"GDYBY TAK POWIAŁO ZDROWO...
TO BYM JESZCZE RAZ POFRUNĄŁ..."

Ostatnie wpisy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty
Byłem dziś na koncercie Starego Dobrego Małżeństwo. Jak zawsze na ich koncercie w pewnym momencie ma się łzy w oczach. Nie wiem generalnie dlaczego, ale dziś uderzyła mnie już dość stara piosenka "Wolność", którą zagrali na bis. Tak jakoś drgnęła w moim sercu struna wspomnień, kilka zadr, które już na zawsze pozostaną znów miałem przed oczami. Ale to nic. "Wolność", za którą tak bardzo tęsknię. Pióra Jana Rybowicza, a jakże.


Wolność

Wolność to jest po prostu
brak krat
żelażnych.
Te kratyniewidzialne,
które są w nas,
są tam na zawsze !
Więzienie
to są stalowe kraty w oknach.
To jest stalowa siatka
rozpięta nad spacernikiem.
To są stalowe drzwi,
które dziurkę od klucza
mają tylko z jednej strony,tamtej.
Więc wolność to jet po prostu
brak kartżelaznych.
To są dwie dziurki od klucza
i dwa klucze,
jeden mój.
To jest niebo
nie uwięzione.
Ostatnio jestem rozładowany. Wiecie, co jest najbardziej denerwujące dla osoby, która chce pisać? Którą pisanie utrzymywało niegdyś przy życiu? 100 % chęci, zero natchnienia. Więc z tychże właśnie przyczyn postanowiłem, iż zostawię pisanie poezji na jakiś czas. Dłuższy czas. Miał to być definitywny koniec, jednak nie można zabić tego, co serce stale dyktuje. Czasem miewam wrażenie, że wszystko, co napisałem to istna grafomania, z drugiej strony jednak wiem, że sporo rzeczy napisałem dobrze. Dodaje mi sił krytyka i ocena ludzi, którzy mają podobną poetykę przetrwania, rozumieją, czasem aż za dobrze, o co mi chodzi. Jeżeli coś zgrzyta - mówią to. Jeśli coś ich ujmuje - mówią, co. W zasadzie z negatywną krytyką się nie spotkałem. Miało się do czynienia z chamstwem, zawiścią, czasem nawet próbą zemsty słownej przez jak ja to mówię "gówniarzerię"... ale nie warto się tym przejmować. Tak płytcy ludzie (myślę, że ta osoba wie, że o niej mówię, aż mnie kusi żeby podać inicjały i skąd jest...) nie mogą mieć nic do powiedzenia w świecie sztuki - jakakolwiek by nie była. W końcu poezja nie jest dla każdego. Ostatnie wiersze postaram się opublikować, kiedy dojrzeją, tymczasem minął półmetek prac nad recitalem z twórczością Wojtka Belona. Wszystko układa się dobrze... jak na razie.
Nadszedł czas, aby ziścić pewne plany. Pierwszym bodźcem jest przegląd, w którym niedawno brałem udział, a drugim - chęć wypowiedzenia swojego wnętrza w sposób mniej metaforyczny, jak za poprzednim razem (koncert z piosenkami Kaczmarskiego), ale bardziej obrazowym. Generalnie "dymi mi z czachy" pomysłami nowych aranżacji piosenek Wojtka Belona (bo o niego chodzi), a czas leniuchowania był zdecydowanie za długi! Czas postawić kolejny cel. Może podbuduje to mnie, może zaśpiewając i zagrając piosenki Belona poczuję się choć trochę odmieniony, lepszy, może więcej będę się uśmiechał. "Bo źródło wciąż bije!". Chcę nie tyle ocalić od zapomnienia twórczość Majstra Biedy, co podać ją po swojemu. Może komuś się on przypomni dzięki np. plakatowi i przyjdzie na koncert, albowiem chcę zadbać również o dobrą organizację, której niestety zabrakło na poprzednim występie i w ten sposób z otwartego dla ludzi koncertu z podpisem "dla wszystkich starczy miejsca" zrobił się kameralny, zamknięty recital dla zaproszonych, elitarnych gości. Broń mnie Boże przed kolejnym takim błędem. Cieszy mnie to, że mam chęci, że jakoś się to układa, że mam obok ludzi, którzy chcą pomóc w kwestiach organizacji, jak i artystycznie. Tak więc módlta się ludziska, coby diobeł nas nie zeżarł, a wszystkie dźwięki i słowa płynęły z głębi serca!
...połowa wakacji już za nami. Generalnie do tej pory było jeden 6 dni totalnego odjazdu, reszta to nuda. 6 dni XIV Spotkania Młodych w Wołczynie, gdzie zagrało między innymi Raz Dwa Trzy... żeby co po niektórych zdołować, to jeszcze powiem, że za totalne free. Grali 2,5 godziny niesamowitego, klimatycznego koncertu, a pan Adam Nowak (voc.) był jakieś cztery metry ode mnie. Jednak w zasadzie wszystkie koncerty były rewelacyjne i warto było zostać animatorem i zapłacić 20zł za cały pobyt (pole namiotowe i obiad), poznać świetnych ludzi, poskakać, cieszyć się, wzruszać, po prostu wspólnie bytować! Jaki jest największy urok w tym 1000 tłumie? Taki, że tu nikt nie powie Ci nic chamskiego, ale uśmiechnie się, lub odwzajemni Twój uśmiech. Teraz żałuję, że nie było mnie na poprzednich Wołczynach, ale wiem jedno: za rok zabraknąć mnie tam nie może. Choćby dla klimatu, atmosfery, ludzi i przepięknego doświadczenia, że chociaż w ciągu tych 6 dni "Miłość jest kochana". Przede mną jeszcze Przyszowa... no za jakiś nie cały tydzień wyjeżdżam na dwa tygodnie, a w tym tygodniu jeszcze Gliwice i radosne, spontaniczne, uliczne granie wraz z kumplem. Dwie najlepsze gitary Bytomia :P i bluesowe improwizacje. W porządku. Poniżej zamieszczam fotki z koncertu Raz Dwa Trzy i Illuminandi. Ta druga kapela to "coś ostrzejszego" ;) to tyle. Nic mądrego w czasie wakacji człowiek nie robi, nie myśli za bardzo, więc nic mądrego pisać nie będę. Ot, co.





