"GDYBY TAK POWIAŁO ZDROWO...
TO BYM JESZCZE RAZ POFRUNĄŁ..."

Ostatnie wpisy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksyjnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksyjnie. Pokaż wszystkie posty
z pamiętnika Konrada


    - Czy myślisz, że miłość znika, kiedy się nie widzimy? - Miałem wrażenie, że Ona ma już dość wątpliwości w moich oczach, których tak bardzo chciałbym się pozbyć, ale nie potrafię.
     - Być, to być widzianym. A czy ja dla ciebie istnieję, kiedy nie ma mnie obok?
     - Tak.
    Znów bezskuteczna walka gdzieś głęboko w spojrzeniu.
     - Wiem co tam widzisz na dnie...
    - Nie bój się. To niczego nie zmienia. Po prostu muszę być bardziej zdecydowana, kiedy wkrótce stoczę tę walkę za ciebie. I dla ciebie. Walkę o ciebie. Może to samolubne z mojej strony, bo chcę widzieć w twoich oczach ten spokój i fascynację wszystkim, co moje. Jak kiedyś, gdy widziałam cię po raz pierwszy.
    - Nawet jeżeli, to ta fascynacja kiedyś ustąpi. Może dotkliwej normalności? Może upadlającej rutynie?
    - Ustąpi, wiem. Ale nie temu. Będziemy prości, będziemy naturalni, innych będzie to dziwić. Zmieniać się będziemy, a innymi słowy poznawać bardziej. Mamy na to całe życie. Tak jak wiele rzeczy powoli zmienia się w najbliższym świecie, tuż za oknem na tyle wolno, byś wciąż rozumiał i czuł, że w dalszym ciągu jesteś w domu. Bo to ten sam dom, te same fundamenty, te same ważkie akcenty, faktury, istotne detale, które mimo zmian za oknem pozwalają nadal to miejsce nazywać domem. Tak to będzie wyglądać.
     - A jeżeli wydarzy się coś... - postanowiłem mocne słowa, jakie noszę od dawna w sercu, teraz w końcu wypowiedzieć. W końcu... jeśli Ona nie kłamie, to niczego nie zmienią. - ...nieoczekiwanego. Widzisz, jestem bardzo niezmienny. Za bardzo być może cenię pokój sumienia, by obciążać je wyrzutami i poczuciem, że spowodowałem czyjąś pogardę mną. To może też egoizm? Ale wiem, że jeśli ktoś kogoś tu skrzywdzi, to będziesz to ty.
     - A uwierzyłbyś, gdybym tobie powiedziała to samo o swojej stałości i niezmienności?
    Nie wiedziałem co odpowiedzieć tym oczom, w których odzwierciedliła się iskierka bólu. Musiałem jednak. Musiałem ją sprawdzić tamtymi słowami. Sporo widziałem i doświadczyłem na szlaku. Chciałem ją sprowokować do walki o mnie już teraz. I chyba mi się to udało.
    - Dobrze, nie mów nic na razie. - Rzekła niespodziewanie spokojnie. - Nie mam zamiaru uzurpować sobie tak prędko twojego zaufania. Zapamiętaj jednak jedno. Kiedy za długo będę milczała, uruchom inne zmysły. Takie, które dostrzegą w ciszy moje gesty. Bo nimi udowodnię ci i rozliczę się z każdego słowa, które dziś wypowiedziałam.


(...)A teraz Jej już tylko mogę szukać, choć tyle niewiadomych, tyle złych poszlak, że miałeś Niepoprawny Ikarze rację. Jeżeli jednak się myliłeś, to niech wezmą cię diabli.
z opowiadania Andrzeja Sapkowskiego, pt. "Granica możliwości"

   "(...)Jaskier, rzucając niespokojne spojrzenia na Zerrikanki, czujnie krążące po pobojowisku, cucił wciąż nieprzytomnego Dorregaraya. Geralt smarował maścią i opatrywał poparzone kostki Yennefer. Czarodziejka syczała z bólu i mruczała zaklęcia.
   Uporawszy się z zadaniem, wiedźmin wstał.
   - Zostańcie tu - powiedział. - Muszę z nim porozmawiać.
   Yennefer krzywiąc się wstała.
   - Idę z tobą, Geralt - wzięła go pod rękę. - Mogę? Proszę, Geralt.
   - Ze mną, Yen? Myślałem...
   - Nie myśl - przycisnęła się do jego ramienia.
   - Yen?
   - Już dobrze, Geralt.
   Spojrzał w jej oczy, które były ciepłe. Jak dawniej. Pochylił głowę i pocałował w usta, gorące, miękkie i chętne. Jak dawniej.
   Podeszli. Yennefer, podtrzymywana, dygnęła głęboko, jak przed królem, ujmując suknię końcami palców.
   - Trzy Kaw... Villentretenmerth... - powiedział wiedźmin.
   - Moje imię w wolnym przekładzie na wasz język oznacza Trzy Czarne Ptaki - wyjaśnił smok.
   Smoczątko, wczepione pazurkami w jego przedramię, podstawiło kark pod głaszczącą dłoń.
   - Chaos i Ład - uśmiechnął się Villentretenmerth. - Pamiętasz, Geralt? Chaos to agresja, Ład to obrona przed nią. Warto pędzić na koniec świata, by przeciwstawić się agresji i złu, prawda, wiedźminie? Zwłaszcza, jak mówiłeś, gdy zapłata jest godziwa. A tym razem była. To był skarb smoczycy Myrgtabrakke, tej otrutej pod Hołopolem. To ona mnie wezwała, bym jej pomógł, bym powstrzymał grożące jej zło. Myrgtabrakke odleciała już, krótko po tym, gdy zniesiono z pola Eycka z Denesle. Czasu miała dość, gdy wy gadaliście i kłóciliście się. Ale zostawiła mi swój skarb, moją zapłatę.
   Smoczątko pisnęło i zatrzepotało skrzydełkami.
   - Więc ty...
   - Tak - przerwał smok. - Cóż, takie czasy. Stworzenia, które wy zwykliście nazywać potworami, od pewnego czasu czują się coraz bardziej zagrożone przez ludzi. Nie dają już sobie rady same. Potrzebują Obrońcy. Takiego... wiedźmina.
   - A cel... Cel, który jest na końcu drogi?
   - Oto on - Villentretenmerth uniósł przedramię. Smoczątko pisnęło przestraszone. - Właśnie go osiągnąłem. Dzięki niemu przetrwam, Geralcie z Rivii, udowodnię, że nie ma granic możliwości. Ty też znajdziesz kiedyś taki cel, wiedźminie. Nawet ci, co się różnią, mogą przetrwać. Żegnaj, Geralt. Żegnaj, Yennefer.
   Czarodziejka, chwytając mocniej ramię wiedźmina, dygnęła ponownie. Villentretenmerth wstał, spojrzał na nią, a twarz miał bardzo poważną.
   - Wybacz szczerość i prostolinijność, Yennefer. To jest wypisane na waszych twarzach, nie muszę nawet starać się czytać w myślach. Jesteście stworzeni dla siebie, ty i wiedźmin. Ale nic z tego nie będzie. Nic. Przykro mi.
   - Wiem - Yennefer pobladła lekko. - Wiem, Villentretenmerth. Ale i ja chciałabym wierzyć, że nie ma granicy możliwości. A przynajmniej w to, że jest ona jeszcze bardzo daleko.
   (...)- Możesz przybrać każdą postać. Każdą, jaką zechcesz.
   - Tak.
   - Dlaczego więc człowiek? Dlaczego Borch z trzema czarnymi ptakami w herbie?
   Smok uśmiechnął się pogodnie.
   - Nie wiem, Geralt, w jakich okolicznościach zetknęli się po raz pierwszy ze sobą odlegli przodkowie naszych ras. Ale faktem jest, że dla smoków nie ma niczego bardziej odrażającego niż człowiek. Człowiek budzi w smokach instynktowny, nieracjonalny wstręt. Ze mną jest inaczej. Dla mnie... jesteście sympatyczni. Żegnajcie.(...)

