu jest podobnie, tylko nikt z nikim nie rozmawia.
    - Serio? - Rozejrzałem się po chcących odjechać na złomowisko peronach.
    - Tam był druid, kupcy, elfia arystokracja, krasnoludy kowale, herbowi rycerze, starzy, młodzi...
    - Dobra, kumam. A tu masz dziada, dziada, menela, cwaniaka, dresa, cwaniaka, kobitę z wąsem, dziewczynę z wąsem, ciawusa, ciawuskę, kobitę z wąsem, pedała, pedała z koprem i studentkę ubraną w zbiorowy gwałt wzrokiem dresa, menela, cwaniaka i ciawusa. A nie. Ciawus udaje, że udaje, bo ciawuska może mu przypierdolić.
    - Tylko ogniska brakuje, dlatego nic ich nie łączy. Ogniska mają moc wiążącą.
    - Cóż... jest koksownik. Ale nikt się przy nim nie grzeje, bo nikt nie chce być w sąsiedztwie reszty. Tu strefa komfortu ogranicza się do pięciu kostek brukowych.
    - A Ty?
    - Co, ja? Jestem jednym z nich. Pełen własnego, niepodzielnego zadowolenia i podzielnej niechęci wzajemnej. To łączy nas wszystkich w Bytomiu.
    - Ale się cyniczny zrobiłeś w tych Bieszczadach. Gdzie Twoje skrzydła? Serce na dłoni, dusza na ramieniu i trzecia ręka przewieszona przez plecy?
    - Spaliłem rękę, kiedy było mi zimno. Długo się paliła. Mahoń długo się pali.
    - Weź przestań. Ale jedno mnie nurtuje. - Mira nurtowała oczywistość. Jak zwykle. - Ci ludzie z pamięci wiedzą, o której co i gdzie odjeżdża? Żadnych rozkładów, czy numerów linii...
    - W większości tak, a reszta, co jeździ sporadycznie, rozgląda się po ludziach.
    - Cholernie bogaty przekrój osobowości.
    - To jest tak. Jak biednieje miasto, wzbogaca się przekrój, jak to psychologicznie ująłeś, osobowości. Nie ma pieniędzy na remonty domów, areszty pęcznieją od ciągnących na lewo prąd, a ciawusy pomagają w likwidacji zwłok przemysłu. Idzie im to sprawniej, choć nie mają dźwigu i maszyn ciężkich, a dwukółki i żyłkę do interesów. Jest jeszcze kilka mechanizmów, ale nie o wszystkich wiem. I teraz stoisz tu ze mną i możesz odgadywać. Jeśli tu mieszkasz, to wiesz. Tamta grupa starych ludzi czeka na 42. Jedzie przez wiochę, a tam głównie starzy żyją swoimi parafialnymi obowiązkami. Obok tej grupy stoi całkiem zwyczajny pacjent i gdyby miał więcej chodnika, stałby dalej. Ten busik jedzie do Będzina, za granicę. Wiesz... Zagłębie, to nie Śląsk. Obok stoi wiekowa mieszanka i trochę studentów. Wszyscy wyglądają inaczej. Też jadą za granicę, do Sosnowca. Tam, gdzie to mrowie licealistów i gimby jest przystanek 623. Jadą do Miechowic. Jest ich tylu, że jadą turami, a ten bus jeździ co kilka minut. Tu, najbliżej nas, gdzie widzisz gwałconą wzrokiem studentkę i kilkunastu eunuchów, czeka się na 820, względnie 830. Jadą do Katowic. Te busy mają najmłodszą załogę.
    - Skąd wiesz, że to eunuchy? - Niepotrzebne pytanie, bo Miro na pewno domyślał się mojej chorej odpowiedzi.
    - Bo noszą rurki. Narzędzi nie pomieścisz.
    - A tam na skraju?
   - Szombierki, Bobrek, Karb, Halemba. 146 i parę innych busów. Widzisz, chłopy z roszczeniowymi mordami i wąsate kobity. Wypisz, wymaluj mieszkańcy górniczych kolonii. Emerytowani górnicy, którym mało i szukają roboty na stróżówkach i sieciach ochroniarskich.
    - Przecież ten tam ledwo się o laskę opiera. Jaki ochroniarz?!
    - Widzisz, to jest dodatkowy atut. Laska wyraża więcej, niż pięć języków obcych.
    - Nabijasz się...
    - Nie. Laska znaczy "ćwierć etatu, 4zł za godzinę netto". To więcej warte, niż młody, bitny chłopak po szkoleniu z ambicjami na co najmniej najniższą krajową i pełen etat.
    - Paranoja. - Miro poddał się.
    - Nie mów tak. Nie wypada. Każdy ma swój ekosystem i jakąś estymę.
    - Co to za estyma? Z takimi ludźmi ma być dobrze w tym mieście? Przecież to cwaniaki, roszczeniowe mendy, złodzieje i...
    - I problem w tym, że cwaniactwo z góry traktujesz jako wadę. Mówiłem o bogactwie osobowości. I dodam, że nie widziałem dotąd miasta mogącego się porównywalnym bogactwem pochwalić. Wszędzie widoczni ludzie żyją od linijki, są poukładani, wyrośnięci i zdziczali w swoim oswojeniu. Tutaj nie. Tu się w ludziach budzą takie instynkty i determinacje, że aż miło popatrzeć. Ja się ich czasem boję. Rzuciłbyś paru takim po milionie złotych, mówiąc, że mają tym hajsem poobracać jak chcą, gdzie chcą, że nie istnieją teraz urzędy, podatki, działalności, czy formularze, a już nigdy nie zobaczyłbyś na oczy obdartusa. Jasne, byliby też tacy, którzy by to przepili, ale oni nie istnieją naprawdę. To zlewy, które są w bogatych i biednych miastach. Wszędzie odsunięci za margines. Dlatego ich się nie liczy.
    - I jak niby obracaliby takim kapitałem?
    - Nigdy się nie dowiesz. Po prostu by mieli więcej i więcej. Wystarczyłoby tylko pozwolić im zarabiać zgodnie z własnym sumieniem.
Miro westchnął niepewny swojego podziwu, zdumienia, czy pogardy.
    - I Tobie się tu chciało wracać?
    - No... - wziąłem głęboki, smogowy wdech -... nigdzie indziej nie nauczą mnie żyć obserwacje. Jeżeli chcesz uczyć się życia, najlepiej to zrobisz bytując gdzieś wewnątrz tego, jak to pięknie psychologicznie ująłeś, przekroju społecznego.

z pamiętnika Konrada

   Ci, którzy wyśmiali moją podatność na mróz, byli jedynymi, z którymi zamieniłem przed kilkoma dniami ostatnie jak dotąd słowa.
   - Słyszelimy o Ludziach Gór. - Sapał cuchnący próchnem dziad. Ale całkiem sympatyczny. - Ale to to Gorce bardziej, nie? Czy już bieszczad sanocki?
   - Nawet bliżej. - Miałem wrażenie, że moja zerowa od zimna dykcja czyni mnie w oczach starucha największą sierotą świata. - Ostatnie większe siedlisko, to dawne schronisko "Enklawa". Przełajka na płaskiej misie między Polańczykiem, a Wołkowyją. Tego pan może nie wiedzieć. Ale tamta konfraternia była niezwykle związana. Nie bez trudu udało mi się od nich odłączyć.
   Dziad zasępił się i zabuczał ponuro. Chyba słyszał więcej niż można było się spodziewać.
   - Iście bida. - Mruknął. - Jak już ostatnie sztandary braterstwa i honoru same się rozdzierają.
   Naprawdę było zimno. Niecierpliwiłem się.
   - Proszę pana, nie mam czasu na refleksje nad ideałami.
   - Myślałem, że to bujda. - Wyjaśnił starzyk. - Alem rychtyk słyszał o nowych ustawach kiepów, które głoszą, że każdego w rewirze Podkarpacia napotkanego łazika niezwłocznie doprowadzić do cytadeli, a samym zjawom nakazano ujmować łazików natychmiastowym nakazem pracy. Ponoć wielu z was połapali, jak zaczęli często dybać ze wzgórków do mieścin, gdzie chleba i prowiantów nakradli. - Zmierzył mnie uważnym, prawie policyjnym wzrokiem. - Ale w imię czego to tak czyniliście?
   - Dziadu, zamarznę zaraz kurwa, naprawdę mi nie w ząb tłumaczyć idee, mówiłem już.
   Stary zarechotał jak zdychająca ropucha.
   - Aaaa! Żeś w sedno utrafił młodziku! Dyć nie w ząb, bo zębów ci braknie zarozki! - Rozbroił mnie jego szczery, poczciwy, dobry uśmiech. Prawie o takim już zapomniałem. - Właźże do chałupy, żywo! Moja Łemkynia nagotowi herbaty jakiej i pajdy z kunserwą zrobi. Wchodź, wchodź. Jedna nocka cię nie zbawi, a musisz pomocy konkretnej potrzebować, skoroś w portki nie narobił idąc tu.
   Wprowadził mnie do swojej skansenowej chaty.
   Krostą skansenu chałupa była jedynie z zewnątrz. W środku tętniła życiem spójna nowoczesność, bez znamion przeżytku i wyrwanych z kontekstu aranżacji. Stary najwyraźniej nie był tylko wypalaczem węgla, przynajmniej nie zwykłym. Retorty i wszystkie polanki ze ścinką w okolicy, po prostu należały do niego. Zawahałem się, kiedy zostałem zaproszony do sporego dziennego pokoju, gdzie z rozdziawioną gębą spoglądał na mnie ogromny telewizor feerią, jaskrawych barw i ostrym obrazem. Siadłem przy szklanym stole na metalowym, obitym skórą, wysokim krześle. Przez ścianę za telewizorem chciały uciec trzy sfotografowane dziewczyny. To były bardzo dobre, miękkie portrety całych, idealnych wręcz sylwetek. Nad oliwkową sofą, na zachodniej ścianie, fałszywe okna chciały być otwarte na modernistyczną panoramę nowego miasta, a metr dalej Katarzyna II czuła się prawdziwie carsko, wraz z Wilhelmem II rysując grubą kreskę na mapie, tak dobrze mi znanej, a mapa chyba chciała wyć, jak ciało, bez znieczulenia połowione skalpelem. Reszta ścian nie znała żadnych twarzy, czy kwiatów, a nawet scenek rodzajowych i fotograficznych wariacji światłem, a jedynie ściana południowa usiłowała zatrzymać czas w obecnie obowiązującej strefie. Bezskutecznie, a jakże.
   Przewiesiłem grubo łatany płaszcz przez oparcie krzesła i czekałem. Ten człowiek mógłby teraz telefonować do najbliższej cytadeli, gdzie zjawy dobrze nagradzały tych, co pomagają łapać bezrobotnych włóczęgów. Ale ja nie miałem nic do stracenia, a ostry jak brzytwa sopel lodu topniał na otuchę, płatek róży ożywał szczerą czerwienią. Kiedy zobaczyłem, jak wysoka, blada kobieta o twarzy hardej mimozy wnosi na sporym talerzu kromki chleba, posmarowane świeżym masłem i od serca przełożone konserwą, tuńczykiem, żółtym serem, pomidorem i papryką, poczułem że chyba mam swoje osobiste prawo zapomnieć na jakiś czas o tej zimie, wielokropku nie kończącym złożonego zdania i od uspokojenia akcji serca rozpocząć nowy akapit. Nieoczekiwanie jakaś irracjonalna wdzięczność... zupełnie irracjonalna i nienormalna wdzięczność wypłynęła mi ze zmęczonych oczodołów. Łemkynia patrzyła na mnie zupełnie bez wyrazu, że aż zacząłem wątpić w jej człowieczeństwo. I nie wiedziałem, co się stało. Po prostu jadłem kanapki, doprawiając je płynną solą łez.



