"GDYBY TAK POWIAŁO ZDROWO...
TO BYM JESZCZE RAZ POFRUNĄŁ..."

Ostatnie wpisy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja. Pokaż wszystkie posty
Trafiam ostatnio na wyśpiewaną poezję, która wręcz idealnie wpisuje się między wątki życia bohatera wykreowanego na podstawie tłumionych moich wad, podkreślaniu tego, co we mnie najlepsze. Myślę, że jeśli każdy mógłby napisać książkę na temat poczynania i życia w pewnym sensie pod górę, umieściłby tam postać na miarę ideału siebie, do którego i tak całkiem daleko. I taką częścią mnie jest Konrad, a wiersze Bogdana Loebla, akuratnio wybrane przez pana Krzysztofa Myszkowskiego, przez niego zaśpiewane, uzupełniają pewne wewnętrzne rozdarcia, o których tak pięknie napisać nie potrafiłbym.

Tęsknota boli, tęsknota zabija mnie
Tęsknota boli, tęsknię do lat, do lat, do dni...
Kiedy w rzece pływał pstrąg,
gdy w jeziorze mieszkał rak,
Tęsknię do dni, w których trucizn nie niósł wiatr.
Zatruto nam powietrze, zatruto wodę i chleb,
Trucizna zabija na jawie, zabija nas we śnie
Zanurza ktoś skrzydła ptaków w ropie, którą w morze wlał
Na złoty piach, na plaży piach, na czysty brzeg
Na czysty kiedyś brzeg, na którym teraz kona ptak
Kto zmienił nas w robactwo co w padlinę zmienia świat.

Tęsknota boli, tęsknota zabija mnie
Tęsknota boli, tęsknię do lat, do lat, do dni...
Gdy kobiety strzegły tak tajemnicy swoich ciał,
Tęsknię do dni, które szły z naszych snów.
Kto okradł je z tajemnic?
Kto rozwiał domysłów mgły?
Kto strącił je z cokołów na jaskrawy dosłowności bruk?
Poćwiartowane ciała ich, sklepy mięsne, sterty mięs
Bierz co chcesz, pośladek, pierś, gładkie uda, płaski brzuch,
Jak na tacy wszystko masz,
Bierz, dotykaj, śliń i gnieć
W oczach kamer w świetle lamp.

Tak już będzie tu zawsze, wyzuci z uniesień kochania
orzą metodycznie, jak pługi głodną glebę
Tęsknota boli, tęsknota zabija mnie
Tęsknota boli, tęsknię do lat, minionych dni

I tak jest jakby ten świat ulepił rzeźbiarz bez rąk
I tak jest jakby ktoś miłość na skrzypcach grał nam bez strun.

Bogdan Loebl
Miałem tylko jedną twarz
I zacząłem mówić to, co myślałem
Moi wrogowie ignorowali mnie
Przestałem być dla nich niebezpieczny
Przyjaciele przechodzili obok
Zacząłem być dla nich niewygodny

Miałem tylko jedną twarz
I nie mogłem znaleźć drogi do domu

Próbowałem wrócić do jawy
Lecz sen był jak skrzydło cienia
Które zamiast unosić
Przyszywa do ziemi
Nie czułem smaku wędzidła
Pięcioletnie dziecko mogło mnie zabić

Pomyślałem, że to jednak realność
W którą udało mi się wejść po raz wtóry

Wszystko było czarne albo białe
"Nie" szło po lewej, "tak" po prawej stronie
Albo przeciwnie gdy się odwróciłem
Z przestrzeni pomiędzy "tak" i "nie"
Zniknęły "być może", "to zależy", "jeśli" i "w zasadzie"

Wybrałem "tak"
Przyrosło do mojego czoła
"Nie" skurczyło się
Ulgę poczułem i strach

Odwróciłem się na lewy bok
I znalazłem drogę do domu
Smak wędzidła przywrócił mi
Poczucie bezpieczeństwa
Spotykani przyjaciele udawali
Że absorbują ich moje sprawy

Miałem znowu dwie codzienne twarze
I spokojnie mogłem śnić, otrzeć czoło
Kiedy jeszcze twardo śpią wrogowie człowieka
A do drzwi domów zbliżają się
Jedynie kroki mleczarzy

Bogdan Loebl
...musiałem...