niech ten cytowany fragment broni się sam. W baśniach tkwi głęboki morał wzięty z konsekwencji realnego życia codziennego. Zawsze w to będę wierzył. Nie jesteśmy sami i dla wszystkich jest miejsce. Dla wszystkich. Warto o tym nie zapominać.
   (...)
   Zielone latarenki Brokilonu pogasły już, tylko niektóre jeszcze tliły się słabo.
   - Geralt - przerwał milczenie Jaskier. - Zawsze twierdziłeś, że stoisz z boku, że jest ci wszystko jedno... Ona mogła w to uwierzyć. Wierzyła w to, gdy razem z Vilgefortzem zaczęła tę grę...
   - Dosyć - powiedział Geralt. - Ani słowa więcej. Gdy słyszę słowo "gra", mam ochotę kogoś zabić. Ach, dawaj tę brzytwę. Chcę się nareszcie ogolić.
   - Teraz? Jeszcze ciemno...
   - Dla mnie nigdy nie jest ciemno. Jestem dziwolągiem.
   Gdy wiedźmin wyrwał mu z ręki sakiewkę z przyborami toaletowymi i odszedł w kierunku strumienia, Jaskier stwierdził, że senność opuściła go zupełnie. Niebo jaśniało już zapowiedzią brzasku. Wstał, wszedł w las, ostrożnie mijając śpiące, przytulone do siebie driady.
   - Czy należałeś do tych, którzy się do tego przyczynili?
   Odwrócił się gwałtownie. Oparta o sosnę driada miała włosy w kolorze srebra, było to widoczne nawet w półmroku świtu.
   - Wielce paskudny widok - powiedziała, krzyżując ręce na piersi. - Ktoś, kto wszystko stracił. Wiesz, śpiewaku, to ciekawe. Swego czasu wydawało mi się, że wszystkiego nie można stracić, ze zawsze coś zostaje. Zawsze. Nawet w czasach pogardy, w których naiwność potrafi zemścić się w najokrutniejszy sposób, nie można utracić wszystkiego. A on... On stracił kilka kwaterek krwi, możliwość sprawnego chodzenia, częściową władzę w lewej ręce, wiedźminśki miecz, ukochaną kobietę, zyskaną cudem córkę, wiarę... No, pomyślałam, ale coś przecież musiało mu zostać? Myliłam się. On nie ma już nic. Nawet brzytwy.
   Jaskier milczał. Driada nie poruszyła się.
   - Pytałam, czy przyczyniłeś się do tego - podjęła po chwili. - Ale chyba pytałam niepotrzebnie. To oczywiste, że się przyczyniłeś. To oczywiste, że jesteś jego przyjacielem. A jeśli ma się przyjaciół, a mimo to wszystko się traci, jest oczywiste, że przyjaciele ponoszą winę. Za to, co uczynili, względnie za to, czego nie uczynili. Za to, że nie wiedzieli, co należy uczynić.
   - A co ja mogłem? - szepnął. - Co ja mogłem uczynić?
   - Nie wiem. - odpowiedziała driada.
   - Nie powiedziałem mu wszystkiego...
   - To wiem.
   - Nie jestem niczemu wininen.
   - Jesteś
(...)

A. Sapkowski - "Czas pogardy" (tom II sagi o Wiedźminie)
Do jakiś czas temu zaprezentowanych przeze mnie narkotyków i narkomanii Jana Rybowicza, dodałbym narkotyk wędrowania. Nie dawno odnalazłem w sobie obecność tego narkotyku. Gdzieś bym ciągle łaził, szukał, robił zdjęcia, nie mając do końca jasno określonego celu wędrówki. Byle zatoczyć koło, wrócić, odpocząć i wkrótce znów zebrać się w sobie i ruszyć gdzieś do przodu. Odkąd pewne rzeczy zmieniły się w moim życiu, to począwszy od znalezienia wreszcie stałej pracy, inaczej zacząłem spoglądać na pewne rzeczy. Inaczej traktuję czas, spoglądam na otaczającą mnie rzeczywistość i inaczej pojmuję pewne sprawy. Może to wejście w nowy etap dorosłości? 