 z pamiętnika Konrada

   Zima w tych górach jest dla twardzieli. Ja nim nie jestem. I bynajmniej nie dlatego, że prawdopodobnie po szkliwie zębów został proszek, który co chwila omiatam językiem. Również nie dlatego, że tutejsi widząc jak drżę, śmieją się, że mam alkoholowe drgawki. Zima w górach jest jak silnie żrący kwas. Definitywnie wyżera resztki brudów, kończy odwieczny cykl życia, wypala smętne owoce przekwitu i na długi czas czyni byt nietykalnym. Albo czyni niebyt. Jednak nawet kwas nie potrafi być bezwzględny bezgranicznie. Szkło jest odporne na kwasy - uczyli mnie w szkole. Nie powiedzieli, że uczucia też. I właśnie dlatego zima jest dla twardzieli. A nauka ma granice.
   Tutejsi mawiają, że kiedy nawet ubierzesz się najcieplej jak możesz, to tylko oszukujesz członki. To sprawia, że każda jedna warstwa odzieży mniej, czyni je jeszcze bardziej podatnymi na mróz. Koniec i kropka. Zima jest i być musi. Lepiej do tego przywyknij, albo oszukuj się dalej i złorzecz na aurę, aż sam zajdziesz w głowę, co ci bardziej przydatne.
   Nie pierwsza to moja zima w górach, ale pierwsza odczuwalna. Mus ruszyć na przełęcze, potem dalej na Wschód, i dalej ku Gorgonom. Wciąż w jednym celu. A przełęcze zawalone śniegiem, nie tarmoszą się już tamtędy furmanki, ani nawet ciężarówki, bo dróg nie odśnieża nikt. Zbyt sporadyczny ruch za wschodnią granicę, by wypuszczać pługi. Tam nie zapuszczają się porządni i rozsądni ludzie. Ale ja nigdy nie byłem poprawny, mainstreamowy i zawsze z lekkim uśmieszkiem drwiny szedłem pod prąd. Tam, gdzie rozsądek stawia kropkę, nadzieja zawsze dostawia jeszcze dwie.
   I powoli stawałem się tym, kogo zrobić ze mnie chcieli. Im dziksze, oderwane od reszty świata sioła odwiedzałem, tym bardziej przekonywałem się, że kropka rozsądku zawsze jest tą pierwszą w wielokropku, a nadzieja miała zbyt poważnie naiwną przewagę dwóch kolejnych. Spoglądali na mnie spode łba ostatni żyjący Łemkowie, Bojkowie i dbający o rodowód Huculi, jakbym przybył z innego kontynentu, a prawo bytu w ich górach nie przewidywało miejsca dla jakiegoś kiepa. Gdyby tylko te zapadnięte, zawszone dziury, gdzie bękarty walają się w błocie wśród uryny i rzygowin ich psów nie znajdowały się na mojej drodze, sprzedałbym współrzędne tych wiosek pierwszej lepszej napotkanej zjawie z najbliższej cytadeli i pluł na zgwałcone chwilę później, ledwie przytomne śledzie tych ksenofobicznych zdzir. Gdybym tylko wiedział, jak traktuje się pielgrzyma, który poza wiktem, miską kaszy i kubkiem kompotu w zamian za porąbanie drzewa do węglowych retort, niczego od nich nie chce. Nie zdziwiłbym się, gdyby te świnie umierały wciąż na tyfus. Oj, nie. Bez gniewu przemierzyłem czerwony szlak, jedyne swoje mienie skarbiąc pod koszulą, w piersi, aż dojrzałem do myśli, że na tym szlaku wypluwa się krew i zostawia zdrowie. Zbyt długo byłem cieniem, prochem i złudzeniem wszystkich mnie mijających. "Córciu, idź dalej. Nikt tędy nie idzie. Nie zwlekaj patrząc na nikogo", "Zmierzcha już, nikogo nam pytać o godzinę i kierunki", "Kurwa w dupę pierdolona matka, ktoś mógłby się pojawić przed nami!". Tyle zwykle słyszałem od mijających mnie. "Ktoś" - czas teraźniejszy niedokonany, "Nikt" - najzwyklejszy przeczący zaimek. Nadzieja była najcieplejszą odzieżą, jaką teraz nosiłem i ostatnim ciepłem podtrzymującym przy życiu mój kurewsko przemarznięty stan. Nadzieja była ostatnim szlachetnym i dobrym uczuciem, jakie miałem  w sobie. Była jak płatek róży zamknięty w foremce do lodów, zalanej po brzegi wodą. Na krwawym szlaku szedłem bez gniewu zbyt długo.
   Aż w końcu postanowiłem założyć buty.
   Przyśnił mi się naukowiec jednej nocy pod śniegową kołdrą śpiąc. Ciekawy, wygłodniały wzrok, tępy, jakby po zażyciu kilku gramów amfetaminy. Wzrok mądrej kurwy w pośredniaku, mówiącej mi "spierdalaj" takim tonem, bym poczuł dreszczyk emocji na myśl o zbliżającej się wycieczce. Wiesz... typowe "sprawdź", "nigdy nie wiesz", "sprzedaj się mi, bo na tobie zarobię, a ja tu będę grzać swoje rodzynki w odbycie na wygodnym krzesełku".
   - Nikt normalny i zdrowy na umyśle nie wlazł w tą polsko-ruską Amazonię. - Mówił podnieconym głosem, bo chyba cała krew z mózgu spłynęła mu do kutasa. - Nie wiem, jaki masz cel, by forsować ten ostatni odcinek ery maczet, włóczni i szamanów, ale... - nerwowo przełknął ślinę, jakby cała nauka wchodziła mu głęboko w dupę łechcąc jakiś punkt "G". - ...ale jak już tam jesteś nawiąż kontakt, jakąś analizę poznawczą, zbadaj historię, legendy... a może oni tam inaczej wyglądają? Podobno Łemkynie są wysokie i napalone. Może strach przed całkowitym wymarciem tego słowiańskiego szczepu powoduje to? A potem opowiedz... albo nie! Świetnie piszesz! Napisz! Napisz i daj mi. Daj, a będzie nad czym spekulować na długie lata!
   - Byłbym zdrowy na umyśle, gdybym drżał z zimna na tym zadupiu w tym celu. Ale ty masz okulary, fartuszek i rumieńce onanisty spuszczającego się na fakty nowej anatomii, nie zrozumiesz tego, że te sioła są mi zwyczajnie obojętne, jak wzrost Łemkynii, łemkowskie pierogi i bojkowskie, czy łacińskie cerkwie. To tylko śmierdzące strzechy przy drodze, po której idę.
   - No to po cholerę tam jesteś? Tam dalej nic nie ma... nic. Tylko przeszłość i inna epoka.
   - Tak. Tam jest przeszłość i lepsza, dawna epoka. Ale nie w twoim znaczeniu.
   - Jebnięty... - stęknął, jakby podniecony, mądry kutas sflaczał podczas intelektualnej masturbacji.
   - Nie zrozumiesz. Nigdy. I niczym się nie różnisz od tych przygranicznych wieśniaków.
   Takie sny miewałem co noc. To tylko moja wyobraźnia i podświadoma pogarda do jajogłowych rysowała tego antagonistę w tak perwersyjnych barwach. Ale i tak nie miałem ochoty być kolejnym zjaranym Tonym Halikiem, ani charyzmatycznym Wołoszańskim i bynajmniej nie pogodnym Nowakowskim. I już chyba całkowicie byłem tym, kogo chcieli ze mnie zrobić ludzie. Czasem teraźniejszym niedokonanym i zaimkiem przeczącym.
Coraz więcej wkoło ludzi
O Człowieka coraz trudniej
Moja bardzo wielka wina
Edward Stachura