Już nie patrzysz przez moje źrenice,
Nie słuchasz moimi uszami.
Czuję jak kolejno unicestwiasz moje zmysły.
Cukier i sól mają teraz dla mnie jednakowy niesmak,
Promienie słońca pachną niczym zmierzch.
Bezradny patrzę jak wypala się lont naszego czasu.
Nikim, oprócz nas nie wstrząśnie
Eksplozja kończącego się dnia


Tylko w Tobie i we mnie zawalą się ulice miasta
I znowu porosną szronem obce, oswojone przez nas przedmioty
Ktoś będzie mówił coś do ciebie
Ktoś będzie mówił coś do mnie
I my także będziemy wymawiali słowa,
Które były tylko twoje i moje.
Będziemy patrzyli jak wykrwawiają się w nas powoli
Sierpniowe trawy i drzewa
Spojrzymy na nie jak na wypalający się lont.


Już właściwie nie ma mnie w tobie
A jednak ciążę ci przy każdym kroku
I światło chwytasz nadal w cztery dłonie.
Jutro lżejsza już wstaniesz lub lekka;
Zostanie w tobie tylko mój dotyk,
Nie zdołasz go z siebie wykarczować


Bezradny patrzę jak wypala się lont naszego czasu
Nikim, oprócz nas nie wstrząśnie
Eksplozja ostatniego dnia.

Bogdan Loebl
Wiem,
Spłynie na nas ten
narkotyczny spokój,
błękitny.
Będziemy chodzić w nim
jak zakochani
zaczadzeni miłością,
z wilgotnie rozświetlonymi oczami...
Będziemy zachwycać się tym wszystkim,
co dotychczas paraliżowało nam ruchy:
zasuszonym kwiatem w Biblii,
wyblakłymi fotografiami,
nagrobkami najbliższych o barwie popiołu,
osuwającym się czasem...
I z pogodnym uśmiechem
przekroczymy spokojnie
tę granicę,
za którą jest
owa wytęskniona Kraina
tak soczyście kolorowa
jak filmy amerykańskie w technikolorze;
ten raj, ten eden,
to inne życie.
Życie!

Jan Rybowicz
____________________

Zawsze taki wygadany w kwestiach swych uczuć. Wymowny, słownie zaradny. Ja, prowadzący własny styl wypowiedzi, zachwycający się naiwnie najprostszymi rzeczami. Dziś w ogromie szczęścia zrozumiałem, że moje własne słowa to za mało. I sięgnąłem po ten nieśmiertelny kawałek poezji Jana Rybowicza z lekkim wyrzutem sumienia, bo mam dziś to, na co biedaczyna czekał całe życie, i się nie doczekał. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że te "jaśkowe banki mydlane" poeta zostawił, aby co szczęśliwsi mogli się nimi wyrażać.

I brakło mi podszytych wiatrem słów. 
No bo się zakochałem...


"Nie leje łez na mroku próg... potężny jest mój Bóg"
Narkotyk głupoty,
najpotworniejszy narkotyk głupoty,
jakże upokarzająca bezsilność wobec głupoty
a z nią - zła.
Narkotyk dewocji,
przesiąknięty kadzidłem
narkotyk fanatyzmu,
te lśniące oczy
rozszerzone w przekonaniu
jedynej prawdy,
wyłączności...