Wędrówka. Ostatnio bliska jest mi postać Aragorna (choć we "Władcy" raczej odnajdywałem siebie w Faramirze), który przez istoty najmniej uświadomione o jego prawdziwym pochodzeniu i powołaniu, nazwany był Obieżyświatem, czyli mniemam iż kimś, kto krąży po świecie i obserwuje. Toteż i dla mnie czas wznieść się ponad szarość monotonnej codzienności i zacząć robić coś, co inni niekoniecznie zrozumieją prawidłowo. Albo wcale. I dobrze.
Mogłem być piosenkarzem, żeglującym dookoła świata. Hazardzistą, który wygrywa miliony i wydaje wszystko na dziewczyny. Mogłem być poetą, który chodzi po Księżycu, naukowcem, który może powiedzieć światu - Odkryłem coś nowego. Mogłem kochać jakąś księżniczkę, być tym, który zakończy wojnę. Kryminalistą, który pije szampana i nigdy nie może być schwytany.
Lecz pomiędzy Twoimi książkami, pomiędzy Twoimi ubraniami, pomiędzy tym zgiełkiem i zamieszaniem, pozwoliłem temu odejść.

Nie mogę się zatrzymać i złapać oddechu, a spójrz jak bliski jestem szczęścia. I nie zawrócę znów, bo moje serce zrozumiało, że... że jestem w domu.
Jako katolik, osoba wierząca, "posłany niczym owca między wilki" powinienem iść i głosić Ewangelię. I jak to brzmi? Osoba niewierząca, nie znająca Pisma Świętego prawdopodobnie odczyta to w sposób niewłaściwy. Już ktoś nawet kiedyś pisał na jakimś blogu "nie będzie mi tu banda kretynów mówić, co mam robić". Obraza w tych słowach to jedno, ale nie temu chcę zwrócić uwagę. Otóż głoszenie Słowa wielu dostrzega, jako "mówienie co ma się robić". Być może ze względu na jakiś stereotyp, ze względu na niegodne zachowanie jakiegoś duchownego, którym naraz obarcza się cały Kościół (nie rozumiem tego). Jest jeszcze inna opcja: a może po prostu źle się ewangelizuje? Kard. Karol Wojtyła powiedział kiedyś, że dialogu z ateizmem nie można rozpoczynać od przedstawiania dowodów na istnienie Boga. No i prawdę powiedziawszy nie powinno się tych dowodów w dialogu przedstawiać. Bo czyż istnieją? Poza świadectwami mistyków, poza "niewyjaśnionymi okolicznościami"? Wiele na ten temat można mówić, ale skupmy się na problemie. Dlaczego katolicy źle ewangelizują. Nie potrafią? Są szkoły ewangelizacyjne. Ale czego one uczą? Teorii? Nie zamierzam negować działalności takich przedsięwzięć, jeżeli w aktywny sposób i odpowiedni animują przyszłych katechumenów - nie mam doświadczenia ani ze Szkołą Nowej Ewangelizacji, ani z wszelkimi Kursami. Tak, czy owak osoba ewangelizująca, jest obarczona bardzo dużą odpowiedzialnością. Bo to nie jest gadanie o Bogu. To za mało. To nie jest opowiadanie o cudownych chwilach spędzonych na rekolekcjach. Trzeba czegoś więcej. To nie jest zaciekła bitwa na argumenty. To żadna bitwa, żadna walka, to nie przekrzykiwanie się! Ewangelizator nie ma zmienić myślenia ateisty, czy kogokolwiek, kogo ewangelizuje. W dialogu uczestniczą co najmniej dwie osoby, które potrafią siebie wzajemnie słuchać. Tymczasem wielokrotnie byłem świadkiem, co ciekawe, zaciekłych dialogów mądrali dwóch ponoć bardzo wierzących katolików. Naprawdę wielokrotnie słyszałem ewangelizującą się młodzież, która to w końcowych fazach polegała na czymś w rodzaju posądzenia, potępienia jakiegoś konkretnego zachowania. "Tak nie postępuje katolik". A jak Ty postępujesz?

Pycha. Kiedy mówimy o Bogu drugiej osobie, kiedy ją ewangelizujemy, ta właśnie pycha - matka wszystkich grzechów potrafi wziąć górę nad człowiekiem. Święta Teresa od Dzieciątka Jezus podkreśliła, że nie powinno się zbyt dużo mówić o Bogu, bo w te słowa wkrada się miłość własna. Jak więc ewangelizować? Głoszenie Słowa, to nie powtarzanie wyrytych na pamięć fragmentów z Pisma. Nawet szatan ośmielał się posłużyć Słowem Bożym, podczas kuszenia Jezusa na pustyni. Jak więc ewangelizować? Jak masz dużo mówić, zamilknij. Jeżeli jest wokół Ciebie mnóstwo ludzi, którzy Cię znają, pokaż swoim czynem, jaki jesteś. W co wierzysz. I jak Ci ta wiara pomaga. Pokaż swoim życiem, że masz w sobie dobro. Ale nie dobro faryzeusza. Tylko dobro Chrystusa. Twoje życie, decyzje i postępowanie to jest największe świadectwo. Coś więcej niż same słowa. Ewangelizacja polega na nawracaniu. Jednak, czy można ot, tak zmienić poglądy dorosłego człowieka? Wreszcie, czy tylko "nawróceni" osiągną Życie Wieczne? Jeżeli świadectwo Twojego życia uznasz za ewangelizację, to trafi do wielu i pozostanie w sercach.
Zapachniało powiewem jesieni
Z wiatrem zimnym uleciał słów sens
Tak być musi
Niczego nie mogą już zmienić
Brylanty na końcach twych rzęs
Tam, gdzie mieszkasz już biało od śniegu
Szklą się lodem jeziora i błota
Tak być musi
Już zmienić nie może niczego
Zaczajona w twych oczach tęsknota
Wróci wiosna, deszcz spłynie na drogi
Ciepłem słońca serca się ogrzeją
Tak być musi
Bo ciągle się tli w nas ogień
Wieczny ogień, który jest nadzieją