Strasznie przytłaczał go chaos, jaki panował w wagonie. Nie lubił podróżować w tłoku, co na szczęście rzadko zdarzało się rzadko. Tamtego popołudnia natomiast nie słyszał nawet własnych myśli. Trzydziestka, może czterdziestka młodych ludzi, najwyraźniej wracała z jakiejś szkolnej wycieczki. Nauczyciele, nawet jeżeli jeszcze żyli, nie mieli żadnego wpływu na rozwrzeszczaną, szeleszczącą i zupełnie niezmęczoną bandę gówniarzy.
Konrad westchnął ciężko i sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki, by wydobyć z niej odtwarzacz MP3 owinięty słuchawkami. Prawie zaklął, kiedy niestety okazało się, że bateria jest rozładowana, a nie ma żadnej zapasowej. Wtedy spostrzegł, że ktoś siadł naprzeciw niemu, uśmiechając się porozumiewawczo.
   - Cześć. – Odezwał się nieznajomy.
  Konrad kiwnął jedynie głową, mierząc nowego towarzysza podróży swoim rutynowym spojrzeniem, by ocenić po wyglądzie poziom ewentualnej konwersacji. Mężczyzna zdawał się być prostym, zupełnie przeciętnym człowiekiem, prawdopodobnie wracającym z pracy do domu. Nosił brązową sztruksową kurtkę, pod nią kremowy golf i ciemno granatowe jeansy. Zza przymkniętych powiek płynął czysty szafirowy kolor, maskując spojrzenie, jak gdyby nieznajomy bronił się przed siłą oczu i możliwością dostrzeżenia w nich wszystkiego. Na czole znajdowała się stara blizna, chyba po drucie kolczastym. Ręce mocno splecione na piersi sugerowały postawę zamkniętą, mimo to jednak mężczyzna odezwał się pierwszy i sprawiał wrażenie, jakby czekał na identyczny odzew, gdyż skinięcie głową w ramach odpowiedzi nie wystarczało.
   - Myślałem, że może rozmowa pozwoli odwrócić uwagę od tej rozkrzyczanej młodzieży…
  - Cześć. – Odrzekł w końcu Konrad zachrypniętym głosem. – Chyba zbytnio przywykłem do spokoju. Drażni mnie byle szum.
   Nieznajomy skrzywił usta w lichym uśmiechu i zerknął do góry na bagażówkę. Leżała tam gitara Konrada zamknięta w mocnym, sarkofagowym futerale.
   - Nic dziwnego, skoro jesteś artystą. Mam na imię Jerzy.
   - Konrad.
   - Miastowy outsider?
   - Raczej drogowy obserwator. Lubię jeździć pociągami. Widzieć w nich różnych ludzi, patrzeć na nich, odgadywać ich sumienia, osobowości. Pisać o nich.
   - O, to ciekawe. O wiele ciekawsze od nie zwracających na nic uwagi przejezdnych.
   Trafnie scharakteryzowany jako artysta, Konrad rozmyślał nad wyrazem twarzy Jerzego. Człowiek ten nie miał zbyt wielu okazji do rozmów przedziałowych. W zasadzie Konrad nie miał nic przeciwko takowym, a temat padł już wcześniej. Miało popłynąć wyjaśniające wiele rzeczy opowiadanie o zapętlonych, jak piosenka w odtwarzaczu artysty myślach tych wspomnianych, przezroczystych przejezdnych.
   - Tak mnie zastanawia... - Jerzy zaczął pierwszy. - Co bystre oko artysty może zauważyć w obcych twarzach?
   - Raczej, co może odgadnąć. Trudno jest coś zauważyć, ogarnąć którymś zmysłem, nie zamieniając z obserwowaną osobą słowa. A ja raczej nie rozmawiam. Zamykam przypuszczenia i oceny wewnątrz siebie. - Konrad spojrzał z ukosa na dwie młode dziewczyny, wycieczkowiczki stojące na korytarzu pociągu. Uśmiechnął się lekko. - To fascynujące, jeżeli zostawiasz dla siebie pewne wnioski.
   - Sporo ludzi nie ma czasu na myślenie o swoim życiu prywatnym,a co dopiero myśleć o obcych. - Zauważył Jerzy.
   - Rozmyślania nad swoim życiem zwykle kończą się tak samo. Nikt nie jest sam, bo wszyscy żyją w jakiejś społeczności. Kiedy zagłębiam się w trudne pytania o sobie samym, odpowiedzi albo nie znajduję, albo powraca wiecznie ta sama, którą usłyszeć chce moje ego. Lepiej poznasz siebie, odgadując wnętrze innych.
   - No właśnie, jak to jest? - Mężczyzna oparł głowę o okno dla większej wygody. - Brak innego wyjścia, chcąc rozwiązać problem z sobą, czy też strach przed potwornością marnego człowieczeństwa?
   - Gdyby człowieczeństwo nie było potworne, nie byłoby człowieczeństwem. Zobacz, dla ilu gatunków jesteśmy potworami. To gatunki mniejsze, których nigdy nie zrozumiemy, bez względu na to, jak dobrze wydaje nam się, że je znamy. My z kolei obawiamy się gatunków większych, które istotnie mogą nam zrobić krzywdę. Ale taka jest natura niektórych. Człowiek ma zawsze wybór, choć i tak dla świerszcza, mrówki, czy biedronki będzie potworem. - Konrad sięgnął po butelkę coli stojącej na stoliczku przy oknie. Pociągnął spory łyk. - Nie. Tego nie należy się obawiać. Nie obawiać się żadnych potworności, zwłaszcza tych w nas. Trzeba tylko wybierać dobrze i mądrze.
   - A zatem, szukanie źródeł swoich niezrozumiałych zachowań?
  - Możliwe. - Artysta cmoknął i sięgnął po papierosa. - Nie wyjaśnię ci do końca na swoim przykładzie.
   - Pierwsze zaciągnięcie zawsze smakuje najgorzej. Konrad lekko się skrzywił i szybko popił colą. Jerzy wyjął swoje papierosy, zapalił i też szybko się zaciągnął. Ale artysta zauważył, że mężczyzna ma większą wprawę w paleniu. Pół metra gęstego dymu wydmuchał jak parę z ust na mroźnym powietrzu.
  - Dobrze, Konradzie. Pomijając już natury, powołania, potworności i zwyczaje poszczególnych gatunków, po prostu powiedz mi, dlaczego obserwujesz? Na to pytanie chyba znajdzie się nieskomplikowana odpowiedź?
   - Taki wybrałem sposób na życie. Najkrócej.
   - Dobrze... w takim razie rozwiń, proszę.
  - Widziałeś gitarę na bagażówce. Na tej podstawie oceniłeś, że jestem artystą. Ale sama gitara jeszcze nic nie znaczy. Może to prezent dla kogoś. Może po prostu nie jest moja. Może gram od święta na jakichś wiejskich potupajkach. Gitara jednak schowana w tym zmęczonym sarkofagu nakierowała twoje myśli na pewne tory, więc nie jestem dla ciebie powierzchownie tylko zwykłym kolesiem z gitarką. Zobaczyłeś coś jeszcze. Zirytowanie tą bandą smarkaterii, wymowna mimika mojej twarzy. Zajrzałeś dalej. Głębiej. I mój życiowy kontur odgadłeś trafnie. I ja robię podobnie. Gitara, słowo, pióro, papier i dzięki Bogu wciąż zdolne struny głosowe, to mój sposób na życie. Ileż można śpiewać o sobie i myśleć, z której strony by tu się jeszcze wyidealizować. Zacząłem patrzeć na żegnające się w spazmach wzruszenia i właśnie zasiewanej tęsknoty pary zakochanych, pod wiatami brudnych peronów. W tych gestach praktycznie obnażają się z emocji, które sypią się po kostce brukowej i toczą do studzienek. Jakże mógłbym tej wartościowej monety nie podnieść i schować tam, gdzie jej miejsce, czyli do sztuki? Cholera, Jerzy, oni mogą się nie widzieć lata, bo poza miłością nie mają nic, a on z tego tytułu jedzie na obczyznę zrywać truskawki, by móc swoją tęsknotę wyrażać prezentami i samą zarobioną gotówką dla niej. A tylu ludzi wkoło ma to w nosie, nikt nie zwróci uwagi, nie zawiesi choćby cienia myśli na nich, nie pochwali w duchu wzorowo okazanej sobie miłości w przedłużającym się nazbyt pożegnaniu. Dlatego robię to ja. Pewnie nie usłyszą o sobie nigdy piosenki. Ale ona będzie, jako moja słowno-muzyczna fotografia, gdzie w kadrze nut i fraz, królują oni. Ale nie każdego da się odgadnąć. Czasami po prostu nie ma czego odgadywać. Czasem nie wypada.
   - Słowem, po prostu szukasz Człowieka.
   - Jest coraz trudniej. Czy przykład tych dwojga jest dla ciebie czytelny?
   - Trafny. Zrozumiały. Au! Cholera...
   Jerzy roztarł wewnętrzną część lewej dłoni, sycząc z bólu. Zaraz potem, dziwną bliznę na czole.
   - Wszystko w porządku?
   - Tak, tak. Mów dalej.
    Przedział został zalany w połowie czerwienią z wolna zachodzącego słońca, a w połowie bladym, mocno kontrastowym punktowym światłem. Pociąg zatrzymał się na zimnym dworcu wynaturzonego miasta. Boczne, zachodnie światło omijało rampę peronu, po którym pasażer gęsto się ścielił i rozkładał na oczach tych dwóch w przedziale. Wiatr rozwiewał włosy w każdą stronę, a bezpańskie kundle szarpały kości, jak na powitanie znienawidzonego pana.
    Konrad otworzył oczy. Wagon był pusty i cichy. Jerzy nadal tarł obolałą dłoń posykując z cicha.
  - Stare rany bolą bardziej, niż nowe. Wysiadam na kolejnej stacji. Nigdy nie wysiadam na dworcach. - Powiedział Jerzy.
   - Widać.
   - Coś odgadłeś we mnie? - Uśmiechnął się, pochylił, opierając łokciem o kolano.
   - Odgadując mnie i słuchając mojej specyficznej mowy, której nie uświadczysz chyba przez długi czas, o ile w ogóle, odgaduję głęboko zakorzeniony strach przed brakiem Człowieka. Wysiadłbyś dużo wcześniej gdyby nie ja, przez tych bachorów. Tyle wywnioskowałem, kiedy mnie słuchałeś. Jak na ciebie patrzę, to jesteś chodzącym symbolem. Z tą blizną i tą nie zagojoną raną sprzed lat. Długich lat. Powracający ból, to ciągłe przypomnienie o końcu Człowieka. Blizna i rany są widoczne i zwracają uwagę, ale szary przejezdny jest wzrokowcem i nie powiąże ich z żadnym znaczeniem. Dla niego to obraz bez treści. Niczym picie z pustej szklanki, bo jest ładna i dobrze wygląda przechylana w stronę ust. Powierzchowność daje ci w kość. No i jak w każdej podniesionej przeze mnie monecie wartej ukrycia wewnątrz sztuki, jest w tobie coś więcej.
  - Nic dodać, nic ująć. Przynajmniej nie muszę się tego wstydzić. Więcej zobaczyć z pewnością możesz, ale wydaje mi się, że nie chcesz?
  - „Więcej” jest tylko twoje. Nie mam prawa uzurpować tego nawet dla takiego sacrum, jakim jest sztuka.
    Pociąg zaczął hamować. Dojeżdżał do małej, opuszczonej stacyjki, na której nikt nie wsiądzie. Jerzy podniósł się powoli.
   - Konradzie, kiedyś Człowiek uciekł ode mnie. Czasem namiastka Człowieka, kiedy już z nadzieją patrzę na powrót starych dni, rozpłynie się, bo przestraszy historii wypisanej na tych dłoniach, na tym czole. Trzeba było się spieszyć za każdym razem, by nie zdążyć się zawieść. Przywykłem do tego, ale potem prawie opuściło mnie poczucie sensu.
   Nie tylko ty, towarzyszu krótkiej podróży dzielisz ludzi na Człowieka i na zjawę. Byt wędrowcy nie jest korzystny dziś dla świata, ale potrzebny dla skrawka ziemi, po którym idziesz. Jest ostatnim śladem ratunku na wszystkich szlakach, gdzie ucieka ostatni Człowiek. I ja tam zmierzam, na spotkanie niespodziewane. Dziś nie musiałem się nigdzie spieszyć. Zauważyłem, kto wie, może dzięki nieobecnej już młodzieży, z kim dzielić będę przedział. Konradzie, jesteś Człowiekiem, którego nie spotkałem dawno. „Dawno temu usilnie myślałem o ratowaniu świata, potem ludzkości, a potem by się nie narzucać ni światu, ni ludzkości, zacząłem mierzyć siły na zamiary i postanowiłem ratować, co się da”.
    - Piękna parafraza... - Konrad uśmiechnął się pełen uznania.
    - Wiedziałem, że nie będzie ci obca. - Jerzy wyciągnął dłoń w stronę artysty. - To była prawdziwa radość i uciecha dla serca poznać kogoś, kto omija kurtuazyjne „nie znamy się jeszcze na tyle, by gadać o duszy i wzruszeniach” i potrafi z Człowiekiem nie trwonić słów na wymianę uwag na temat gustów, pochodzenia, ulubionych zwyczajów, tylko przejść do rzeczy. Tak mało dziś rzeczowych rozmów toczy świat. Ludzie wszystko chcieliby poznać i zaszufladkować.
   - Bywaj zdrów, Jerzy. Moje „dziękuję” płynęło od samego początku
   - Bywaj!
   Konrad zaniósł się milczeniem. I jechał dalej, szukać poezji.