Ogólnie, to jak na razie czas aż tak szybko nie leci, jest fajnie, całkiem miło, gdyby nie te chwile rozmowy z moją siostrzyczką (tą przyszywaną), kiedy odprowadzam ją do domu np. po spacerze, to bym chyba umarł, no i gdyby nie mój brat (też ten przyszywany) i "wypad kawalerski" na nockę filmową - maraton Władcy Pierścieni w wersji extended z komentarzami i zamiarami zrobienia własnych parodii (czyt. kompletna głupawka po nie przespanej nocy). Generalnie to tylko te dwie osoby są w moim życiu najważniejsze, szkoda tylko, że brat i siostra (ci przyszywani) nie potrafią między sobą się dogadać... no ale cóż. To ma swój urok z mojej perspektywy.


Ach no i wczoraj gościnnie grałem na congach z zespołem Tymczasem w klubokawiarni "forte" na dworcowej (swoją drogą całkiem przyjemne miejsce, a jeszcze lepsze jak sie ma swoją, większą ekipę) no w ogóle było całkiem fajnie. Krążą opinię, że lepiej gram od Grzesia - ich "kongosisty", no ale w końcu jakby nie patrzeć, to nie gitara, nie wokal, ale instrumenty perkusyjne są instrumentami mojego życia - od trzeciego roku życia gram, mimo iż pierwotnie zadowalałem się udarzaniem kredkami w taborety i wmawianiem wszystkim, że gram na perkusji z zespołem Depeche Mode. Niszczyłem meble od moich ćwiczeń, ale dzięki temu wykształciłem poczucie rytmu. Jeśli kiedykolwiek miałem osobne propozycje, to często dotyczyły perkusji. Teraz gram na gitarze i mimo tego iż w waleniu w gary rozwinąłbym się szybciej i lepiej, gitara sprawia mi więcej radości. Od września zbieram na dwunastostrunówkę. To jest cacko dopiero! Grałem u znajomego i wniosek jest jeden: "ja chcę jeszcze raz!", ale na swojej. Co do koncertu z Tymczasem, to od "forte" dostaniemy po dwie dychy. Na początek spox, ale tu Was zdziwię: był to ostatni zespół tejże formacji. Czemu? No bo się na studia rozjeżdżają. Eh takie jest życie. A przez to, że skład w trakcie wakacji ulegnie jeszcze większym ubytkom, liderka - Asia Czajka musiała odrzucić trzy propozycje grania za kase. Bywa.