Narkotyk władzy,
narkotyk kultu jednostki,
opium tyranii
- okrutni narkomani
odurzeni boskością...
Narkotyki chemii, narkomani destylacji,
alkoholizm, lekomania, uzależnienia,
te skrzywienia, perwersje, warius...
Narkotyk seksu, ta kobieca używka:
Eros, Eros, Eros
i wszystkie jego odbicia
w krzywych zwierciadłach pożądania...
Narkotyk nienawiści,
wrząca plazma nienawiści
niewidzialny laser
spalający wszystko,
wszystkich:
nienawidzacego
i jego ofiarę,
spalający siebie...
Narkomani zła,
chore bestie zła,
nienasycone gnomy
pożerające piękno
jak ciemność pochłania
dopalający się ogień,
ta wieczna fala mroku
goniąca uciekające słońce:
ciemne, zacięte twarze narkomanów zła,
wąskie przymrużone oczy,
zaciśnięte usta,
przewrotne myśli...
Bezsenni narkomani odwetu,
zemsty,
zastawiacze pułapek,
o których nie pamiętają,
ustawiacze setek, tysięcy zapadni,
w które sami wpadają...
Najkrócej działający narkotyk kłamstwa,
najpowszechniejszy,
niedoskonała proteza
najgorszej prawdy,
narkotyk przezroczysty jak tlen,
dostępny jak tlen,
jak tlen niezniszczalny...
Narkotyk chciwości:
więcej, więcej, więcej,
narkomanii o wspólnym nazwisku; "Daj",
uleczani przez śmierć...
Lecz także najpiękniejszy narkotyk miłości.
Narkotyk śmierci
- ochładzający gorączkę życia,
chłodny i lśniący jak szron...
I narkotyk druku,
pisania.
Narkotyk ksiąg,
silniejszy od miłości,
najwierniejszy,
dozgonny,
nieszkodliwy narkotyk liter...
narkotyk rozmów,
gadania,
które zatrzymuje czas,
natchnieni narkomani gadulstwa...
Narkotyk poznania,
niebezpieczny i obosieczny
narkotyk poznania,
nienasyceni narkomani szukania,
roztrzasania
i docierania do sedna,
które rozczarowuje...
Narkotyk pracy,
pozwalający zapomnieć narkotyk pracy,
narkomanie pracy i roboty,
usypiającej wrażliwości harówy,
radosny narkotyk tworzenia
i wariacki narkotyk
przemieszczania bez celu materii...
I narkotyk narkotyków - życie,
i narkomani życia - my wszyscy,
i wszystkie narkomanie...
Narkotyk nienazwany
i posiadający wszystkie nazwy,
niewidzialny i będący wszędzie,
obecny i poszukiwany,
za darmo,
kosztujący za dużo,
nie wiadomo, co to,
tu i tam,
obok,
tam gdzie nas nie ma
i gdzie jesteśmy,
i poezja,
i brak poezji,
religia i pogaństwo,
obłęd,
głód i przesyt,
ucieczki,
i powroty,
i znów być tam,
samobójstwa,
walka i pokój,
napięte sytuacje,
bezruch,
po prostu dzień i noc,
tęsknota,
wyłączenie się,
nagłe i nieoczekiwane włączenie,
radość,
smutek,
pogonie,
perpetuum mobile światła
bez którego wszechświat byłby tylko bagnem
bez początku i końca,
jeden jedyny świetlik tylko przez sekundę
w całej wieczności,
ciemności,
czerni,
mroku...
Narkotyk życia,
które łapiemy w garść
a kiedy rozwieramy palce
nie ma tam nic
jakby było wodą,
którą chcieliśmy zatrzymać i mieć,
tarcie,
łoskot kamiennej lawiny
bedący muzyką Boga
i uporządkowany
ludzki hałas muzyki,
geniusz Pendereckiego,
słuch absolutny...
Korodujący narkotyk życia,
rdza pracująca cicho jak światło...
A więc potem śmierć,
narkotyk śmierci,
narkotyk śmierci,
o którym nic nie wiem,
narkomani śmierci nic nie mówią,
strzegą zazdrośnie tajemnicy,
więc chyba także jest coś wart...
I wszystkie inne narkotyki
z tego wiersza
i spoza niego - życie!

Wiersz Jana Rybowicza godny zatrzymania się, pochylenia nad nim. A w ile narkomanii jesteś sam wplątany, człowieku?
Na urodziny dostałem kopertę
Pomyślałem z nadzieją, że może tam
Dwie połówki czyjegoś złamanego serca...

Nie.
To tylko brudny banknot.
Żadnego słowa.
Kilka bezładnie rzuconych liter.
Zapachniało powiewem jesieni
Z wiatrem zimnym uleciał słów sens
Tak być musi
Niczego nie mogą już zmienić
Brylanty na końcach twych rzęs
Tam, gdzie mieszkasz już biało od śniegu
Szklą się lodem jeziora i błota
Tak być musi
Już zmienić nie może niczego
Zaczajona w twych oczach tęsknota
Wróci wiosna, deszcz spłynie na drogi
Ciepłem słońca serca się ogrzeją
Tak być musi
Bo ciągle się tli w nas ogień
Wieczny ogień, który jest nadzieją

Jaskier, "Zapachniało jesienią"
Zapachniało powiewem jesieni
Z wiatrem zimnym uleciał słów sens
Tak być musi
Niczego nie mogą już zmienić
Brylanty na końcach twych rzęs
Tam, gdzie mieszkasz już biało od śniegu
Szklą się lodem jeziora i błota
Tak być musi
Już zmienić nie może niczego
Zaczajona w twych oczach tęsknota
Wróci wiosna, deszcz spłynie na drogi
Ciepłem słońca serca się ogrzeją
Tak być musi
Bo ciągle się tli w nas ogień
Wieczny ogień, który jest nadzieją

Jaskier, "Zapachniało jesienią"

I tak... cieszę się z jesieni. Choć moja przyszłość nie pewna, brakuje mi wczesnojesiennych barw. Bo są to barwy ciepłe. Ciepłe barwy w coraz zimniejszym wietrze. To taki prezent od jesieni, na pożegnanie lata.