z pamiętnika Konrada

   - Co jest? Miny macie nie tęgie. - Jeszcze było mi wesoło, więc zapytałem tonem wiecznie rozbawionego Jokera.
   - Miro odszedł trzy dni temu, kiedy byłeś po słowackiej stronie. - Odpowiedziała mi Czarna. Sucho i ponuro.
   - Wiem. Mówił mi, że już tak nie może żyć. Wyciągnął swój dowód osobisty i powiedział, że wkrótce wraca do Świata. Chciał zapomnieć o sobie i zacząć żyć ze zjawami. Pewnie pojechał do rodziców pogodzić się z nimi i znaleźć legalną pracę.
   Czarna wzruszyła ramionami. Rozejrzałem się po sieni.
   - A gdzie Nova?
   - No właśnie. Jej też nie ma. Od wczoraj. Rano chciałam zanieść jej śniadanie. Ale w waszej izdebce na poddaszu był już tylko jej zapach. Musiała odejść przed świtem.
   - Nie zostawiła wiadomości? Może poszła do innego schroniska...
   - Jakiś czas już zachowywała się dziwnie. Jakby nie umiała znaleźć sobie miejsca.
   Poszedłem na poddasze. Nic. Pokoik wysprzątany. Zajrzałem pod poduszkę, gdzie zwykła chować swój sennik. Nigdy nie ukrywała go przede mną i zawsze pozwalała do niego zajrzeć. Kiedy zmagała się z jakimiś myślami nachodzącymi ją w snach, łatwiej było jej o tym napisać i pozwolić mi przeczytać, niż mówić o tym. Pod poduszką nie było nic. Ani skrawka papieru. Na biurku pod oknem nie leżała żadna koperta zaadresowana do mnie. Żaden list, ani jednego słowa. Byłem spokojny. Czasem uwielbiała ciszę i samotność, co rozumiałem i szanowałem. Może po prostu chciała gdzieś pójść sama. Nie bała się lasu, ani gór i znała je lepiej ode mnie. Tyle, że zawsze mówiła dokąd idzie, dlaczego. Trzymała się tej zasady, a kiedy oznajmiała o takich planach (najczęściej kiedy byliśmy sami) w jej oczach jawiły się pytania, czy pozwalam, czy rozumie, a jeśli nie, to zostanie dla mnie. W moich oczach zawsze miała tę samą odpowiedź. Że jest wolna, że będę tęsknił, ale tak, rozumiem. "Przychylnego szlaku" - zawsze wtedy życzyłem jej tego.
   Wróciłem do alkierza sadyby.
   - Dziwne... - mruknąłem nalewając sobie grzanego wina z garnca. Siadłem obok Czarnej, która wyraźnie się martwiła i trapiło ją jakby srogie poczucie winy.
   - Może powinniśmy jej szukać. - Zaproponował Mundo, który też nie potrafił znaleźć w sobie miejsca dla takiego zmartwienia. - Nie miała dobrego tempa, a jedyne szlaki na południe do Ukrainy i na północ do Świata.
   - Wychodzi na to, że nie chciała by na nią czekać i by ją szukać. - Sam nie wierzyłem w to, co właśnie powiedziałem. - Więc na pewno nie poszła drogą. A gdyby szła na południe, to bym ją spotkał.
   - Ale nie zaszkodzi, by wybrać się na północ.
   - Konrad, a może jednak było w niej coś, co mogło cię zaniepokoić? Może jakieś dwuznaczne znaki zdarzyło jej się ujawnić. Coś może pisała...
   - Nie ma jej sennika. Tam pisała wszystko, o czym myślała. Wszystkie sny, niespokojne myśli i tym podobne. Zabrała go ze sobą. Nic z jej strony nie było podejrzane. Tylko szczerość miała zawsze w oczach. Nie uciekała wzrokiem, gdy do niej mówiłem. Nie zająknęła się przy żadnym wyznaniu, przy żadnej odpowiedzi. Nic, co mogłoby mnie zaniepokoić.
   - Więc, co robimy?
   Iść za nią? Może i bym ją znalazł. Gdyby się udać tam, gdzie podpowiada serce. Ale nie jestem pewien, czy nie wtargnąłbym w jakąś sferę intymności, która była tajemnicą nawet przede mną. Mógłbym ją wtedy skrzywdzić. A to była ostatnia rzecz na świecie, którą chciałbym uczynić. Z drugiej zaś strony nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś jej się stało. Jeżeli już by nie wróciła, to i  ja nie miałbym przed sobą żadnego szlaku więcej. Wzruszyłem ramionami.
   - Zasady...
   - Nasze zasady mówią wyraźnie. - Mundo oparł pięści o stół i spojrzał mi w oczy z powagą kata. - Jeżeli któreś z nas odchodzi bez słowa, wszyscy musimy za nim podążyć. To nie prywatne ciągotki. To nie egocentryczna chęć znalezienia tej osoby dla nas samych, by uspokoić umysł. To prawo więzi. Przeznaczenie kieruje nas ku sobie nie bez powodu, dlatego żyjemy nadzieją, że potęga więzi między Ludźmi Gór ma siłę do odnalezienia zagubionych.
   - Mogła pragnąć się zagubić.
   - Konrad, o czym ty mówisz? Odchodzący mają obowiązek pożegnać się choć jednym słowem, a my nie mamy prawa ich zatrzymywać.
   - Kto to wymyślił? Ty?
   - Wszyscy. I wszyscy się z tym zgadzają. Ale nie chcę się z tobą kłócić, Konrad. Nova odeszła bez słowa. Może poszła na grzyby, a coś ją złego spotkało. Może poszła za daleko i ktoś ją zawinął.
   - Nawet o tym nie myśl...
   - A może to ty coś spierdoliłeś? Może to twoja wina?
   Spojrzałem mu głęboko w oczy. 
   - Tak. - Powiedziałem wstając powoli. - Może. Jeżeli rzeczywiście, to wam nic do tego. Jeżeli to moja wina, to ja powinienem ją teraz znaleźć, przeprosić i przyprowadzić do Enklawy.
   Udałem się w stronę sieni. Zaciągnąłem płaszcz - ostatnią odzież z tamtego Świata, przez plecy przewiesiłem gitarę - połowę mojej duszy i nim ktokolwiek, cokolwiek zdążył powiedzieć, jedną nogą byłem już na zewnątrz sadyby.
   - Ale pozwól pomóc. Pomóc Novie. I sobie też. Konrad. Pozwól. - Chłodna, jak ton głosu dłoń Czarnej chciała mnie zatrzymać. Mocno. Mocno więc się wyrwałem.
   - Byłem tylko sam, dopóki nie napisałem dla niej na serwetce kilku słów. Byłem sam, kiedy utrwaliła mnie w przekonaniu, że się więcej nie spotkamy. Byłem sam, kiedy spotkałem ją wśród was. Sam, kiedy odkryłem, że to ona, sam kiedy teraz odeszła i będę sam, by jej szukać. 
   Stali kompletnie mnie nie rozumiejąc. Zdecydowałem się wyjaśnić.
   - W was widzę tylko tępy bunt przed Światem i Zjawami. Niby to buńczucznie opuściliście domy. Choć wcześniej mieliście w nich wszystko, czego potrzeba mieszczuchom. Wiele rzeczy dostaliście na tacy i podziwiam, że mimo to nauczyliście się żyć bez gadżetów świata i jego jaskrawych kolorów. Powiem więcej. To wam zawsze mówiono, co zrobiliście źle i podpowiadano, jak to naprawić. A po wszystkim, cała reszta uchodziła wam płazem. A mimo to, nie ciągnie was tam, gdzie wystarczy trochę dać się poniżać, by za późniejszą zapłatę kupić sobie coś, co pozwoli wam o tym zapomnieć. Podziwiam to, naprawdę. Mnie uczyło już samo dzieciństwo, z którego pamiętam tyle, że nawet na kogoś, kto otrze łzy trzeba sobie samemu zasłużyć, nawet jeżeli jesteście cholernie niewinni. Uczyła mnie hipokryzja rodziców. Moim telewizorem był dach czynszowego bloku, gdzie nauczyłem się tego, co we mnie dobre. Napatrzyłem się na przykłady miłości i szczęścia, których nie doświadczałem. Sam sobie odpowiadałem z wiekiem na pewne pytania. Zawsze sam. Oprócz tych chwil, kiedy była ze mną Nova. I w dalszym ciągu udowadniam sobie, że można żyć jak w bajce, jeżeli od początku samemu będzie się ją budowało, nie zważając na niezrozumienie ludzi naokoło. Sam zbudowałem swoją osobowość, kiedy uciekłem ostatni raz z czterech ścian, gdzie nikogo już nie było. Być może teraz coś zniszczyłem, ale to, że jestem sam tylko pozwoli zrozumieć mi pełnię, kiedy da Bóg, odnajdę Novę. Mnie życie nauczyło, że w samotności osiągnę wszystko, by nie być samotnym dłużej niż jest to mi potrzebne. Dlatego po prostu pójdę. Sam. I pożegnam się z wami. Nie wiem, co się wydarzy, coś się skończy, a co się zacznie. Pożegnam się zwykłym "bywajcie", by odejść teraz od was tak samo szybko, jak szybko się z wami znalazłem. A wierzę, że znalazłem się dla niej i tylko ją teraz chcę szukać.
   - Konrad... idź z Bogiem.
   Zamknąłem drzwi.


z opowiadania Andrzeja Sapkowskiego, pt. "Granica możliwości"

   "(...)Jaskier, rzucając niespokojne spojrzenia na Zerrikanki, czujnie krążące po pobojowisku, cucił wciąż nieprzytomnego Dorregaraya. Geralt smarował maścią i opatrywał poparzone kostki Yennefer. Czarodziejka syczała z bólu i mruczała zaklęcia.
   Uporawszy się z zadaniem, wiedźmin wstał.
   - Zostańcie tu - powiedział. - Muszę z nim porozmawiać.
   Yennefer krzywiąc się wstała.
   - Idę z tobą, Geralt - wzięła go pod rękę. - Mogę? Proszę, Geralt.
   - Ze mną, Yen? Myślałem...
   - Nie myśl - przycisnęła się do jego ramienia.
   - Yen?
   - Już dobrze, Geralt.
   Spojrzał w jej oczy, które były ciepłe. Jak dawniej. Pochylił głowę i pocałował w usta, gorące, miękkie i chętne. Jak dawniej.
   Podeszli. Yennefer, podtrzymywana, dygnęła głęboko, jak przed królem, ujmując suknię końcami palców.
   - Trzy Kaw... Villentretenmerth... - powiedział wiedźmin.
   - Moje imię w wolnym przekładzie na wasz język oznacza Trzy Czarne Ptaki - wyjaśnił smok.
   Smoczątko, wczepione pazurkami w jego przedramię, podstawiło kark pod głaszczącą dłoń.
   - Chaos i Ład - uśmiechnął się Villentretenmerth. - Pamiętasz, Geralt? Chaos to agresja, Ład to obrona przed nią. Warto pędzić na koniec świata, by przeciwstawić się agresji i złu, prawda, wiedźminie? Zwłaszcza, jak mówiłeś, gdy zapłata jest godziwa. A tym razem była. To był skarb smoczycy Myrgtabrakke, tej otrutej pod Hołopolem. To ona mnie wezwała, bym jej pomógł, bym powstrzymał grożące jej zło. Myrgtabrakke odleciała już, krótko po tym, gdy zniesiono z pola Eycka z Denesle. Czasu miała dość, gdy wy gadaliście i kłóciliście się. Ale zostawiła mi swój skarb, moją zapłatę.
   Smoczątko pisnęło i zatrzepotało skrzydełkami.
   - Więc ty...
   - Tak - przerwał smok. - Cóż, takie czasy. Stworzenia, które wy zwykliście nazywać potworami, od pewnego czasu czują się coraz bardziej zagrożone przez ludzi. Nie dają już sobie rady same. Potrzebują Obrońcy. Takiego... wiedźmina.
   - A cel... Cel, który jest na końcu drogi?
   - Oto on - Villentretenmerth uniósł przedramię. Smoczątko pisnęło przestraszone. - Właśnie go osiągnąłem. Dzięki niemu przetrwam, Geralcie z Rivii, udowodnię, że nie ma granic możliwości. Ty też znajdziesz kiedyś taki cel, wiedźminie. Nawet ci, co się różnią, mogą przetrwać. Żegnaj, Geralt. Żegnaj, Yennefer.
   Czarodziejka, chwytając mocniej ramię wiedźmina, dygnęła ponownie. Villentretenmerth wstał, spojrzał na nią, a twarz miał bardzo poważną.
   - Wybacz szczerość i prostolinijność, Yennefer. To jest wypisane na waszych twarzach, nie muszę nawet starać się czytać w myślach. Jesteście stworzeni dla siebie, ty i wiedźmin. Ale nic z tego nie będzie. Nic. Przykro mi.
   - Wiem - Yennefer pobladła lekko. - Wiem, Villentretenmerth. Ale i ja chciałabym wierzyć, że nie ma granicy możliwości. A przynajmniej w to, że jest ona jeszcze bardzo daleko.
   (...)- Możesz przybrać każdą postać. Każdą, jaką zechcesz.
   - Tak.
   - Dlaczego więc człowiek? Dlaczego Borch z trzema czarnymi ptakami w herbie?
   Smok uśmiechnął się pogodnie.
   - Nie wiem, Geralt, w jakich okolicznościach zetknęli się po raz pierwszy ze sobą odlegli przodkowie naszych ras. Ale faktem jest, że dla smoków nie ma niczego bardziej odrażającego niż człowiek. Człowiek budzi w smokach instynktowny, nieracjonalny wstręt. Ze mną jest inaczej. Dla mnie... jesteście sympatyczni. Żegnajcie.(...)