Jaskier, "Zapachniało jesienią"
Zapachniało powiewem jesieni
Z wiatrem zimnym uleciał słów sens
Tak być musi
Niczego nie mogą już zmienić
Brylanty na końcach twych rzęs
Tam, gdzie mieszkasz już biało od śniegu
Szklą się lodem jeziora i błota
Tak być musi
Już zmienić nie może niczego
Zaczajona w twych oczach tęsknota
Wróci wiosna, deszcz spłynie na drogi
Ciepłem słońca serca się ogrzeją
Tak być musi
Bo ciągle się tli w nas ogień
Wieczny ogień, który jest nadzieją

Jaskier, "Zapachniało jesienią"

I tak... cieszę się z jesieni. Choć moja przyszłość nie pewna, brakuje mi wczesnojesiennych barw. Bo są to barwy ciepłe. Ciepłe barwy w coraz zimniejszym wietrze. To taki prezent od jesieni, na pożegnanie lata.

Nie rozumiem dlaczego dla wielu poetów jesień była okresem kolejnej natchnionej deprechy, nostalgii, tudzież innych niemal metafizycznych stanów ducha. Czyż nie jest kojący kubek gorącej kawy po po powrocie do domu? Albo łyk herbatki z miodem? Ja to lubię, bo tak samo jak dość mam zimy tuż przed początkiem wiosny, tak samo przejadło mi się lato i jego komary, wakacyjna, wyjazdowa dieta, etc.

Tak, czy siak. Lepiej i barwniej wokół mnie.
We mnie - sepia i skale szarości.
Wróć.
To nie karnawał
ale tańczyć chcę
i będę tańczył z nią po dzień

to nie zabawa
ale bawię się
bezsenne noce senne dnie

to nie kochanka
ale sypiam z nią
choć śmieją ze mnie się i drwią

taka zmęczona
i pijana wciąż
dlatego nie

NIE PYTAJ WIĘCEJ MNIE

nie pytaj mnie
dlaczego jestem z nią
nie pytaj mnie
dlaczego z inną nie
nie pytaj mnie
dlaczego myślę że...
że nie ma dla mnie innych miejsc

nie pytaj mnie
co ciągle widzę w niej
nie pytaj mnie dlaczego w innej nie
nie pytaj mnie
dlaczego ciągle chce
zasypiać w niej i budzić się

te brudne dworce
gdzie spotykam ja
te tłumy które cicho klną

ten pijak który mruczy coś przez sen
że PÓKI MY ŻYJEMY ona żyje też

NIE PYTAJ MNIE
NIE PYTAJ MNIE
C0 WIDZĘ W NIEJ

nie pytaj mnie
co ciągle widzę w niej
nie pytaj mnie dlaczego w innej nie
nie pytaj mnie
dlaczego ciągle chcę
zasypiać w niej i budzić się

nie pytaj mnie
dlaczego jestem z nią
nie pytaj mnie
dlaczego z inną nie
nie pytaj mnie
dlaczego myślę że...
że nie ma dla mnie innych miejsc

Republika - Nie pytaj o Polskę
Mijają nieubłaganie. Gdzieś za mną kilka miesięcy pomaturalnej beztroski. Tyle czasu wolnego na kształtowanie swojego "ja", refleksję, twórcze spełnianie się, w końcu rozrywkę prostą, jak film z kilkoma butelkami piwa i paczką chipsów (nie zasłużona kara dla wątroby), albo "nolifowanie" w wirtualnym świecie World Of Warcraft. Są też chwile, kiedy zgodnie z piosenką Gruz Brothers wtorek przechodzi w sobotę nie wiadomo kiedy, a w kieszeni znajduje się ze zdziwieniem pustą paczkę po prezerwatywach*.

Są snujące się wieczory różowawym niebem, czerwone poranki, wschody słońca charakteryzujące się śpiewem wesołej kompanii wracajacej z całonocnej popijawy. A nie słychać wtedy ptaków. Zdarza się czasem romantyczne tchnienie, kiedy nagle przy sprzątaniu pokoju wypada zakurzone zdjęcie, na której jakieś dziwne medium obejmuje czule tę wciąż Niepoznaną. W ostateczności i pokój i dusza zostają nie posptrzątane. Tak miłość odwleka swoje przyjście. Jednak, czy odwleka do wieczności, czy... chce uderzyć gromowładną nawałnicą? Tego nie wie nikt. Jeszcze wczoraj mówiłem sobie "cierpliwości, nadejdzie ten czas". Dziś przy szklaneczce godzę się z ostateczną porażką. Wszak żołnierz nie składa karabinu przed wrogiem, jeno przed samym sobą. Godzić się z kleską, to przekreślenie wszelkich szans, na ewentualną rispotę. Na szczęście, bądź nieszczescie mam tendencję do szybkich zmian obranego kursu.

No i Bóg. Jego twarz chyba stała się najbardziej obca ostatnimi czasy. Być może za dużo pytań? Czy też zwyczajne zdrowe wątpliwości? Chyba jednak nie takie zdrowe, skoro ostatniej nocy ból głowy przekrzykiwał senność, zalewając mnie całego zimnym potem. I choć trwa we mnie przekonanie i pewność, że On pierwszy otwiera mi drzwi do pojednania, gotów wybaczyć i znów pozwolić Siebie przyjąć, tym trudniej jest mi podnieść łeb i spojrzeć Mu w oczy. O wiele trudniej jest wrócić do Boga mając gwarancję, że przebaczy, aniżeli dowiedzieć się o tym po raz pierwszy. Dla mnie.

No i świeżość. Nowa szata graficzna jest po to, by znów coś zmienić. Zamknąć jakiś rozdział i otworzyć kolejny. Patrzę na datę poprzedniego wpisu i wnioskuję, że zamykam rozdział milczenia. Być może moje własne bańki mydlane będą teraz jeszcze bardziej mi i Wam niezbędne do życia. Z wielu źródeł dostrzegam, że mój blog nie rzadko wyświetla się po frazie "Jan Rybowicz". Teraz odszukanie niewielkich strzępów jego twórczości stanie się łatwiejsze, dzięki wyszukiwarce, a także kanałom RSS.