To tyle. Swoją drogą, ciekaw jestem, kiedy będzie następna notka i czy będzie chociaż tą jedyną z sensem :P

A na koniec jeszcze zabawna fotka mojego ulubionego zespołu, w pierwszym składzie

Piszę dziś trochę wcześniej, bo czeka mnie trochę jeszcze do zrobienia, a jutro wczesnym rankiem wyjeżdżam, więc nie nadrobiłbym i tak. Generalnie wstałem rano i głowa mnie bolała, że hej (zważywszy, że wczoraj nic nie piłem :P), ale to ciśnienie niskie. Dziś o 17 graliśmy mini-koncert z okazji jakichś tam obchodów. Zaprosili nas, to nie wypada odmawiać. Oczywiście biednemu zawsze wiatr w oczy. Podłączyliśmy już nawet sprzęt do nagrywania i teoretycznie koncert jest nagrany, jednak wyjście konsolety musiało być zepsute i nagrało się 20 minut ciszy. No, ale nic. Przyszła pewna ekipa osób, do dziś mi obca, którym się podobało, pogratulowali, obdarzyli ciepłym uśmiechem (pozdro dla Agi i ekipy!). Porobili nam zdjęcia i nawet nakręcili teledysk live. Chociaż tyle mamy z tego koncertu. W sumie, to trema nie była już potrzebna i prawie w ogóle jej nie było kiedy wszedłem na scenę, publika to była głównie masa, która przyszła napić się piwa i zjeść kiełbaski. Ale i tak reagowała żywo. To tyle z relacji z koncertu.

Przede mną wyjazd w góry – kurcze, jak ja dawno nie byłem w górach tak, żeby sobie móc pochodzić całymi dniami, robić fotki i chłonąć ducha tych wspaniałych szlaków. Co prawda wyjazd do długich nie należy, bo tylko 3 dni, ale nie ma co narzekać. Myślę, że wyzbyłem się wszelkich stresów co do życia, chociaż pięknie nie jest. Jest tęsknota do Niepoznanej, Nieujawnionej (nie, nie zrobiłem błędu, tak to ma być napisane). Zniknie, kiedy się ujawni Ona. Póki co, to tylko poezja i syndrom Jana Rybowicza – poety, którego cenię najbardziej jest mi lekarstwem.
Cały wczorajszy wieczór zastanawiałem się, co dziś takiego będzie i bałem się, że będzie nudno, a tu bęc! Trochę procentów i wszystko nabrało właściwych kolorów dla całego obrotu spraw. Dobrze tak się napić z przyjaciółmi, pogadać o całej przeszłości przy kufelku, powspominać minione czasy. Jak to wstałem z Ryhem na wsi o trzeciej nad ranem (żadnych skojarzeń z egzorcyzmami Emily!) i poszliśmy w ciemną wieś szukać całodobowego sklepu. Jak to nagraliśmy na kasetę demo piosenek „List do Małego Księcia” i „Rozliczysz mnie Panie”. Potem było już z górki i przyszła Arcadia Poema. Rok temu. DOKŁADNIE ROK TEMU. Czas leci...

Cóż, zbliża się koncert, błogosławiony czas. Ciekaw jestem, jak nas publika przyjmie. Tym razem występujemy na muszli koncertowej, czyli ludzie będą różni. W każdym razie nikt konkretnie nie wie, że wystąpią jacyś degeneraci, którzy śmieją zwać się z kręgu Krainy Łagodności. W sumie nie najgorsi. Poda się ludziom poezję i muzykę na jak najładniejszej tacy i widelcu.

Zbliża się też mój wyjazd w góry. Oby udało mi się skołować dobry aparat. Pogadam z dziewczyną mojego brata, ona ma teraz naszą starą Minoltę Dimage Z1. Fajny to był sprzęt. Nic, że obiektyw trącił aberracją chromatyczną jak cholera, to zdjęcia robił przyzwoite. Myślę, że problemu nie będzie. Nie mam o czym pisać już. Spać mi się chce, zaczyna nie powoli suszyć… lepiej zaraz położę się spać.