niech ten cytowany fragment broni się sam. W baśniach tkwi głęboki morał wzięty z konsekwencji realnego życia codziennego. Zawsze w to będę wierzył. Nie jesteśmy sami i dla wszystkich jest miejsce. Dla wszystkich. Warto o tym nie zapominać.
   Zaczęły nam się tworzyć scenariusze, jakie przed laty słyszeliśmy od naszych dziadków. Las, pierwsi i ostatni zarazem partyzanci w walce o wolność, zacieranie śladów, ogniska z wartą pośród nocy, unikanie oznak cywilizacji, improwizowane szałasy na przełęczach i w dzikich dolinach. Dziś na myśl mi przychodzą tylko wyssane z palca opowieści bajarzy i pisarzy. Jednak właśnie w tej chwili my tworzymy historię, którą kiedyś być może zainteresują się potomni. Od gór napływają pierwsze oddechy zimy. Przede mną pierwsza zima na surowym szlaku. Nie wiem dokąd pójdziemy, jak długo będziemy szli razem, co, albo kto nas rozdzieli.
   Enklawa jest tam, gdzie my, ale co dalej? Nova i Czarna zostały w sadybie. Ja, Miro, Mundo i Iwo w myśl indiańskiej zasady mężczyzn łowców, naiwnie udaliśmy się... "gdzieś" (tak, to dobre słowo) poszukać czegoś do jedzenia.
   - Podobno Zjawy już obserwują rogatki za Leskiem. - Szepnął mi na ucho Miro, kiedy schyleni forsowaliśmy jakieś krzaki. - W stronę Soliny i Polańczyka. Znaczy się ogólnie interesują się coraz bardziej górnym bieszczadem.
   - A skąd ty to wiesz? - Zapytałem podejrzliwie.
   - Logika. Słonina wspomniał... wiesz ten spory gość w Enklawie za szynkwasem wspomniał, że w Sanoku miesiąc temu zabroniono udzielać noclegu włóczęgom. Tylko turyści mający dowód osobisty...
   - Kurwa, jak to brzmi. - Musiałem. - Czy to aby nie śmieszne Mirku?
   - Sam widzisz do czego doszło. Uciekliśmy. By nas nie znano, nie kojarzono, nie odsyłano rodzinom w razie co, pozbyliśmy się tożsamości. Jesteśmy ujemnym bilansem w tym kraju. Nie pracujemy, nie płacimy podatków, ale kradniemy tlen. Intruzi z nas jak cholera.
   - I co? Znajdą nas, zaraz nas ponazywają, dadzą pesele, nipy, sripy i poślą do fabryki na taśmociągi i palety? Zbawi ich to?
   - Konrad... tu nie o to chodzi. Ten krzak, który właśnie podlewa Mundo jest prywatny. Należy do jakiegoś garniaka. Te rydze, których nazbierałeś są własnością jakiejś zjawy. "Enklawa" należała kiedyś do jakiegoś Łemka. Teraz należy do króla sedesów i odkąd do niego należy, grozi zawaleniem. Wyburzą ją w pizdu i jebną tam tartak. Wykarczują drzewa, sprzedadzą do retort na wypał węgla. Ale już nie miejscowi rębacze i wypalacze się tym zajmą. Ale prywatni pracownicy fizyczni za najniższą krajową. Przyzwyczaj się, że jesteśmy wrzodami na dupach u niektórych.
   - Pierdoły...
   - Świat składa się z pierdół. Konrad, żyjemy w jakiejś apoteozie dosłowności. Jesteśmy dosłownie żebrakami. Wolność uprawiamy dosłowną. To wystarczy, by dosłownie być traktowanym jak przestępca. Możesz kochać muzykę i poezję, jeśli codziennie po osiem godzin zapierdalasz jak motorek. Możesz chodzić po górach, szlakach z kijami trekkingowymi, w sandałach, w szpilkach, adidasach, jeśli robisz to przez góra dwa tygodnie w roku. Możesz czuć się wolny, ale w jasno określonych ramach podatkowych. Masz prawo uprawiać seks po ciszy nocnej po bożemu, do spustu i koniec, bez dźwięku, całkowicie z obowiązku prokreacji. Jeżeli natomiast to wszystko zajmuje całe twoje życie, w dodatku poza określonymi normami, wówczas będziesz leniem, brudasem, oszołomem i erotomanem. Konrad. Jesteśmy więźniami dosłowności z każdej strony.
   - My tę dosłowność wybraliśmy, bo nie chcieliśmy żyć w półsłówkach. Chcemy sobie i innym udowodnić, że w dosłowności drzemie wolność. Jeżeli taka wolność jest więzieniem, będę jej więźniem do końca życia.
   - Mówisz, jak dzieciak co się naczytał Wiedźmina, Władcy Pierścieni, Siekierezady i naoglądał Marzyciela, Piratów z...
   - Bo tak jest. Ale jak widać nie dorosłem. Mam dwadzieścia trzy lata i starzeję się nie doroślejąc. A ty, co chcesz mi powiedzieć przez tak nagłą sceptyczność?
   Miro spochmurniał. Posmutniał. Zgasł.
   - Tylko tyle, że w dosłowności też trzeba być wytrwałym. A ja, kiedy bolą mnie nogi, wciąż myślę o łóżku przed telewizorem. O miejskich ulicach, po których chodzą łatwe do zbajerowania laski. O pieniądzach, który mógłbym legalnie co miesiąc zarabiać. Chcę ci powiedzieć, że tęsknię za światem zjaw coraz bardziej i nie wiem ile wytrzymam w tej naszej nibylandii. Lojalnie ci mówię, jak najlepszemu kumplowi, że pewnego dnia mogę wejść na asfaltową drogę. I jeszcze martwię się...
   - czym? No mów...
   - Martwi mnie, że w twoich myślach tej tęsknoty nie widzę. Widocznie jestem słaby.
   Nadszedł zdecydowanym krokiem Mundo i sprowadził nas na pełną szykan przeprawę słowami...
   - Dobra, przestańcie pierdolić, wracamy. Gówno tu można upolować. Gadzinę spłoszyły jakieś chachary i pitła w ciul. Idymy nazad.
z pamiętnika Konrada

   - Czyż nie na tym polega miłość?
   - Najdroższy...
   - Świat dla nas nie istnieje, jakbyśmy byli gdzieś poza nim. A przecież świat to nie tylko Zjawy i smutne blokowiska. Tutaj też jest świat. Ten tylko kończy się pięknie. Umiera z wdziękiem i w melancholii. Mówimy tu o powrocie do serca Ziemi, głębokim oddechu jakim jest parujące bagno po wilgotnym dniu. A tam pękają szare fundamenty. Tam mówi się o rozkładzie i martwej naturze. Tu odchodzący człowiek odnajduje się jako jeszcze bliższy. Bo prawdziwa miłość, prawdziwa przyjaźń użycza gościny w sercu nieobecnym. Tam sny zmieniają się w koszmary, gdy tylko odwrócisz wzrok. Tutaj śnimy na jawie, która wcale nie jest gorsza od snu.
   - Najdroższy... tamta wojna po nas idzie. Za naszą naiwność i brak dorosłości. Idzie jak po swoje.
   - Rozmawiajmy... tego nam żaden wariograf nie zabierze.
   - Rozmawiajmy. Im więcej słów, tym bardziej budujemy...
   - Miłość.
   - Miłość.
   
...

   I po co mam pisać, że znam całe jej ciało tak przyjemnie chłodne. Jej palce błądzące po mojej piersi, włosy wtulone w usta moje i najzwyklejsze piękne oczy odpoczywające pod powiekami. Że jej bezpiecznie w moich objęciach, a mi bezpiecznie w jej zapachu. Po co.
z pamiętnika Konrada

I znów w myślach osiągnąłem wszystko. Nigdy w takich myślach jednak nie byłem sam. Za każdym razem otoczony serdecznością uśmiechu i ciszą kołyszącą. Taką ciszą, co pozwala słuchać najspokojniejszej muzyki, bez męczącego uczucia nudy, jaki w każdym innym zgiełku dopadałby z pewnością. Nie byłem sam. Ostatnia w moim życiu, w każdym "wypadzie do wieczności" szła ze mną i nic nie przestawiała, ani nie komentowała. Pasowało jej to wszystko, co w moich myślach było. A potem wracaliśmy do życia. 

Teraz siedzę nad ciepłym blatem stołu, ćma podgląda co piszę na kartce i dziwi się po co mi kosmyk włosów Ostatniej. Nie rozumie jednak tego, co piszę. I ja tego nie rozumiem, dlatego przychodzi mi to trudno. Ciągle w głowie mam mętne słowa życzliwego, że już nigdy więcej... 

Tyle, że to "nigdy więcej" już raz było. I nauczyło, by nie mówić "nigdy".
   - Bardzo przyjemne dla ucha, bracie – rozbłyskał raz po raz przy ognisku uśmiech Munda.
   Nikt jeszcze nigdy nie powiedział takich prostych, ciepłych słów na temat dźwięków, jakie wydobywałem z gitary i gardła.
   - Mało mi Konrad, mało! – Klasnęła Czarna. – Jeszcze bym się pokołysała. A ty świetnie rozbawiasz tekstami.
   Dawno nie popełniłem tylu radosnych akordów, tak wiele szczerego uśmiechu nie popłynęło z serca od bardzo dawna. Uderzałem w najzabawniejsze struny, a im było to potrzebne. Wszystko dostrzegałem w oczach. Tylko w oczy patrzę słuchaczowi, kiedy gram. W nich jest wiele. Czasem za dużo. Ale dziś, tego wieczoru, przy tym ognisku i Ludzie Gór i zadumana Przełajka i… ja potrzebowaliśmy radości.
   Nova bezszelestnie mnie słuchała. Czułem ciepło jej włosów na ramieniu, miarowy, pełen spokoju oddech. Tak oddycha szczęście.
   - Konrad, jak to Konrad – dorzucił Miro. – Naiwny w każdym calu. Nawet w sztuce. – Ale było to serdeczne i ciepłe.
   - Przyjacielu. Naiwność, to młodość. A młodość to stan pogody ducha. – Odrzekłem, pewny siebie i konsekwentny.
   - …I mądry przede wszystkim. Zagraj nam… a… Iwo, skocz no po więcej bunców i piwka.
   I pobiegł Iwo. Też dziś jakoś bardziej ożywiony, niż wcześniej.
   - „Młodość, to stan pogody ducha” – poczułem jak Nova tuli się mocniej. – Pięknie to ująłeś.
   - I trafnie ujął. – Mundo przeciągnął się i zapalił papierosa. – Właśnie dlatego, że to piękne, że bez sensu, naiwne i takie nieżyciowe. Jak my.
   Grałem dalej. O pogodniejszym świecie, o innych światach, o innych czasach… i znów noc zrobiła się ciemniejsza od samej muzyki.
   - Tak cię fascynują te nibylandie. – Miro też zapalił. – Dla mnie to za ciężkie. Dziesięć razy podchodziłem do Tolkiena i…
   - I dziesięć razy zgubiłeś Silmarillion. – Westchnąłem. – Dla mnie to swoista księga ocalenia. Czy Biblia jest łatwa? Czy czytasz ją dosłownie?
   - Nie czytam Biblii. Podobno mój talent jest szatański, więc się boję.
   Wybuchliśmy śmiechem. Ale Czarną zaciekawiły nibylandie.
   - Księga ocalenia… - mruknęła dorzucając do ognia suche patyczki. – Był taki film, no nie? O tej jedynej na świecie pozostałej Biblii, która okazała się, że jest w dodatku napisana Braille’em. Pamiętam puentę… tzn. ja tak myślę, że puenta była taka, że Biblię trzeba umieć przeczytać, by ją zrozumieć. Bo mieć książkę, jako jakiś talizman, to każdy może, prawda?
   - Strzał w dziesiątke, Czarna. – Puściłem jej oczko i pożałowałem. Nova tak ścisnęła mi ramię, że prawie pisnąłem. Ale zaraz już mogłem kontynuować. – Taką mitologię Tolkiena również trzeba umieć czytać. Katując ją dosłownie, zamęczasz się tylko, a tymczasem jest tam wiele spójników z naszym światem, których nie sposób zignorować. Jeżeli czyta się to w sposób odpowiedni. Tam tylko góry są gdzie indziej, więcej lasów i niebo miewa kolor czerwony nad ranem, gdy poprzedniej nocy gdzieś przelano krew. Bohaterowie żyją tymi samymi problemami co my i wiele możemy się od nich nauczyć.
   - Ale tam Tolkien… mimo wszystko. Jego neverland to temat na pracę doktorską. Temat rzeka na NIE JEDNĄ prace doktorską. Ty tam się fascynujesz naszym rodakiem, tym… Andrzejem…
   - Sapkowskim. Tak – Włączył się we mnie moduł twardego monologu z wielką pasją… że chyba tylko mój rzekomy talent do opowiadania o niczym, sprowokował ciekawość. – Przede wszystkim Saga wiedźmińska, to jedna z nielicznych rzeczy, jakie udało się Polakom w XX wieku stworzyć dla świata. Geralt, jest mi bardzo bliski. Gubi się w sobie, momentami jakby siebie nie znał. Żyje tylko przeznaczeniem. – Spojrzałem po wszystkich, bo właśnie przyszła mi do głowy myśl, że… - W zasadzie jest on odzwierciedleniem każdego z nas tutaj. Świat go nie znosi, bo jest inny. Możnowładców, mędrców, polityków i strategów wojennych dziwi to, co jest proste i naturalne. A Geralt myśli prosto i naturalnie. Nie rozumie się dookoła, jak można nie zabić smoka za gruby mieszek pełen złotych monet, bo w rozumieniu tego Wiedźmina nie jest on potworem, gdyż nie zagraża ludziom.
   - A św. Jerzy?
   - Nawet za dobrze nie znam tej legendy. W każdym razie Geralt swój fach pojmuje bardzo poważnie. Zwalcza to plugastwo, które idzie za człowiekiem. A smoki żyją w swoim świecie. Niektóre zwyczajne, naturalne stworzenia są potworami, bo ich skóra, kły, pazury są cenne dla jubilerów i alchemików i dla świata głupotą jest nie pokusić się o tak intratne zlecenie…
   - Ale świat to nie tylko pieniądze… - szepnęła Nova i chyba tylko ja to usłyszałem.
   - Nie tylko.
   - Tchyli… - Miro chyba chciał powiedzieć „czyli”, ale miał pełne usta. – Gełałut wiechy w duiśką uuuwnowachę?
   - Miro, przełknij i powiedz…
   - Ale choję się, che zachomnę…  - przełknął… ale nie zapomniał. – Czyli Geralt wierzy w druidzką równowagę w przyrodzie, tak?
   - Z punktu widzenia neverlandu Sapkowskiego, tak. Ale łatwo przenosisz to do nas. W moim rodzinnym mieście w chyba jedynym, cudnym, naturalnym miejscu zniwelowano polanę w środku rezerwatu, bo to świetna lokalizacja na domki dla elit. Zabija się naturę powolutku, niemal niezauważalnie, ale rozejrzyj się, to zauważysz betonowe rzeki i ołowiane stawy.
   - A miłość? Coś gdzieś słyszałem, że wiedźmini to mutanci. Mają zajebiście szybki refleks, reakcje, wyczulone zmysły, kosztem sterylności.
   - To prawda. Klasyczni wiedźmini są aseksualni, jeszcze trudni do życia w społeczeństwie. Jednak na Geralcie eksperymentowano. Nie wiem, może stwierdzono, że brak ludzkich emocji utrudniał im egzystencję i obcowanie wśród ludzi, których de facto mieli bronić, dlatego postanowiono w odpowiednim czasie pewne przemiany przerwać… albo samo coś poszło nie tak. W każdym razie Geralt ma wszystkie cechy wiedźmińskie, łącznie z bezpłodnością, jednak posiada zdolność do ludzkich emocji, które w nim zwyciężają. Kochał, owszem. Yennefer. Zapach bzu i agrestu…
   - Yennefer? Perfum taki?
   - Nie, głupolu! – pacnąłem lekko Novę w kasztanowe loki. – Yennefer, to było imię jego kobiety. Czarodziejki. Zawsze pachniała bzem i agrestem, co na Geralta działało zmysłowo.
   - Ooooch… - westchnęła teatralnie. – I co? Nieszczęśliwa miłość?
  -  Niezupełnie. To była dziwna miłość. Kręta. Niegrzeczna. Niewierna… chociaż tam raczej pojęcia niewierności nie było. Miałem wrażenie, że oni oboje raczej dłużej byli od siebie, niż przy sobie. Łączyło ich przeznaczenie i… nie no już nie dziś, proszę. Dokończę jutro… a wy i tak udajecie, że was to interesuje.
   - Nie, nie, nie… czekaj. – Czarna najwyraźniej podchwyciła charakterystykę wiedźmina. – Ten Geralt musiał mieć fest skomplikowaną osobowość. Kurna, niezłe to. Masz może sagę przy sobie?
   - Niestety, tylko dwa tomy opowiadań. Ale… właśnie w nich poznasz Geralta.
   - Pożyczysz na kilka wieczorów?
   - No Jas…
   - Ej! Ja też chcę to poczytać. A tam jest o miłości! – Zaperzyła się nagle Nova, odrywając się ode mnie, jakbym zaczął parzyć. Ale to ona zaczęła parzyć mnie spojrzeniem. A ja błądziłem oczami od jednej… do drugiej…
   - Byłam pierwsza!
   - Ale jestem jego dziewczyną i mam pierwszeństwo.
   - No to co? Kurde Konrad, błagam nie rób się pantoflem!
   - Osz ty małpko, wydrapię Ci łoczyska!
   - Nosz kurwa mać! – Warknął Mundo… - Wszystkie biesy pobudzicie. Idźcie się wadzić do sadyby. - …i zapalił papierosa.
   Uśmiechnąłem się lekko pod nosem, choć nie pochwalam zbytnio wulgaryzmów w towarzystwie kobiet. Klnąłem tylko w domu. Przy matce. Bo ona klnęła przy mnie. Na mnie. A dziewczyny… jak potulne gąski drobnymi kroczkami pomknęły do Enklawy zjednoczone odgórnym poleceniem rozejmu tymczasowego.
   - Jak chcecie chłopaki, idźcie do środka, ja dziś pośpię przy popiołach. – Oznajmił Miro, rozwalając się na karimacie.
   A ja już miałem pomysł jak udobruchać obie panny…
   - Dziewczyny… - po wejściu do środka objąłem obydwie w pasie. Zatrzymałem na dłużej spojrzenie na Czarnej. – Przypominasz mi Angouleme.
   - Angu co?
   - Angouleme. Dziewczę z sagi, której Geralt uratował życie. Pyskata taka, żwawa, dynamiczna… pasuje do Ciebie.
   I teraz już zupełnie innym spojrzeniem popatrzyłem w oczy cierpliwie czekającej na swoją kolej Novy.
   - A ty przypominasz mi…
   - …Yennefer? – Dokończyła za mnie. – Ale pachnę kiełbasą i ogniskiem, a nie bzem i agrestem.
   - Nie szkodzi. Dziewczyny, mam pomysł. Kochanie, idź spać do pokoju Czarnej. Ja do was przyjdę i poczytam wam „Okruch lodu”, skoro obydwie tak chcecie usłyszeć o miłosnych zmaganiach Geralta. A potem ładnie, grzecznie, pójdziecie spać.
   Rytmicznie pokiwały głowami.
   Zasnęły po godzinie czytania. Niestety Sapkowski nie przynudza, więc miałem zadanie utrudnione. A ja wyszedłem z Enklawy do Mira i Munda. Nie uśmiechało im się spać na Przełajce. Po prostu w trójkę musieliśmy pogadać. Bo miała się zważyć miara pogody ducha…
z pamiętnika Konrada...