Dziękuję po raz wtóry za wiele ciepłych słów, jakie piszecie do mnie w mailach, na gadu-gadu, a także w komentarzach. Cieszę się, że mogę Wam jakoś pomóc. To trzyma moje literowo-refleksyjne oblicze wciąż przy życiu.

* - po prostu poczucie humoru imprezowiczów bywa czasem przerażające...
...trzeba drugiego człowieka. Te mądre słowa zostawił nam Jan Rybowicz. Kolejna rocznica jego śmierci cicho minęła 26 maja. A może nie tak cicho? Coraz więcej ludzi ratuje strzępy jego twórczości, uzależnia się od tabletek ze słów. Wczoraj w Śmignie odbył się kolejny koncert Starego Dobrego Małżeństwa czczący pamięć poety i pisarza i jego bądź, co bądź kontrowersyjnych dokonań. Mimo iż niektóre utwory prozatorskie przepełnione są pretensjonalnością, eksponują nieudacznictwo Rybowicza, są to po prostu perełki polskiej literatury. I nie mówię tego, jako fan Starego Dobrego Małżeństwa, nadęty koneser sztuk trudnych, maniak, czy wyrafinowany krytyk, ale jako osoba tak samo słaba i momentami nieporadna jak on. Przypadłość człowieka, to oceniać. Zawieszać psy bez zastanowienia, palić na starcie. Dowodzą temu proste codzienne sytuacje, które mają miejsce. Ktoś zdaje się być potworem i od razu takiemu się szykanuje drogę, upokarza i ośmiesza. Dlaczego? No właśnie bez powodu. Ty taki/a jesteś, ja taki jestem. I raczej trudno będzie to zmienić. A jednak z drugiej strony tak bardzo nam potrzebny jest drugi człowiek. Zarówno jego miłość, jak i nienawiść. Jego altruizm i egoizm. Jego cnota i jego nieprzyzwoitość. I tu niespodzianka: To i to powinno nas czynić lepszymi i myślę, że większość z nas czyni. Tylko nie zrozumcie źle! Miłość każe się odwzajemniać, widok nienawiści ma nstawiać serce na współczucie osobie nienawidzonej i krzywdzonej. W tę stronę.

Nie każdy jednak szuka w doświadczeniach czegoś dla siebie, a jedynie strzela focha i przechodzi do ostentacyjnej zemsty. Są jeszcze ci, którzy poddają się wszystkiemu. I jeszcze tacy, którzy walczą, ale przegrywają. I tacy, którzy będąc już weteranami, wreszcie się poddają. Jan Rybowicz należał do jednej z tych kategorii. Nie powinniśmy poety wychwalać po jego śmierci w myśl dziwnej zasady "o zmarłym źle się nie mówi", piętnować tych, któzy utrudnili mu życie (może nawet przyczynili się do jego tragicznej śmierci). Powinniśmy MY (ludzie, chcący wizerunek Rybowicza w polskiej literaturze ocalić) czerpać wnioski i stosować je w życiu.

"Żeby było życie trzeba drugiego człowieka". Także życie tego bloga. Istnieje tylko dlatego, bo co jakiś czas otrzymuję mailem lub na gadu-gadu ciepłe słowa na jego temat, które są bardzo budujące.
Jest jakiś koniec. Koniec czegokolwiek. Koniec, który oznacza, że kogoś już więcej nie zobaczysz w Twoim życiu. Pojawił się, odchodzi... to ludzka przypadłość przychodzić i odchodzić i... nie wrócić nigdy. Wczoraj żegnałem się z osobami, które towarzyszyły mi przez cały czas szkoły średniej. I pewnej części już nigdy nie zobaczę. A to wcale nie były obojętne osoby. Tylko osoby ciekawe. Jak tak sobie pomyślę ile rozdziałów w całym życiu otwieram i zamykam... Żyje się dalej, tylko czasem szkoda człowieka, który był kiedyś ważny, a który odszedł z mojego życia i mam świadomośc, że już nigdy więcej go nie spotkam. Dziwne uczucie w sercu. 

Oj tak... płytki sentymentalizm to bardzo polska cecha.


Dlaczego nie chcieć się zakochać?

Dziś rano rozwalił mnie na łopatki opis gadu-gadu jednej z osób, którą mam na liście kontaktów. Cytuję:


Ankieta dla kobiet: Czy facet powinien być zarośnięty, czy ogolony, czy wydepilowany?? prosze głosujcie


Nigdy wcześniej w życiu nie czułem się tak zażenowany. Pytanie pozornie zwyczajne. Dużo mówi się w telewizji chociażby o tym, jaki mężczyzna (ehh... no dobra "facet") powinien być, aby się kobiecie podobał. Oczywiście mógłbym tutaj walnąć długi referat przedstawiający moje zdanie i argumenty, ale... nie chce mi się, poza tym argumenty mogą wyniknąć same. Nie będę też zgłębiał tajemnicy, dlaczego kolega stworzył tak niecodzienną ankietę. Z pewnością wynika to z jego kompleksów. I myślę, że każdy mężczyzna, który zaczyna mieć niniejszy problem, ma kompleksy. Fakt faktem, kompleksy ma każdy. Jednak to zakrawa na brak poczucia własnej wartości. Czemu? Jak wół przemawiają tu wątpliwości co do tego.