P.S.Tak oficjalnie: Sto lat! Sto lat! Niech żyje, żyje nam! Kto? ARCADIA POEMA!!


A oto trochę fotek z imprezy!

Ryho, współzałożyciel zespołu opoki był zadowolony z pejzażu na stole


Trochę pograło się stare piosenki

I tak to się skończyło

P.S. 2. Wykorzystano: Żywiec - browary żywieckie 5,6%, Lech - browary poznańskie 5,2%, Żubr - browary Dojlidy 6,0%. Żaden napój nie został zmarnowany, tj. wylany, wyrzygany, itp, ani nie ucierpiał w trakcie imprezy. Wszystkie trafiły do artystycznych brzuchów.



Jak się dziś w nocy (godz. 1.15) kładłem spać, to rzuciłem krótkie spojrzenie mimochodem na moją piękną gitarę. Stała sobie oparta o ścianę oświetlona lampką i tak sobie pomyślałem, że jakbym ją teraz stracił, to bym sobie w życiu nie poradził. Musiałbym albo rozwiązać zespół, albo szukać gitarzysty, który zagrałby w moim stylu i tak, jakby mi się podobało. Czyli generalnie ciężka sprawa. Tak to już bywa w życiu. No ale nie ma co gdybać i to jeszcze na gorsze. Kochać trzeba instrument. Fajnie, że tak mnie naszło. Wszak gitara, to jest jak kobieta. Dlatego również powstał jeden z moich najpiękniejszych wierszy… och już dawno nie czułem takiego napływu natchnienia. Nie mogę się już doczekać, kiedy ujmę mojego Fendera i zacznę go pieścić na koncercie. Ale się będzie działo. Teraz mi tylko koncert siedzi w głowie… i Gibasówka! Będę miał aparat, to i fotki popykam jakieś fajne. Ach, te góry. Kradną serce artyście… poecie… Bóg wie komu jeszcze. No to jeszcze na koniec pochwalę się tym wierszem o gitarze, jaki dziś baaaardzo wczesnym rankiem napisałem:


Gitara zna artystę swego, a on ją
Rezonuje mu miłością ujęta w grze
On rozmawia z nią językiem palców
O muzyce, jej często śpiewa
By mogła słuchać wiernie
Wszak jak nikt, poezję zna!
Szeptem strun zdobi, pochwala ją

Teraz nocą, kiedy tak zerkam na nią
Światłem lampki taka wyróżniona się staje
Milczy wierna artyście swemu
Może wzdycha, że tęskno za pieszczotą
Pewnie tak milczy codzień, co noc
Jemu udziela się ta cisza strun
I piękno szeptu niesione pamięcią
Gra ona, i gra nawet...
Kiedy śpi



Oj, byłbym zapomniał. Grałem dziś na ślubie na congach – fajne bębenki, nawet bardzo, fajnie się na nich gra, a tak swoją drogą, to wszystkiego najlepszego życzę nowożeńcom… chociaż wątpię, czy to przeczytają :P
W poniedzialek, mialem ten swoj koncert bisowy, aczkolwiek jeszcze bardziej kameralny. Komunistyczni redaktorzy Zycia Bytomskiego nie opublikowali informacji o koncercie, chociaz obiecali, ze bardzo chetnie. Ale to sa g*wno warci ludzie. Potrafia tylko wszystko krytykowac i na wszystko narzekac.

Ze strony samego koncertu, jestem zadowolony, bo wypadł lepiej od pierwszego, mimo ze było trzy razy mniej ludzi niz wczesniej. Ja mam komfort duchowy, że zrobiłem co mogłem, aby ocalic w tym smierdzącym Bytomiu poezję Kaczmarskiego od zapomnienia. Koncert uważam za udany, zwłaszcza cieszy mnie fakt, iż genialnie wypadło energiczne i pełne emocji Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego, ktore zagralem na koniec. Mam nadzieję, ze tym, którzy przyszli naprawdę się podobało. Był to pierwszy koncert cyklu ratowania od zapomnienia artystów legendarnych, artystów tragicznych, tudziez takich i takich zarazem. Bo źródło wciąz bije! - taki tytuł nosił koncert. Kolejnym planuję uczcić pamięc Edwarda Stachury. Ale to za jakis czas!


Oto kilka fotek!