Nie rozumiem dlaczego dla wielu poetów jesień była okresem kolejnej natchnionej deprechy, nostalgii, tudzież innych niemal metafizycznych stanów ducha. Czyż nie jest kojący kubek gorącej kawy po po powrocie do domu? Albo łyk herbatki z miodem? Ja to lubię, bo tak samo jak dość mam zimy tuż przed początkiem wiosny, tak samo przejadło mi się lato i jego komary, wakacyjna, wyjazdowa dieta, etc.

Tak, czy siak. Lepiej i barwniej wokół mnie.
We mnie - sepia i skale szarości.
Wróć.
Zainspirowany notką Pauliny, postanowiłem napisać coś od siebie. Napisać o Wojciechu Belonie. Dziś bowiem mija kolejna rocznica jego śmierci. No i co tu pisać. Przecież nie znałem go osobiście. Co więcej, urodziłem się dopiero trzy lata po jego śmierci. Ale mam teksty, mam śpiewnik, mam piosenki, wszystkiee jakie nagrał. Nawet te "najgorsze" jakościowo, te chwilowe, oficjalnie nie sprzedane. Mam też zdjęcia, wspomnienia, opowieści innych. I chwała Bogu - po dziś dzień istniejącą Bukowinę i inne zespoły, artystów, które istnieją dzięki niemu. Wszystko, co o Wojtku mógłbym tu przytaczać jest w jego piosenkach, bo w nich jest on sam i jego światopogląd.


Te piosenki znam od dziecka. Brat i siostra mieli taki stary magnetofon Unitra srebrny, potocznie zwany "nagrywaczem" (jak oglądaliście "Pręgi" to wiecie jak takie coś wygląda). W pokoju mojej siostry stała za szafą ruska gitara, a na półce leżał segregator z tekstami piosenek. I to były w większości piosenki Wolnej Grupy Bukowina. Byłem narażony na słuchanie takiej muzyki i chociaż niewiele z tego rozumiałem (miałem 4, albo 5 lat) podobał mi się dźwięk gitary. No i tak to się zaczęło. 


I nic się nawet nie kończy. Rok temu wraz z przyjaciółmi zagralismy koncert z łożony z jego piosenek, nagraliśmy go w charakterze pamiątki i dziś... dobrze mi będzie do niego wrócić. A i raz jeszcze posłuchać tych starych nagrań z taśm o mroku i smutku "Baru na stawach", barwach "Pejzaży harasymowiczowskich", czy historiach "Majstra Biedy", "Maestro Bezdomnego", "Cześka Piekarza", również o miłości "Kołysanka dla Joanny", "Między nami", także o przemijaniu, czy też może poczuciu zbliżającego się finału "Jakże blisko", "Przemijanie (śpiew dinków)", "Sprzysiężenie górskiego kamienia".


Na koniec tylko wiersz ten, który najbardziej zapada mi w pamięć, najbardziej do mnie przemawia i jest drogowskazem życiowym: "Sad".


  W moim mieście wyrąbali sady
 Ciągnące się szeroko hen aż po Zdrój
 W moim mieście wyrąbali sady
 Pachnące wiosenną zamiecią
 Lata owocem dojrzałym
  Sad

 W moim mieście wyrąbali sady
 I nieważne kto wyrąbał
 Ważny jest fakt
  Sad

 W moim mieście wyrąbali sady
 Z dawien zwane od ich właścicieli mian
 W moim mieście wyrąbali sady
 Jesiennym się dymem snujące
 I śniegiem jak ule w pasiece
  Sad
 W moim mieście wyrąbali sady
 I nieważne kto wyrąbał
 Ważny jest fakt
  Sad