   Rankiem wyszedłem na zewnątrz. Przełajka, na której mieściła się sadyba, cudnie zalana porannym słońcem dodała mi nieco ciepła i otuchy. Szeroko uśmiechnąłem się na wspomnienia poprzedniego wieczora i nocy z Novą. Przysiadłem na pieńku do rąbania drzewa, by ciszą się nasycić i zasięgnąć metafizycznej aury miejsca. A tam gdzieś na północy i zachodzie ponura wojna zalewała betonem i płynną stalą marzenia maruderów. „Mądra wojna” tego świata…
   Nie ma mądrych wojen. Dawniej praludzie w swoich kastach i plemionach potrafili się bez nich obyć. Uprawiali swe rytuały. Z pieczą, prawdziwą pieczą, pasją dbali o tradycje. Pamiętali o rodowodach. Wywyższali rówieśniczych mężów, okazując im szacunek. A kiedy tamci umierali, zgoła od nowiu do pełni wspominali czyny najpiękniejsze i opłakiwali ciszę po ich oddechach. Świecami rozświetlali ciemność po ich spojrzeniach. I zamykali oczy przed pustką po ich uśmiechach.
   Postęp. Miał być poddany człowiekowi. Ludzie byli jego kowalami, prekursorami. Geniusz i światła nauka służyły. Czynili ludzie ziemię sobie poddaną czerpiąc z jej dobroci pełnymi garściami. Urodzajne pola, wzniosłe lasy, urokliwe jeziora , bystre rzeki i ich piękno nie były gładzone. Postęp potrafił je przyozdabiać. Wodne młyny pochylone nad strumieniami. Wiatraki pod skromnymi gospodarstwami spoglądające na uległe im zboża tuż przed żniwami. Tartaki w sercach lasów i drwale, niczym lekarze starych i chorych drzew. Ale postęp nie może się zatrzymać. To byłoby nielogiczne.
   Potem ludzie wymyślili wielką politykę. Zaczęli bredzić o powołaniu, wyższych celach, mniejszych i większych złach, dobrych i złych wojnach, rozkładzie i śmierci. Jak do tego doszło? Że na początku dwudziestego pierwszego wieku, zabija nas wojna ekonomiczna? Rady bezpieczeństwa, zjednoczone unie dla lepszego świata… panowanie rasy nadludzi. Czy zło przestaje być złem, gdy zamiast dosłownej i jednoznacznej śmierci idzie za nim tylko pieniądz? Nie. Śmierć odbiera wszystko bezsprzecznie. Jej ofiara już więcej zła nie doświadczy. A pieniądz? Czyni nędznym i bezdusznym. Pieniądz zabiera szczęście, jeśli posłuży się nim wróg, prawo rynku i wszelkie zjawiska wymyślone przez możnych tego świata, takie jak inflacja, bessa, popyt i dopłata. Iście prawdziwy hufiec demonów.
   Dawno chwytałem ponadczasowy sens baśni, mitów i neverlandów. Wyciągnąłem z nich to, że w jakimkolwiek czasie i przestrzeni żyjemy należy bronić ostatnich ideałów, dziś zwanych słabościami. Nauczyli mnie tego wielcy bohaterowie, outsiderzy i maluczcy odważni Ludkowie żyjący w innych czasach i światach. Bo odkąd i dla mnie miejsca wśród zjaw i ekonomistów zabrakło, zacząłem wierzyć w przeznaczenie, w to, że nie trzeba mieć prądu, Internetu i telefonu komórkowego, by zaspokajać pragnienia szczęścia i wolności. Ich źródła są głęboko w każdym z nas, wolnych, ostatnich łagodnych ludziach. I tego żadna waluta ani broń jądrowa zabrać nie może. Żadna antyludzka nienawiść i nadludzka polityka. Tyle, że nienawiść może dopaść wszędzie. Ci, co zabrali światu harmonię, zapomnieli o tradycjach, moralności i świętości, bez problemu mogą jednym słowem rozkazać spalić ten las, zburzyć sadybę i zniewolić Ludzi Gór…
   Nie wiem, gdzie w tych myślach zabrnąłbym dalej, gdyby nie Ona. Podeszła. Położyła dłonie na moich ramionach… i zapytała.
   - Co robisz?
   - Uciekam przed nienawiścią.
z pamiętnika Konrada