Gdyby tak pójść za ciosem, to możnaby zadawać kolejne pytania, od "czy mężczyzna powinien być przy kości, czy szczupły" do "czy powinien się obrzezać, by sprawiać w łóżku więcej przyjemności", przy czym to ostatnie pytanie obraża pewną kulturę (dodam, iż w USA bardzo modne jest obrzezanie nawet wśród katolików, ponieważ rzekomo tamtejsze kobiety wolą obrzezanych mężczyzn w łóżku). A teraz w sedno: gdzie tu jest wolnośćbycie sobąGDZIE TU JEST MĘSKOŚĆ?! Widać modne stało się dopasowywanie do chorych stereotypów. Tak się ogólnie przyjęło i tak musi być. Niestety... stereotyp - rzecz, za którą świat uparcie podąża. Będziesz piękna, kiedy użyjesz tych kosmetyków. Będziesz miał wzięcie, kiedy popsikasz się naszym dezodorantem. Dziś często robimy tak, a nie inaczej bo WSZYSCY tak robią. Dziś mamy to, a nie co innego, bo WSZYSCY mówią, że właśnie to jest najlepsze. Może do pierdoła i mało istotna rzecz, ale za tym wszystkim kryje się zamach na naszą wolność. Na moją wolność! Bo to ja mam mieć kompleksy, że nie stać mnie na ten wspaniały dezodorant. To ja nie jestem tak atrakcyjny, bo nie ubieram się u gejów projektantów mody i nie rozsądny, bo nie dbam o zdrowie, które jest podstawną (nie zaczynam od skóry).


Tak buńczucznie o tym wszystkim piszę, ponieważ jak wiele osób wie, sam jestem zaprzeczeniem i przeciwieństwem wielu stereotypów. I nie mówię tu o cechach typowo męskich, wynikających z natury, ale o rzeczach, które wymyślił sam człowiek prawdopodobnie po to, aby na tym dobrze zarobić. No i co? Jestem przez to gorszy? Mam popaść w kompleksy, bo nie robię tego, co większość? Mam się zdesperować, bo będąc zarośnięty nie spodobam się ŻADNEJ kobiecie? Bynajmniej tak nie myślę i tak nie czuję. Człowieku. Od kiedy to kto inny ma decydować, jaki powinieneś być? Przede wszystkim masz podobać się sobie i siebie samego akceptować, by móc spotkać drugiego czlowieka i akceptować jego. "Miłuj bliźniego swego jak siebie samego", a nie na odwrót. I to nie tylko odnosi się do miłości, ale do większości życia. Podejmujesz decyzje. Masz być przede wszystkim sobą. Nie spodoba się kobiecie to, że masz długie włosy? Widocznie nie docenia cię, nie zasługuje na ciebie. Tylko broń Boże nie ścinaj tych włosów dla niej, skoro masz się potem źle czuć, jako osoba. Poczekaj. Pokaż, że żyjesz z sobą w harmonii. W końcu spotkasz kogoś, kto pokocha cię takim, jakim jesteś, a nie za to, że masz pięknie obcięte włosy, wydepilowaną klatę, pachy, nogi i... dodajcie sobie sami co jeszcze.


A miało być krótko...

Od świątecznych porządków zacznę. Jednak tu nie chodzi o ścieranie kurzu, pucowanie mebli i mycie okien. Stary zeszyt z czasów, kiedy byłem jeszcze naiwnym poetą, tworzącym bez uwagi na krytykę i na innych, a dla siebie i dla tych, którzy dostrzegą tylko mnie, a nie wyrób mojej fantazji. Całkiem nie dawno, bo dwa lata temu przestałem regularnie pisać... i generalnie pisać w ogóle. Wtedy, kiedy powstawały najlepsze moje wiersze. I w miarę dojrzałe i całkiem płynne. Jeden postanowiłem przepisać. Piękny, obrazkowy zapis chwili przy małej filiżance kawy w jednej z bytomskich kawiarni. I tak się rozlała cała rzeka wspomnień.


Siadła Pani przy stoliku


W deszczowe południe niedzielne
Pani o włosach, oczach w czekoladę
W prawie pustej kawiarni "Suplement"
Siadła przy stoliku, zaczęła czytać książkę

W oczach jej błyszczały rozdziały
Zdania, dialogi, przypisy dolne
A wyraźne były, jakby Pani
Odzwierciedlała życie w tych słowach

Patrząc na Panią, jak przechyla filiżankę
Odrywa na chwilę oczy od stronnic
I wcale inne wtedy nie są
Pani szuka swego smutku, szuka w prozie


Sztuka nigdy nie porzuca artysty. Jedynie artysta może porzucić sztukę. Zapisane słowa zostają, bo mają jakaś wizję przekazania światu, że są jeszcze słowa bez kłamstw tak nieskalane jak pierwsze słowa w Raju. Słowa są wiecznie żywe. Zawsze coś przyniosą. Nigdy nie wiesz komu w danym momencie pomogą. Tylko pozostaje pytanie. Czy porzuciłem poezję z czystego egoizmu, czy zupełnego wypalenia? Choć co ja mogę wiedzieć o wypaleniu do cna? Czy może po prostu powiedziałem już wszystko, co miałem do powiedzenia. Napawa mnie to niepokojem, bo... sam już nie wiem.

Konflikty zbrojne, to sprawa zawsze aktualna. Wojny, podboje były od zawsze i pewnie przyszłość szykuje jeszcze wiele mniej lub bardziej krwawych wojen. Dziś jednak wpadła mi do głowy moja dawna refleksja, z czasu odkrywania dla siebie twórczości Jana Rybowicza. Jedno z opowiadań pt. "Wydobycie broni" zawarte w tomie "Czekając na Becketta" pokazywało sylwetkę wpierw człowieka zwyczajnego, prostego, obywatela jakiegoś kraju nękanego już długi czas przez wroga. Ten niczym nie wyróżniający się mężczyzna pewnego dnia powiedział do swych braci, że ma zakopaną broń i poprowadzi ich do walki o wolność lub śmierć. Ludzie go posłuchali, wykopali wraz z nim broń i po jakimś czasie przepędzili zaskoczonego wroga poza swoje granice. Jednak nie szli dalej. Postawili przewalone słupy graniczne i zostali u siebie. Część żołnierzy potem szemrała, że zwyciężyli tylko w połowie, twierdzili, że powinno się wroga gonić aż do jego własnej stolicy i zniszczyć ją. Wiecie, co odparł na to kapitan? Że mądry naród zawsze zwycięża tylko w połowie. Kiedy idzie zachłannie dalej, przypiera wroga do muru, nie zostawiając mu żadnej furtki wyjścia, przestaje być mądry. Staje się taki sam, jak ciemiężca. Przez rządzę zemsty staje się zbrodniarzem, napastnikiem. A w takiej pogoni może zginąć jeszcze sporo dobrych ludzi.