 Nie pozostały nawet kikuty drzew
 Ni cień ani trawy
 Tylko pole które resztkę promieni żarło
 By wzrósł siew
 Tylko twarze domów twarze
 Wpatrzone oknami w miejsce gdzie trwał
 Obcy zupełnie im obcy świat
  Sad

 Kolejka od czwartej nad ranem
 Ten spod piątki jak zwykle pijany
 Że też żona na niego nie bluźni
 Ty na obiad jak zwykle się spóźnisz
 Dziecko spać chce balanga na górze
 Ileż można wytrzymać tak dłużej
 Ileż można wytrzymać tak dłużej
 Ileż można wytrzymać tak dłużej

 
 
 W naszym mieście wyrąbali sady
 Więc stwórzmy sad własny po horyzont aż
 W naszym mieście wyrąbali sady
 Więc spłodźmy go w znoju miłości
 Niech drzewa jak dzieci wnuki przyniosą nam
 Te niech płyną niech lecą
 Z nadzieją że gdzieś na nie czeka świat
 My zaś w oknach smutnych swych bloków
 Chusteczki podnieśmy by machać im w ślad

 W naszym mieście wyrąbali sady
 I nie ważne kto wyrąbał
 Bo ważny jest fakt
 Że w nas trwa
 Że w nas trwa
 Że w nas trwa
  SAD


Robisz dla innych wiele rzeczy

Sam zadowalasz się jedynie odbiciem gwiazd

W tafli uśpionego jeziora

Potem toniesz w nim, opadasz

Pragniesz osiągnąć dna

Z nadzieją, że znajdą się siły

Którymi odbijesz się ku górze

Dlaczego wszyscy ludzie mają zimne twarze? 
Dlaczego drążą w świetle ciemne korytarze? 
Dlaczego ciągle muszę biec nad samym skrajem? 
Dlaczego z mego głosu mało tak zostaje? 
Krzyczę, krzyczę, krzyczę, krzyczę wniebogłosy! 
A! Zatykam uszy swe! 
Smugi w powietrzu i mój bieg

Jak prądy niewidzialnych rzek 
Mój własny krzyk, mój własny krzyk ogłusza mnie! 
A! Zatykam uszy swe! 
Mój własny krzyk, mój własny krzyk ogłusza mnie! 

Kim jest ten człowiek, który ciągle za mną idzie? 
Zamknięte oczy ma i wszystko nimi widzi! 
Wiem, że on wie, że ja się strasznie jego boję, 
Wiem, że coś mówi, lecz zatkałam uszy swoje! 
Krzyczę, krzyczę, krzyczę, krzyczę wniebogłosy! 
A! czy ktoś zrozumie to? 
Nie kończy się ten straszny most 
I nic się nie tłumaczy wprost 
Wszystko ma drugie, trzecie, czwarte, piąte dno! 
A! czy ktoś zrozumie to? 
Wszystko ma drugie, trzecie, czwarte, piąte dno! 

Mowicie o mnie, że szalona, że szalona! 
Mówicie o mnie, ja to samo krzyczę o nas! 
I swoim krzykiem przez powietrze drążę drogę, 
Po ktorej wszyscy inni iść w milczeniu mogą... 
Krzyczę, krzyczę, krzyczę, krzyczę wniebogłosy! 
A! Ktoś chwyta, woła - stój! 
Lecz wiem, że już nadchodzi czas 
Gdy będzie musiał każdy z nas 
Uznać ten krzyk, ten krzyk, ten krzyk z mych niemych ust 
Za swój!!!


Jacek Kaczmarski - Krzyk


To wszystko, byś ściszył odbiorniki świata i wsłuchał się w siebie. Może być odkrywczo, niebezpiecznie, albo mrocznie. Zależy co takiego w Tobie siedzi. W każdym razie wciąż należy poznawać siebie od nowa. 

Nie ważne, jak będziesz
mnie gościć tego wieczoru.
I co zobaczysz w moich oczach.
Nie będę kłamał, ni ukrywał,
zrozumiesz o co chodzi.

Bez znaczenia mój niepokój
i twoja niezręczność.
Jednym spojrzeniem zamknę twoje
usta w połowie drogi do słowa.

Byś mnie tylko przytuliła,
w milczeniu spowodowała odpływ
choć to pełnia, na którą czekałem.
Na którą czekałem...