   Wtedy weszliśmy do „Enklawy”. Poczułem się obcy jeszcze bardziej. Najbardziej, kiedy na powitanie wyfrunęła woalka szaro-niebieskiego dymu papierosów. I te stop klatki w każdych sytuacjach prowadzonych przez postacie wewnątrz. Stop klatki i czujne świdry wielu przenikających spojrzeń. Sam nie wiem, jak odpowiedziałem, chyba pozwalając zajrzeć do swojej duszy. Zaraz postacie wróciły do swych sytuacji i mogłem je wszystkie na spokojnie policzyć. Wyglądały, jakby zapomniały o mojej obecności. Nikt choćby nie burknął nic na powitanie, nie dało się słyszeć żadnego oddechu, o podaniu ręki nie wspominając. Zupełnie jakby całkiem byli nieżywi. Policzyłem ich i w głowie oszacowałem, że w „Enklawie” musi być ciasno. Siedmioro ukrytych w tak niewielkiej sadybie… no nic. Nie zebrałem dotąd dobrze myśli i zamiarów, jakiś pobyt w schronisku nie zaszkodzi (oszukuję się, bo wiem, że i tak decyzji nie podejmę, za szybko przywiążę się do matecznika spokoju i ani się obejrzę, a minie sezon). Nadzieja, nie poparta żadną sensowniejszą motywacją, że pomyślę, co dalej robić z życiem podpierała się póki co wyłącznie na dosyć przytulnym wnętrzu „Enklawy”, dlatego troski zasnęły snem głębokim.
   A śpiąc dały upust raźnemu nastrojowi, który od razu pokolorował postacie krzątające się po izbie, na piętrze i w małych pokojach przylegających do izby. Mary stały się ludźmi w różnych odcieniach. Nikt nie był do końca biały. Nie było do końca czarnego. Wszyscy mniej lub bardziej szarzy. Brudna biel i wyblakła czerń również istniały.
   Nova pchnęła mnie w stronę dużego dębowego stołu otoczonego ławami zbitymi prowizorycznie, ot tak byle szybko było coś do siedzenia, jak więcej spokrewnionych ściągnie z przełęczy i dolin. Do kilku postaci kiwnęła głową, do niektórych krzywo się uśmiechnęła, czyniąc coś w rodzaju powitania z kimś, z kim obcuje się na co dzień, a nawet jeszcze częściej. Siadłem sobie na ławie przy oknie, a ona przyniosła w metalowym kubku herbaty, wcześniej nalewając ją aluminiową chochlą z olbrzymiego gara. Gar stał na kaflowym, kuchennym piecu. Biło z niego ciepło.
   Skromnym i powściągliwym uśmiechem podziękowałem dziewczynie za herbatę. I chyba zbyt powściągliwym. Odkąd dotargałem się do ogniska Munda, Mira, Jura i oczywiście Novy, w zasadzie tylko ona była ze mną przez cały czas. No i Miro. Ale jego znam do znudzenia. A tu Nova… może widziała, że Mundo zbyt zamknięty w swych przemyśleniach żyjący od papierosa do papierosa, nie zapyta skąd to ja i dokąd ja. Juro odzywał się w ogóle mało, ale nic tego nie tłumaczyło. Nie palił. Po sposobie poruszania się i zachowania przyczaiłem, że myśliciel z niego żaden. Mira aż nosiło, by za pomocą swego daru profetyzmu odpowiedzieć na kilka moich egzystencjalnych pytań… których właśnie od wejścia do „Enklawy” zacząłem unikać i uśpiłem. Musiał też wyczytać w myślach, że nie życzę sobie żadnych iluminacji i sugestii. Wyszło na to, że zrozumieliśmy się bez słów, za pomocą dwóch, czy trzech spojrzeń. Ale Nova… była mną wyraźnie zainteresowana. Od początku.
   Siadła naprzeciw mnie. Zastanawiała się nad czymś, taksując mnie tymi… no nie ma co się oszukiwać cudnymi, dziewczęcymi oczyma. Złapałem się na tym, że i ja nie mogłem oderwać od niej wzroku. Ale nie patrzyłem, aby patrzeć. I ona też nie. W przeciwnym razie szybko ucieklibyśmy spojrzeniami od siebie. Ale siedzieliśmy w bezruchu. O niczym nie myślałem. Wypowiadałem w głowie tylko dwa słowa. W kółko. Że ma piękne oczy. Jakbym je skądś znał.
   I odezwała się nie do końca jeszcze zagojona rana w nodze. Roztarłem łydkę, wyrywając nas oboje z transu spojrzeń. Nova zapytała, czy boli jeszcze bardzo. Bolało na tyle bardzo, że rozzłościło mnie jej pytanie i prawie na głos chciałem skomentować to „głupie pytanie”. Ugryzłem się wcześniej w język. Rozmasowałem ból. Ustąpił.
   Zwróciłem teraz całą swoją uwagę na postacie. W dalszym ciągu nikt się nie dosiadał, nie przywitał, ręki nie podał. Więc przyjrzałem się im uważnie i dopiero wtedy dotarło do mnie, że ich sytuacje są bardzo dynamiczne i żywe. Chłopak w ciepłym, grubym golfie pilnował, by gar z herbatą nie ostygł, mrucząc pod nosem przy okazji, że w każdej chwili wszyscy mają mieć możliwość ogrzania się gorącą herbatą. Jakaś babka wyszła z łazienki (kątem oka przyuważyłem dziwiąc się niezmiernie, że łazienka ma cholernie wysoki standard. Normalny natrysk, do tego wanna i spora umywalka), niosła kosz ze świeżym praniem. Po przekątnej izby wisiała żyłka na pranie, więc na nią poczęła pachnącą świeżością odzież rozwieszać. W pokoju znajdującym się najbliżej ław, na których wespół z Novą siedzieliśmy, przy małym stoliczku obok okna ślęczał nad białą kartką mężczyzna może w moim wieku. Nie widziałem jego twarzy, gdyż siedział oparty łokciem o blat, dłonią zakrywał oczy. Zrozumiałem, że czyta list od dziewczyny, która go w nim zostawiła. Płakał. Płakał na pewno. Pomieszczenie dalej, był to swego rodzaju alkież z kominkiem i małym szynkwasem. Za nim stał najstarszy w „Enklawie” jegomość. Miał łeb porządnego pijaka, a łapska silne, jak ręce drwala, który dalej drzewa obala siekierą. Bawił się w barmana, czy co? O tej porze jeść nie chciał nikt. I wycierał szynkwas wilgotną filcową szmatą. Dokładnie i powoli…
   I znów spojrzałem na Novę. Oczy jej się zmieniły, zaszkliły, jak zawsze kiedy za długo patrzy się w jeden punkt. Może to głupie, ale ona coś we mnie zobaczyła. Coś ulotnego, jakoby zniknąć zaraz miało, więc napatrzeć się chciała. Bez kompleksów, po prostu. Tylko, że ja zacząłem się chyba czerwienić. Ale nie powiedziała nic. Stary w alkierzu znów przetarł bar. I tak dotarła do mnie z otchłani niepamięci tamta chwila. Kiedy brylant upadł w ciemność, kamień w wodę… by nigdy się więcej nie znaleźć.
   Ja już prawie zapomniałem o namiętności. O pragnieniach. Opuściłem marzenia i fantazje. Kiedy we śnie straszliwa fala zalała me wspomnienia, a ja nie miałem kończyn, by próbować się nie utopić. I znów pisząc o tym, obserwując zapatrzoną we mnie śliczną, piękną… po prostu kochaną dziewczynę na nowo stałem się mężczyzną wracającym do świata żywych na dobre. Zagoiła się rana na mej nodze. Przestały boleć złe pamiątki z utraconego domu, bo nareszcie zrozumiałem, że ta oto, najpiękniejsza dusza o kasztanowych włosach, twarzowo zakręconych, odnalazła siebie. W moich oczach. Ona też już wiedziała, że ja to wiem. Zmrużyła oczy, kiedy skojarzyłem wszystkie wspomnienia i fakty. Może i właśnie na to czekała. Tylko oboje nie wiedzieliśmy co zrobić z tym dalej. Równocześnie lekko się uśmiechnęliśmy. Lekko, ale nie powściągliwie. To był uśmiech dwojga niepoprawnych romantyków, którzy dopowiadali sobie sytuacje, tworzyli właśnie przeznaczenie, a pokrętne drogi z różnych stron skupiły się w jednym węźle. Pytania bez odpowiedzi, odpowiedzi nie znalazły, za to całkowicie wyparowały. Stały się nieistotne.
   Odnalezione w sobie spojrzenia nie mogły być jednak wszystkim. Brakło czegoś. Ale tylko na chwilę. Jakby zsynchronizowały się dwie obce strefy czasowe, bo moja prawa i jej lewa dłoń splotły się delikatnie, niezwykle czule na dębowym stole. Boże… czy to Ona? Przecież nigdy więcej mieliśmy się nie spotkać. I niemal słyszałem w swoich myślach jej myśli, gwałtownie odpowiadające mi na to poruszające, frapujące pytanie. Tylko chyba nie chciałem tej odpowiedzi w tak metawerbalnej formie.
   Zawstydziłem się, a za oknem zdążyło się już ściemnić. Jakby na zawołanie? Postacie też już umilkły. A jej obecność wciąż nie zmęczona czekała na mój pierwszy krok ku schodom na księżycowe i ciche poddasze. Wyjrzałem raz jeszcze za okno. Faktycznie, mała polanka w środku lasu jak senne oko zamknęła się, przykrywając pod powieką nocy sadybę. „Enklawa” spała na dobre. Tylko nie my.  Potem metafizyka z domysłami i przeznaczeniem przeobraziła się w fizykę, pewność i zachłanność.
Konrad wyszedł ze szpitala. Był tam dwa miesiące. W międzyczasie wybuchła cicha wojna. Wojna, której nikt nie ośmielił się opisać i nazwać. Uderzono w inne materie, które człowiek traci bezpowrotnie. Potem, kiedy wyszedł ze szpitala, poszedł do domu. A potem znów poszedł. Poszedł... szedł.

Dokąd teraz pójdę, kiedy nie istnieją już narody
Zapomniany przez anioły, porzucony w środku drogi
Nie ma w kogo wierzyć, nie ma kochać, nienawidzieć kogo
I nie dbają o mnie światy
Martwy zmierzch nad moją drogą...
Jacek Kaczmarski "Powrót"

   Mrok został rozproszony na chwilę przez malutki płomień zapałki. Światło odbiło się w szklistych, jak heban czarnych oczach. Potem raz za razem migał żar palącego się papierosa. Cisza pochłaniała zaciągnięcia i wydechy palacza. Nie dawała się zmącić tak po prostu. Nie tutaj. Nie w sercu samotni Ludzi Gór. A samotnia spała. Cisza lasu była słuchowiskiem bardzo rzadkim tej zimy. Palacz nie marnował tego od kilku dni. Nadwątlonych sił nie przywracał mu sen, a spokojne ujarzmianie mroku i kilka w przeciągu jednej godziny wypalonych papierosów przemycanych z Drugiej Strony. Z takim prostym, prozaicznym i bądź co bądź trywialnym nastawieniem zalecał się do swych używek. Życie nic nie jest warte. Nie mam żadnej wdzięczności. Nie mam dla kogo dbać o to życie. A na sobie mi zbytnio nie zależy.
   Mundo. Wieloletni młody/stary obieżyświat. Człowiek Gór, jak to mawia się o nim na szlakach. O nim, i jeszcze o kilku wiecznych wędrowcach, którzy akurat spali. Uciekł w Góry kilkanaście lat wstecz. Był wtedy osamotnionym w domu pełnym rodzeństwa chłopcem. Bardzo niespokojnym chłopcem. Wiecznie gdzieś go nosiło. Pociągał dziki świat, o którym wiedział niewiele i nie chciał wiedzieć. Miarą wiedzy w jego zamyśle było poznanie, odkrycie, a nie półprawdy zasłyszane. Wreszcie spakował sobie najpotrzebniejsze drobiazgi, gotów jak sójka za morze, beztrosko udał się w świat, który go bardzo szybko i skutecznie przeraził, onieśmielił. Mając cel – uciec jak najdalej od ludzi, pomimo przerażenia konsekwentnie go realizował. I oddalał się. Wciąż oddalał, zamykając minione rozdziały beztroskiego życia dzieciaka. W ten sposób odnalazł po latach swą samotnię. Gdzie nikt nie miał więcej dotrzeć, nikt nie miałby zostać spotkany.
   Nic nie jest takie, jak bym chciał, żeby było – westchnął w duchu, zerkając na śpiących towarzyszy włóczęgi. Ale to i dobrze bratku. Do biesa z tą samotnością i znieczulicą. A wielu jeszcze tak jak ja ucieknie przed tym chorym światem? Wszak można w nim walczyć. Powiadają – miękkie serce masz? Twarde dupsko miej. Kiedy idzie o dobro, o miłość, można to trzymać, nikomu nie oddawać. Ale i uciec dobrze jest. Ucieczka to dobra rzecz. Dla mnie, dla tych śniących. Byle nie zostawiać tam na wojnie nikogo. Kiedy nie masz nic bratku, nie masz nikogo, albo kiedy masz, a cię nie chcą mieć, zwiewaj wtedy. Ulżyj sobie. Daj się potopić skurwysynom. Nie wybaczaj temu, kto wybaczeniem gardzi. Nie wolno wybaczać każdemu. Nie każdemu dobrem syp. Tylko zwiewaj. Uciekaj. Nie wbijaj noża, nie piaskuj oczu. Nie bądź jak zło. Po prostu przetnij je. Odetnij się. Zniknij bratku.
   Zgasił peta o lekko zmarzniętą korę sosny. Zamknął oczy i wciągnął górską aurę głęboko do piersi. Coś zarzęziło w oskrzelach. Słuch wyostrzony w mądrej ciszy nagle wyłapał bardzo mizerny szmer powolnych kroków. Jakieś sto, sto dwadzieścia metrów na północ. Mundo wyuczony dawnych indiańskich technik poruszania absolutnie cicho w każdych warunkach, jak akrobata zerwał się spod drzewa i czmychnął za nieopodal leżący, obalony pień starego drzewa. Kątem oka dostrzegł jeszcze trochę żarzące się węgle wspólnego ogniska, przy którym wieczerzali Ludzie Gór przed zmierzchem i domyślił się, że ledwie idąca postać ciągnie właśnie do ów wątłego światełka. Naoglądał się Mundo mnóstwo takich wyrzutków, troje z nich z resztą właśnie spało pod zaimprowizowanymi szałasami, był niemal pewien, że nowy przybłęda jest niegroźny, ostrożności jednak nigdy za wiele. Postanowił podejść go od tyłu i dokładnie obejrzeć, z kim będzie miał do czynienia.
   Leżał w bezruchu starając się oddychać tak, by nie unosiła się para z ust i spokojnie czekał, aż włóczęga dobrnie do ogniska. Minęło pięć minut, nim zbliżył się na odległość pozwalającą określić płeć i wygląd zewnętrzny. Przyzwyczajone do ciemności oczy Mundo bez problemu scharakteryzowały go. Młody mężczyzna. Dłuższe, czarne włosy. Na plecach naga, zarysowana, miejscami dobrze obita gitara. Poza nią, przewieszona przez ramię czarna, niewielka skórzana torba, napełniona niczym.
   Hm… uciekinier – stwierdził nikłym szeptem Mundo, kiedy obcy padł z impetem na kolana przed resztkami ogniskowego żaru. Zrzucił torbę, zrzucił instrument. Jęknął ochryple, zachwiał się i upadł. Bardzo powoli odwrócił głowę w stronę ogniska, westchnął z ulgą i zasnął od razu. Nie zmącił snu reszty śpiącej w szałasach, śnili dalej, potężnie zmęczeni dwudniowym marszem bez ustanku. Mundo powstał zza obalonego drzewa, podszedł do obcego, przyjrzał mu się uważnie. Jego gitarę i torbę zabrał sprzed żaru i zaniósł do swego szałasu, by ciepło nie uszkodziło ich. Usiadł w nim wygodnie i aż do świtu nie spuszczał oka z nowo przybyłego gościa. Dumał. Palił papierosy.
   Nad ranem śpiących Ludzi Gór zbudził przenikliwy chłód zwiastujący nadchodzący świt. Pierwsza zbudziła się Nova. Niska, kasztanowłosa dziewczyna. Widząc leżącą w półmroku, przy zgasłym ognisku postać, przetarła oczy koloru szarego, w których nagle zagościło nie małe zdumienie. Nim zdecydowała się pobudzić resztę, przemówił ciągle siedzący w szałasie Mundo, uspokajając ją.
   - Nie bój się go. Dowlókł się w nocy. Resztkami sił. Padł przy ognisku niemal nieprzytomny.
   - Spokrewniony… - szepnęła ochryple kasztanowłosa.
   - Prawdopodobnie. Dobrze, że trafił do nas. Miał cholerne szczęście.
   Spokrewnieni – tak Ludzie Gór nazywali swych nieznajomych pobratymców, których odnajdywali na szlakach, albo którzy sami do nich jakoś trafiali. Z biegiem lat zaczęto bowiem wierzyć, że to ludzka chorobliwa wrażliwość każe udać się na banicję ze świata. W rytm kroków przeznaczenia trafiali tacy na równych sobie, po czym wzajem traktowali siebie wcale osobliwie.
   Ludzie Gór odeszli pewnego dnia na banicję, by znaleźć odwieczną samotność. Przeznaczenie na przekór zawsze kierowało ich do innych banitów, z którymi mieli związać się, by przed światem wojny uciekać wspólnie. Tak rodziło się ich pokrewieństwo dusz. Kiedy z biegiem czasu nabierali przeświadczenia, że owa wędrówka staje się sensem ostatecznym, zaczynali rozumieć dlaczego samotność nie została im przychylna.
   Towarzysze Mundo świadomi swego pokrewieństwa, nie dziwili się więc zbytnio, gdy kolejny zabłąkany trafiał do ich obozu niesiony przez przeznaczenie. Nova z wielkim zainteresowaniem oglądała obcego. Nie dostrzegła żadnych ran, co pozwalało przypuszczać, iż nie miał ciężkiej drogi, a w góry prawdopodobnie przyjechał pociągiem.
   - Rzeczywiście. – Rzekł Mundo odczytując zainteresowanie Novy. – Z daleka nie szedł. Pewnie przyjechał do Miasta. Dopiero stamtąd ruszył szlakiem.
   - I najwyraźniej zboczył. – Nova uśmiechnęła się porozumiewawczo do Mundo.
   Troskliwie okryła go kocem, pod którym sama wcześniej spała.
   - Mieszczuszek – dodała, wskazując obuwie zabłąkanego. – Ale urokliwy.
   - Mieszczuch, nie mieszczuch, niech teraz śpi. Zostaw go już i nie gap się na niego, nie myśl o nim… Nova! Gotowy zbudzić się zmącony twoją krzątaniną.
   - No dobra, dobra… po prostu ciekawa jestem.
   - Jak odpocznie, dowiemy się o nim więcej. Podłóż mu jeszcze pod głowę jaśka. Dobudź chłopaków, na stronie zastanowimy się gdzie idziemy dalej. Ja rozpalę nowe ognisko.