Mądry naród pilnuje, by wszelkie wojny mijały jego kraj, a jeśli już przychodzi moment obrony, broni swych granic, nie mieszając się dalej. Poprzestaje na obronie koniecznej. Pomyślmy... taki przywódca przechodzi do historii, jako człowiek prawy, nie splamiony niewinną krwią. Bo zawsze "zwycięża się tylko w połowie".


Szkoda jednak, że w realnym świecie machina wojenna napędza kolejną i kolejną... 

Niesamowite. Pierwszy raz zabieram się do pisania posta z ogromną chęcią zrobienia tego, ale kompletnie bez pomysłu...


Może taka mała gra słów. Czasem się zastanawiam, czy ten, który wymyślił słowa tchnął w nie dodatkowe znaczenie pozornie ukryte dla człowieka, albo... zapragnął, żeby ktoś inny zabawił się w rozbijanie jednego słowa na kilka innych. Przykładowo tęsknotę... moją tęsknotę do wciąż Niepoznanej mógłbym określić słowem "cień", "cienie"... chociaż cień mówi o bliskiej obecności swego właściciela, to tu następuje pewien paradoks. Mówię o cieniu wewnętrznym. Albo cieniu, który rozbijam na dwa słowa... samemu dodając trzecie: "Cię nie ma"... Nie ma.


Tak. Tylko dziś samotność wzięła nade mną górę. To jej parszywe, upokarzające oblicze. Ta morda czająca się za moim odbiciem w lustrze. Nie ma rozczulania się. To tylko stwierdzanie faktu. Tak, czy inaczej trzeba czekać, warto. Jakby nie patrzeć całe życie człowieka to jedno wielkie oczekiwanie. Nic to jedno więcej, kolejne w porównaniu krótkie oczekiwanie.

Wyobrażam sobie teraz sytuację pewnego utalentowanego polskiego pisarza i jego dziwną, psychiczną przypadłość palenia swych książek w piecu. Wygląda to mniej więcej tak, że zrywa się w środku nocy i zaczyna tom po tomie, część po części, rozdział po rozdziale, kartka po kartce wrzucać do pieca. Bez zastanowienia. Najczęściej swoje maszynopisy i wyrwane z serca skrawki myśli. Następnie rano wstaje i zastanawia się, gdzie się podziały wszystkie książki. Z rozpaczą stwierdza, że został po nich jedynie popiół. W tym popiele daremnie stara się doszukać choćby jednego słowa, które ocalało... wyobraża sobie, że aktualnie trzyma w garści autobiograficzny rozdział swego ostatniego maszynopisu, z którego był najbardziej dumny, który zapowiadał się świetnie. Niestety. Z popiołów odradzać potrafią się jedynie baśniowe Feniksy. Słowa tego nie potrafią.

Przytaczam to tylko i wyłącznie po to, by dać Wam do zrozumienia, że przewertowałem dziś archiwum wszystkich mych zapisków na tym blogu i momentami niektóre słowa są dziś już tak bardzo lekkie i puste, tak jakbym zamieszczając je tu, palił myśl po myśli, uczucie po uczuciu... to, co tylko w nich mogło być zawarte. A jednak kiedyś potrafiłem bronić zaciekle niektóre wpisy. To chyba znaczy, że po każdym kolejnym upadku Ikara, Ikar zupełnie inaczej patrzy na niebo. Nie tak jak przed poprzednim lotem. Jakkolwiek bym tego nie wyjaśnił, zadziwia mnie fakt, iż w tych dawnych słowach rzadko odnajduję siebie. Patrząc na popiół nie widzę w nim jednej z ciekawszych historii mego życia, ale tylko szarość spalenizny. Taki popiół jeszcze trudniej jest zgryźć, niż najgorszą słowną prawdę. Po prostu zmieniam się. Bardzo szybko. No, ale co w tym dziwnego? Cały świat idzie do przodu. Dlaczego ja i moje poglądy mielibyśmy stać w miejscu?
Dziś zacznę dialogiem wyjętym z filmu Witolda Leszczyńskiego "Siekierezada", ekranizacji powieści Edwarda Stachury o tym samym tytule. Michał Kątny opowiada Jankowi Pradera rozmowę, jaką przeprowadził z pewnym chłopcem, jadąc w pociągu.

Michał Kątny: Zdarzyło mi się, że poczułem się na zewnątrz wszystkiego, jakby poza elipsą galaktyki. I stamtąd, spoza ujrzałem jak na tacy całą jaskrawość.

Janek Pradera: Całą jaskrawość mówisz...

Michał Kątny: To nie ja, to on mówił. A na tacy jak owoce: melony, arbuzy, jabłka śliwki i... wszystkie ciała niebieskie. I gdzieś tam wśród tej ciżby Ziemia nasza, malutka jak wisienka. I wtedy, gdy byłem poza, daleko poza, ujrzałem całą jaskrawość tego, że to w ogóle nie chodzi o to, co się na wisience dzieje. Żyje, śmierć, miłość, nienawiść, dobro, zło i tak dalej, i tak dalej, ale o to wszystko razem wzięte i podane jak na tacy.

Janek Pradera: To może i jest jakieś boskie, ale... straszliwie nieludzkie.

Michał Kątny: Masz rację, bo tam poza elipsą bardzo rzadko się bywa. Przeważnie jest się tu, na wisience. I wtedy to już jednak idzie o życie, o miłość, o dobro, o sprawiedliwość, i tak dalej, i tak dalej. I o to trzeba się bić. I taka jest tu cała jaskrawość.