Zapomnij o słowach, gdy cisza powstaje
bym mógł zgłębić twą obecność
i kołysz me dreszcze.
Bym potrafił obudzić się ze snu...
Szukam na upartego w wielu twarzach, twarzy Boga. Bo to najważniejsze jest - ktoś tak powiedział. Widzieć Boga w drugiej osobie. Tylko po co szukać na upartego? Po co się wysilać i obraz boski układać z fragmentów mozaiki tych dobrych rzeczy, lepszych cech drugiej osoby? Wystarczy docenić prawdziwą obecność.

Najważniejsze jest

Najważniejsze jest,
że nieważne jest,
czy Bóg istnieje,
czy nie.

Samotni we wszechświecie,
szukamy przyjaciół.
Tak długo,
aż uwierzymy
w ich obecność
naprawdę.
Byłem dziś na koncercie Starego Dobrego Małżeństwo. Jak zawsze na ich koncercie w pewnym momencie ma się łzy w oczach. Nie wiem generalnie dlaczego, ale dziś uderzyła mnie już dość stara piosenka "Wolność", którą zagrali na bis. Tak jakoś drgnęła w moim sercu struna wspomnień, kilka zadr, które już na zawsze pozostaną znów miałem przed oczami. Ale to nic. "Wolność", za którą tak bardzo tęsknię. Pióra Jana Rybowicza, a jakże.


Wolność

Wolność to jest po prostu
brak krat
żelażnych.
Te kratyniewidzialne,
które są w nas,
są tam na zawsze !
Więzienie
to są stalowe kraty w oknach.
To jest stalowa siatka
rozpięta nad spacernikiem.
To są stalowe drzwi,
które dziurkę od klucza
mają tylko z jednej strony,tamtej.
Więc wolność to jet po prostu
brak kartżelaznych.
To są dwie dziurki od klucza
i dwa klucze,
jeden mój.
To jest niebo
nie uwięzione.
Nie trać z oczu
smutnej części piękna
nie zastąpiąnej nigdy
przez żadną radość.

Nie zatracaj się w fałszu,
w myśli, że błogość
w pojedynkę
istotą piękna jest.

Uschniesz po czasie
w radosnej euforii.
Gdy skreślisz smutek
nerwowo ścierając łzę.

Piękna nigdy bez smutku
nie będzie...
Nie marnuj łez
tych gorzkich zbieraj
bukłaki napełniaj.

Kiedy przyjdzie taka radość,
że aż uschniesz,
wychyl haust tej goryczy
i znów będzie dobrze.
II-2008

Słowa pewnej osoby zainspirowały mnie, by przelać zlepek moich myśli, jakie już w trakcie rozmowy mi się nasunęły. Albowiem niekiedy zaskakujący potrafi być w nas ból. Kiedy np. cierpimy w zawodzie miłosnym, prócz tego, że to bolesne, posiada swoje piękno. Inna osoba, bliski mi przyjaciel raz wyznał mi, że pewnego dnia przestał myśleć o tej, za którą skrycie tęskni i zrozumiał nagle, że brakuje mu tej tęsknoty. Tego bólu. Tak mi się zdaje, że taka tęsknota za bólem należy wyłącznie do kaskaderów. Tylko ludzie, którzy poznali smutek, jako integralną część piękna, a nawet szczęścia, są w stanie tęsknić do tegoż smutku. Człowiek przeciętny czuje się szczęśliwy tylko wtedy, kiedy jest mu dobrze, ale chodzi mu o dobro namacalne.
I znów będzie rybowiczowsko. Przeszukując ostatnio to moralne, to mniej moralne zasoby serwisu YouTube, postanowiłem wpisać w wyszukiwarce "stare dobre małżeństwo". Może ktoś coś z jakiegoś koncertu nowego wrzucił. Moją uwagę przykuł przepiękny utwór "Tryumf sprawiedliwości". O czymś, co nadejdzie. O czymś, co wsyzstkich uporządkuje. Oddzieli kozły od owiec, złych naznaczy i strąci. Dzień Sądu? Być może. Przeczytajcie ten tekst.