(...)
   Trochę żałował, że wybrał się na szlak w taką pogodę. Mleczne niebo i mgła mocno ograniczająca widoczność niestety nie pomagały. Szedł powoli, nigdzie się nie spieszył. Co jakiś czas robił krótki postój, by wysypać z lichych na wędrówki butów piasek i kamyczki. Robił to za każdym razem z szerokim uśmiechem, śmiejąc się z siebie, że taki kiepski z niego turysta. Ciężkie, zupełnie schodzone glany nie nadawały się zbytnio na długie szlaki, do których Mundo już przywykł i polubił. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że takich ludzi bez stałego dachu nad głową kręci się w przełęczach całkiem niemało i że niedzielni turyści mówią o nich "górscy żebracy". Bo to w schroniskach dosiadują się do uczciwych ludzi, co to przez cały rok zarabiają ciężko pieniądze... ciężko albo za pomocą przekrętów, dziarsko zagadują, ci co mają gitarę naprzykrzają się pretensjonalnymi śpiewkami, o których prawie już zapomniano... rzekomo. Potem proszą o coś do jedzenia, albo jakiś grosz. Studenci, którym w głowie jeno się nawalić, a w nocy wychędożyć przyrównują ich do slumsowych cyganów. Inne mieszczuchy, którzy i tak nie wiadomo po co w góry przybyli, a łażą po Trzech Koronach, Rawkach, czy Giewontach w adidasach lub sandałach, albo szykownych bucikach na koturnie traktują ich jak wyrzutków społeczeństwa. Jednak nikogo to nie obchodzi, bo zapytasz człowieka szlaku o jego historię, życiorys, a on odpowie z uśmiechem "musiałbym liczyć wszystkie przełęcze, doliny i ścieżki które mam za sobą, a szkoda na to głowy". Inaczej zaś mają się sprawy, kiedy jakaś turyścina fajtłapa zagubi się na szlaku i o zmroku strzyga przyciśnie jej pierś. Jak chwali wnet świeckie dobra, kiedy wsparty o kij zza zakrętu pojawi się odludek, społeczeństwa margines i górski cygan. Nie raz jakiś najdus chwali nawet Boga i z pełnymi gaciami wonnego strachu poprosi o wskazówkę. Taki Mundo uwielbia strach w oczach turysty, roześmieje się w duchu. Ale pomoże, a jakże! Dopiero gdy do schroniska zbliżą się, bądź gdzieś do cywilizacji, co bliższy człowiekowi najdus zmierzy wzrokiem człowieka gór, a zauważywszy mizerny strój, znoszony but, czy włosy tłuste zapyta "a ty tak po tych górach łazisz całymi dniami? Skąd ty jesteś?". Mundo odpowie "stąd jestem, ale nie powiem więcej, bo czuję, że taka baja o niespokojnych wędrowcach zanudziłaby cię na śmierć". Obcy marszczą brwi, wzruszają ramionami i odchodzą. I każdy włóczęga by powiedział coś podobnego, co Mundo. Bo nie miewają z reguły nic. Tylko jeden język, jedno serce i upychają to serce w każdy możliwy luz. Ot, tak.
   Konrad ledwie uchylił oczy, jakby powieki miał z ołowiu. Bardzo ciężko przełknął ślinę, chciał coś powiedzieć, ale z jego ust wydobył się jedynie wątły pomruk. Kiedy wreszcie udało mu się otworzyć oczy i ruszyć głowę, zobaczył stojącą nad nim kobietę w białym fartuchu. Z ledwością pozbierał świadomość, by stwierdzić, że znajduje się w szpitalu.
   Natychmiast jednak stracił ją ponownie. Spowodowała to próba ustalenia dlaczego tu się znajduje. W chwili, kiedy chciał wrócić do przeszłości, stracił przytomność. Otwarły się drzwi sali i do środka wszedł doktor. Spojrzał na monitor kardiologiczny.
   - Wybudza się. - Rzekł z ulgą.
   - Na moment otworzył oczy. - Dodała pielęgniarka. Przyjrzała się uważnie twarzy Konrada.
   - Powiedział coś?
   - Próbował, ale nie dał rady.
   - Wytężył mózg. Chciał spytać, gdzie jest i stracił znów przytomność. To dobrze. Znaczy, że wraca na dobre. Kiedy się obudzi i będzie w stanie nawiązać kontakt, proszę mnie wezwać.
   - Dobrze doktorze.
   Lekarz wyszedł, a pielęgniarka usiadła na krześle przy łóżku. Wciąż obserwowała twarz Konrada. Uśmiechała się.
   Za pół godziny ponownie otworzył, tym razem już szeroko oczy. Spojrzał pytająco na kobietę.
   - Proszę na razie nic nie mówić. - Powiedziała pospiesznie pielęgniarka, łapiąc artystę za rękę. - Zaraz przyjdzie pana lekarz prowadzący.
   Wybiegła na korytarz, by zawołać lekarza. Kiedy wszedł do sali, Konrad próbował się podnieść.
   - O nie, nie, nie... - zaprzeczył stanowczo doktor powstrzymując chorego od próby wstania. - Jest pan po śpiączce farmakologicznej. Dojście do formy wymaga czasu. Zadam teraz kilka pytań. Proszę nie mówić, tylko kiwać głową.
   Konrad zacisnął zęby i przymknął oczy.
   - Bolą pana kości? - Zapytał lekarz. Artysta skinął głową. - Głowa? - Tym razem zaprzeczył. - Może pan ruszać nogami? - Potwierdził. - Proszę spróbować... w porządku. Dalej. Pamięta pan, co się wydarzyło? - Konrad wyglądał jakby usilnie próbował sobie przypomnieć. - Dobrze. Dziękuję. Na razie wystarczy.
   Doktor siadł na łóżku obok. Odetchnął głęboko i zaczął mówić.
   - Jechał pan pociągiem z P. do U. Mniej więcej w połowie trasy pana pociąg zderzył się z nadjeżdżającym znad przeciwka składem towarowym. Na całe szczęście... o ile w ogóle można tak powiedzieć, znajdował się pan w trzecim wagonie. Gdyby był pan w pierwszym... no. Właściwie już by pana nie było. Nie byłoby czego zbierać. Pierwszy wagon po zderzeniu praktycznie przestał istnieć. Został zmiażdżony. Miał pan pękniętą czaszkę, silny wstrząs mózgu, złamane obie ręce i mocno poturbowane nogi. O licznych zadrapaniach i skaleczeniach nie wspomnę. Stan był nie do końca wiadomy, wprowadziliśmy więc pana w śpiączkę farmakologiczną na okres tygodnia. Teraz już wszystko jest w porządku, powoli wraca pan do zdrowia. Oczywiście minie jeszcze trochę czasu nim pan znów stanie na nogi, my zapewnimy rehabilitację. Próbowaliśmy się skontaktować z kimś z rodziny, ale niestety nie mogliśmy nikogo odnaleźć.
   Konradowi napłynęły łzy do oczu. Otworzył usta i niespodziewanie wyjąkał jedno słowo, bardzo słabym półszeptem.
   - Gitara...
   - Proszę się nie martwić. - Lekarz uśmiechnął się serdecznie. - Instrument miał więcej szczęścia od pana, nic mu nie jest. Dobrze, że pan nosi go w tej trumnie. W porządku. Już pana nie męczę. Proszę spokojnie leżeć i odpoczywać. Pielęgniarka będzie do co jakiś czas zaglądała.
   Artysta w podziękowaniu skinął głową, po czym zamknął oczy i niemal od razu zasnął. Przez kilkanaście kolejnych nocy śnił mu się jeden, ten sam obraz. Morskie fale i piękna nieznajoma w białej sukni.
   Po dwóch miesiącach Konrad wyszedł ze szpitala. Świat okrywały płomienne dywany jesieni, co zdawało się zadziwiające, ponieważ artysta przywykł do obrazu ze snu, w którym przecież wiosna zbliżała się wielkimi krokami. W portfelu, w wewnętrznej kieszeni kurtki znalazł ostatnie dwieście złotych. 
   Próbowaliśmy się skontaktować z kimś z rodziny...
   Postanowił wrócić na jakiś czas do domu, choć przez chwilę pobyć z ojcem, a potem ruszyć na utęsknione południe, w góry, gdzie o tej porze roku harmonie barw nastrajają, jak nic innego. Szybko wymazał z pamięci długi, zapowiadający tragedię pisk kolejowych hamulców i udał się na dworzec główny. Tam wsiadł w ciemno-brązowy pociąg i pojechał, gdzie zamierzył.
  Przez cały czas spędzony w szpitalu, prawda o tym co się stało i co mogło stać się gorszego docierała doń powoli i odmieniała dotąd dzikie i niespokojne artystyczne serce. Dziękował Bogu za to, że żyje, że może grać dalej na swojej najwierniejszej gitarze. Może pisać i rozumieć świat tak, jak rozumiał go do tej pory. Czuł się prawdziwie wolny. Choć ubogi, bez stałego adresu, dachu nad głową, inny od bezbarwnych ludzi i betonowych zjaw, był szczęśliwy. Był sobą. Był po prostu nieśmiertelny. Bo najważniejsze i największe bogactwo posiadał tam... pod koszulą. W piersi. To serce i dusza.

Chwała temu, co bez gniewu idzie
Poprzez śniegi, deszcze, blaski, cienie
W piersi pod koszulą, całe jego mienie
Gloria, gloria!
Edward Stachura