Wczytując się w postawę człowieka, który jest na zewnątrz wszystkiego, poza wspomnianą w dialogu "elipsą wrzechświata", nie jednokrotnie zaczynam marzyć o podobnym stanie. Spojrzeć na wszystko z miejsca, gdzie każdy pozostawiony na Ziemi ślad jest w ogóle nie istotny, a istotna jest całość, czyli jakby miejsce, gdzie ten ślad prowadzi. Mniemam jednak, znając dość język metafor Edwarda Stachury, iż chodzi tu o obłęd. O człowieka, który dąży do autodestrukcji. Człowieka nadwrażliwego, dla którego świat to może za mało, albo zdecydowanie za dużo. I to, co na nim się dzieje i co pobudza do "ucieczki". Cała jaskrawość tego, czego się doświadcza na świecie. Może tu "niszczeje wszystko i nie masz tu nic". Ten, który przebywa poza elipsą wszystkiego jest to jakby Ikar. Spogląda na wszystko z góry, co pod jego skrzydłami wydaje się być małe i nieistotne. A potem spada. Upadek jego jest wielki, bo dostrzega, iż zaczyna już chodzić o to wszystko, co na dole się dzieje... co z daleka maleńkie, teraz zdaje się dotkliwie wielkie i straszne. Tylko, że próba mądrego wyjaśnienia sensu życia człowiekowi w obłędzie jest totalną głupotą.
Zatrzymuję się nad sztuką, której duszą jest wrażliwość artysty. To, czego nie widać, więc jest. Żywa sztuka jest kluczem do mojej wrażliwości. Powoduje, iż tak pięknie mnie ruszają słowa poezji, sceny filmowe, słowa prozy, sceny teatru, słowa śpiewane. Dziś pochylam się szczególnie nad Jackiem Kaczmarskim. Artyście niezwykle mi bliskim. Wyciągam z szuflady wspomnienia dwóch koncertów jakie udało mi się zagrać już niemal dwa lata temu. Żadnego z nich nie nagrałem. Zaświtała mi jednak pewna myśl. Mogę przecież usiąść w półmroku własnych myśli, z teczki wyjąć te teksty, które wybrałem, które najbardziej mnie uderzyły i zastanowić się nad tym, co w nich ukryte. Nie tylko mamy tu politykę, inteligentne wyszydzenie komunizmu, ale także wrażliwe spojrzenie na sztukę, na to co potrafi swym sercem wypowiedzieć człowiek. Człowiek - dziś wypaczone, błędne pojęcie egzystencjalne.

Trzeba wziąć gitarę w rękę, nadać tym słowom i muzyce interpretację własną, raczej zbliżoną do oryginału, by nie uśmiercić ducha, i zagrać, uwiecznić. Dla siebie. Dla przyjaciół. Kiedyś jak będe stary, zgrzybiały i taki pospolicie do niczego, usiądę, włączę tę muzykę mojej młodości i spróbuję znów dobudzić w sobie artystę, poetę, muzyka... Człowieka?

Przeglądałem ten blog. Przeczytałem wszystkie notki, opowiadania, wiersze. Dostrzegłem wiele zmian. Nie filozofuję już. Nie mam na to siły, ani chęci. Któż dotrze do tych kilku może nawet mądrych, ale bez siły przebicia słów. Czytałem wiele polemik, za które dziękuję komentującym z całego serca, to znak, że traktujecie mnie poważnie. Zagłębiałem się w te treści, które eksponowały nadmierną mą, chorą aż do granic wrażliwość, bezkompromisową, nie raz wykrzyczaną w próżnię, bezradną i ślepą. Bo z wieloma rzeczami rozum mógłby sobie poradzić, ale ja nie chciałem, bo.... po prostu nie. Ogólnie bywało lepiej, bywało gorzej. Był czas, kiedy miałem do powiedzenia wiele. Pisałem kolejne posty i czekałem na dzień kolejny z pomysłem na nowy. I to wcale nie były słowa bezsensowne. Potem nie pisałem długo nic... choć bardzo chciałem, nie wiedziałem o czym pisać. Jakby zanik wrażliwości. Dziękuję wszystkim odwiedzającym, czytającym, komentującym. Zwłaszcza Sandrze i Grzesiowi - bez Was ten blog nie miałby sensu, bo kto dziś pisze o swoich sprawach skrytych gdzieś w głębi? Łatwiej ludziom pisać o codzienności, opowiadać każdy dzień taki sam o piątkach z geografii i niesprawiedliwości ze strony Boga, który nie istnieje (jak ma byś sprawiedliwy, skoro nie istnieje!! niektórzy pisują takie absurdy). Wielkie dzięki!!

Nie, nie odchodzę. To nie pożegnanie :)
Tu nie chodzi o to, że na moim blogu zrobiło się ponuro (?) od ostatnich wpisów. Nie stwarza się tu aury rozpaczy, dołu spowodowanego "bólem przemijania", czyli niczym racjonalnym. To jest po prostu życie w tej tak zwanej Innej Materii, którą trafie ując potrafią jedynie poeci. W zasadzie jedynie jej kontur. Dopełnienie jest sprawą indywidualną każdego człowieka. Mówią głupcy - nie każdy, kto pisze wiersze od razu jest poetą. Mądrzy ripostują - nie każdy kto jest poetą pisze wiersze. Istnieją poeci, o których się literaturze nie śniło. Poeci, którzy spoglądając na niebo widzą jedynie czasem prześwity błękitu, czy gwiazd, bo osacza ich ten świat. Wznosi się azbest jak mur obozu śmierci, a na betonie nie rośnie trawa. Pochłonięci tak codziennością, że nie mają jak dostrzec wartości. Pochłonęli wszystkie rozumy i teraz się duszą ich dusze, bo chciałyby gdzie indziej. A niewiele można już zrobić...

Towarzyszu podróży
Zbudowałeś byt swój zasklepiając jak termit wyloty ku światłu
I zwinąłeś się w kłębek w kokonie nawyków
W dławiącym rytuale codziennego życia

I choć przyprawia cię on codziennie o szaleństwo
Mozolnie wzniosłeś szaniec z tego rytuału
Przeciw wichrom, przypływom, gwiazdom i uczuciom
Dość trudu cię kosztuje, by co dnia zapomnieć
O swej kondycji człowieka

Teraz glina, z której zostałeś utworzony
Wyschła i stwardniała
Nikt już się nie dobudzi w tobie…
… astronoma
… muzyka
… altruisty
… poety
… człowieka
Którzy zamieszkiwali może ciebie kiedyś