Tryumf sprawiedliwości

Sprawiedliwości nikt nie przyniesie,
ona przyjdzie sama, jak świt
Będą zdarte garnitury z tych,
na których wyglądają jak przebrania.
Nieukom sprawiedliwośc wyjmie z ręki pióro,
a włoży w nią miotłę,właściwe narzędzie.
Gadatliwi głupcy bedą kłaniac się z daleka
milczącym mędrcom,
tak jak być powinno
,a nie jest.
Kolory: czerwony i zielony, niebieski i żółty,
zostaną rozprowadzone we właściwych proporcjach
Takze kolor czarny i brunatny,takze szary i fiolet,
oraz biel,
bo żadnego nie może zabraknąć.
Kłamcom sprawiedliwość pomiesza zmysły:
już nie bedą rozróżniali prawdy i zmyślenia.
Złodzieje będą okradać się sami,nawzajem.
Mordercy wymordują się pomiędzy sobą.
Sto małych pomniczków
przetopi sie na jeden, ale Wielki.
Tak będzie, kiedy przyjdzie sprawiedliwość.
Przyjdzie sama, nie przyspieszymy tego
ani tego nie opóźnimy.
Przyjdzie sama nieunikniona jak świt.
Stół zaśnieżony światłem nocnej lampki
Na nim zapałki i paczka albańskich papierosów
Wysypisko popielniczki i opróżniona w jednej czwartej
Butelka olmeca tequila z papuzią etykietką,
złotymi rysunkami Inków.
Dobry list z krakowskiego pisma,
i nie groźny druk z prokuratury rejonowej,
maszerujący tytuł tygodnika "Solidarność"
z biało-czerwoną chorągiewką
niesioną przez N jak Nieznany,
jeden kieliszek do koniaku
teraz odpoczywający.

Namaluję później tę martwą naturę literami.
Maszyną do pisania, jak pędzlem - Martwa Natura.
Taki będzie tytuł tej martwej natury.

Dlaczego martwa?
Zastanawiam się teraz i wreszcie wiem!
Żeby było życie, trzeba drugiego człowieka.
Kobieta, mężczyzna - nie ważne,
tymczasem siedzę ciągle sam.
Malarz, który maluje maszyną do pisania
martwe natury.

Żeby było życie, trzeba drugiego człowieka.

J. Rybowicz
List czytam, odpisuję od razu
Tak mi wstyd, że słowa się jąkają
I nie potrafią przekrzyczeć papieru
Ale ufam, że wybaczysz, ufam
Pewnie powiesz, że nie masz czego
I że za mało w siebie wierzę
Że ten list jest taki ładny
Bo zrzuca mgły Avalonu
Bo usypia noce w Tobie...

Wiesz, kiedy myślę, wspominam
Nie wiem, czy dobrze pamiętam twarz
Twą chmurną, delikatną, letnią
A zbiera mi się na to wieczorem
I od razu zasypiam w Tobie
W ramionach wspomnień, niemych marzeń

I tak myślę, widząc zdjęcia
Jest tyle małych spraw, nieważnych
Tyle wiatraków, z którymi walczymy
I rzadko (z bólem przyznaję) mówię sobie
Że i tak mimo wszystko, mimo wojny
Mimo lęków, niepewności, jestem
Wierny, Twój wciąż
Dawid Zawadzki

---
Przeważnie nie publikuję wierszy na surowo, jednak dziś dostałem pewien impuls i musiałem tak zrobić.
Znów znalazłem wolną chwilę wczoraj wieczorem. Siadłem i wziąłem wiersz Rybowicza. Nie siedziałem i nie myślałem zbyt długo. Prosta, osobista refleksja na temat dorosłości. Oj, przepraszam - dojrzałości. Co pisze poeta? Że coś po drodze mu wypadło z głowy. Jakieś cele, które sobie postawił będąc w pełni sił. Może już wtedy zjadała go samotność, może chciał się "wyalienować", lekko odłączyć od świata ciągłego zabiegania, ciekawych wydarzeń i kolejnej wykopanej przez geniusza dziurze na księżycu. Kiedy człowiek robi się nadwrażliwy, kiedy jego uczucia stają się silniejsze od niego i go przytłaczają, wtedy gubi dojrzałość, która wedle stereotypów wynika z wieku i bagażu doświadczeń. Artysta jest podatny na utratę dojrzałości emocjonalnej. Być może dojrzały był jedynie przez dwa, trzy lata swego życia? A potem zaś zapomniał jak radzić sobie z cierpieniem i samotnością?

Dojrzałość

Miałem w życiu ważną misję do spełnienia.
Dziś już zapomniałem jaką.
Chciałem kiedyś napisać książkę mojego życia.
Dziś śmieję się z tego.
Nie interesuje mnie już kobieta,na którą oczekiwałem drżąc.
Jeśli zacznie się najcudowniejsze,
najbardziej frapujące,
jedyne w swoim rodzaju
widowisko świata - nie wołajcie mnie!

Nie budźcie mnie o świcie,
nie tęsknie za uroczymi wschodami słońca.
Podobno jutro będą witali kosmitów.
Jestem zbyt leniwy, aby pójść.
Powiedziałem księgarzom, aby nie odkładali dla mnie
najnowszych bestsellerów.
Jeśli zaprosi mnie królowa angielska,
usprawiedliwcie mnie czymkolwiek.

Trwanie, słodkie lenistwo
- oto najwyższa sztuka.
Jan Rybowicz. Zawsze, kiedy nurtują mnie trudne pytania dotyczące człowieczego życia, życia w którym mało jest chwil takich prawdziwie radosnych, z miłą chęcią sięgam po "Samokontrolę" tegoż Twórcy. Wyczytuję w niej rzeczy, które dzieją się wokół, a na które nie zwracam uwagi. I chodzi tu o pozornie błache i proste rzeczy, np. czy moja postawa ukazuje jakie mam samopoczucie. Janek (pozwolę sobie zdrobnić) już na początku "Samokontroli" opisuje szereg różnych postaw, które obserwuje u ludzi stojących wraz z nim na przystanku autobusowym. Co robi? Stara się wybrać którąś, która byłaby dlań wygodna. I co się okazuje? Żadna praktycznie nie jest. Za każdym razem czuje się dziwnie. Co dalej? Wsiada do autobusu, w którym panuje tłok. Tuli się do "przystojnej kobiety" hm... powiedzmy od tyłu, co powoduje u niego erekcję. Z kolei na niego od tyłu napiera jakiś pijany gość. Powiem Wam, że ja zastanawiam się nad takimi rzeczami częściej niż kiedyś i jak tak dłużej się zastanawiam nad nimi, zauważam, że faktycznie nie każda postawa jest całkowicie wygodna i nie pasuje do tego jak się czuję. Niby głupie... a jednak. Na samym końcu opowiadania, Janek wchodzi nareszcie do domu (podróż w autobusie była z pewnością dlań męcząca...) i zaczyna rozmawiać ze wszystkim. Z meblami, naczyniami... bo to tylko one czekają na niego w tym pustym i zimnym domu. Ktoś by powiedział, że to schizofremia. Czyli choroba. To trochę straszne. On choruje z samotności. Oczekując na kobietę. Tę jedną, jedyną. Choruje, bo pragnie kochać i być kochanym. Czekał na ukochaną naprawdę. A ona przyszła dopiero na końcu. Za wcześnie, oj za wcześnie. Koścista Kostucha. Dlaczego sięgam po to opowiadanie? Bo nawet ne wiecie, ile tych "dziwactw", które Janek wyprawiał, popełniam także ja. I jest fajnie, kiedy świr czyta Świra. Dlatego ta i kolejne moje notki będą moim obcowaniem z twórczością tego legendarnego, tragicznego, nadwrażliwego Poety. Trochę się podziele z Wami moimi refleksjami. Bądź, co bądź - czuję się z nią związany Czy Was też ruszają jego wyzniania miłości? Może jego słowo do Was już kiedyś trafiło? Napiszcie...

A ona cicha

A ona cicha jak zmierzchanie.
Snuje się wiotko przez pokoje.
Wargi różowe ma, wilgotne.
Jej twarz pochłania całe światło.

Hiszpańskie włosy, oczy szklane.
A ciało to bułeczka ciepła.
Czasami uśmiech mi przesyła
a wtedy staje w biegu serce.

Jest niepozorna, jakby wcale
.
Wypełnia pustkę jednocześnie.
Przyzywać ją można jak wspomnienie,
dobre wspomnienie, dobrych dni.

Potem zapomnieć, potem schować,
by móc wydobyć w każdej chwili.
Jak dobry wiersz, który jest w książce,
która jest w mojej biblioteczce.

A nocą się zasłania snem,
jest niewidoczna, aż do dnia.
Ale dzień wstaje, ona wraz z nim.
I jest w nim aż do nocy znów.

W mych snach jej nie ma.
Czemu, nie wiem.
Może dlatego nie chce być,
by nie przeszkadzać. Cicha tak.

Może dlatego nie chce być, by nie przeszkadzać. Cicha tak.
Piękne.
Po prostu piękne