"GDYBY TAK POWIAŁO ZDROWO...
TO BYM JESZCZE RAZ POFRUNĄŁ..."

Ostatnie wpisy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą od rzeczy do rzeczy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą od rzeczy do rzeczy. Pokaż wszystkie posty


   Odwiedził mnie Miro, kiedy wracałem z kilkuletniej włóczęgi do miasta. Skończyłem opisywanie miast samymi literami, choć jeszcze nikt nie zarzucił mi zżynki tego procederu z Dostojewskiego. Staliśmy tak z Mirem na uboczu dworca komunikacji miejskiej i gadaliśmy tak, jak dawniej. Czyli jak chore, odrealnione pojeby. Maski wrosły w nasze twarze na tyle, że możemy już z czystym sumieniem szeptać, mówić i wrzeszczeć, nie być i być w pełni sobą. To, o co zahaczył Miro w rozmowie było kompletnie w jego stylu, a mi nawet po kilkuletniej rozłące z miastem, ciągle przechodziło mimochodem, choć istotnie ciekawe.
    - Nie ogarniam. Kojarzysz to miejsce spotkań z Krwi Elfów? Tam, gdzie Jaskier śpiewał, a potem na temat jego ballady wzburzyła się płomienna rozmowa? - Zaczął.
    - Ten prastary Dąb? Miejsce przyjaźni, czy jakoś tak.
    - Taa. Tu jest podobnie, tylko nikt z nikim nie rozmawia.
    - Serio? - Rozejrzałem się po chcących odjechać na złomowisko peronach.
    - Tam był druid, kupcy, elfia arystokracja, krasnoludy kowale, herbowi rycerze, starzy, młodzi...
    - Dobra, kumam. A tu masz dziada, dziada, menela, cwaniaka, dresa, cwaniaka, kobitę z wąsem, dziewczynę z wąsem, ciawusa, ciawuskę, kobitę z wąsem, pedała, pedała z koprem i studentkę ubraną w zbiorowy gwałt wzrokiem dresa, menela, cwaniaka i ciawusa. A nie. Ciawus udaje, że udaje, bo ciawuska może mu przypierdolić.
    - Tylko ogniska brakuje, dlatego nic ich nie łączy. Ogniska mają moc wiążącą.
    - Cóż... jest koksownik. Ale nikt się przy nim nie grzeje, bo nikt nie chce być w sąsiedztwie reszty. Tu strefa komfortu ogranicza się do pięciu kostek brukowych.
    - A Ty?
    - Co, ja? Jestem jednym z nich. Pełen własnego, niepodzielnego zadowolenia i podzielnej niechęci wzajemnej. To łączy nas wszystkich w Bytomiu.
    - Ale się cyniczny zrobiłeś w tych Bieszczadach. Gdzie Twoje skrzydła? Serce na dłoni, dusza na ramieniu i trzecia ręka przewieszona przez plecy?
    - Spaliłem rękę, kiedy było mi zimno. Długo się paliła. Mahoń długo się pali.
    - Weź przestań. Ale jedno mnie nurtuje. - Mira nurtowała oczywistość. Jak zwykle. - Ci ludzie z pamięci wiedzą, o której co i gdzie odjeżdża? Żadnych rozkładów, czy numerów linii...
    - W większości tak, a reszta, co jeździ sporadycznie, rozgląda się po ludziach.
    - Cholernie bogaty przekrój osobowości.
    - To jest tak. Jak biednieje miasto, wzbogaca się przekrój, jak to psychologicznie ująłeś, osobowości. Nie ma pieniędzy na remonty domów, areszty pęcznieją od ciągnących na lewo prąd, a ciawusy pomagają w likwidacji zwłok przemysłu. Idzie im to sprawniej, choć nie mają dźwigu i maszyn ciężkich, a dwukółki i żyłkę do interesów. Jest jeszcze kilka mechanizmów, ale nie o wszystkich wiem. I teraz stoisz tu ze mną i możesz odgadywać. Jeśli tu mieszkasz, to wiesz. Tamta grupa starych ludzi czeka na 42. Jedzie przez wiochę, a tam głównie starzy żyją swoimi parafialnymi obowiązkami. Obok tej grupy stoi całkiem zwyczajny pacjent i gdyby miał więcej chodnika, stałby dalej. Ten busik jedzie do Będzina, za granicę. Wiesz... Zagłębie, to nie Śląsk. Obok stoi wiekowa mieszanka i trochę studentów. Wszyscy wyglądają inaczej. Też jadą za granicę, do Sosnowca. Tam, gdzie to mrowie licealistów i gimby jest przystanek 623. Jadą do Miechowic. Jest ich tylu, że jadą turami, a ten bus jeździ co kilka minut. Tu, najbliżej nas, gdzie widzisz gwałconą wzrokiem studentkę i kilkunastu eunuchów, czeka się na 820, względnie 830. Jadą do Katowic. Te busy mają najmłodszą załogę.
    - Skąd wiesz, że to eunuchy? - Niepotrzebne pytanie, bo Miro na pewno domyślał się mojej chorej odpowiedzi.
    - Bo noszą rurki. Narzędzi nie pomieścisz.
    - A tam na skraju?
   - Szombierki, Bobrek, Karb, Halemba. 146 i parę innych busów. Widzisz, chłopy z roszczeniowymi mordami i wąsate kobity. Wypisz, wymaluj mieszkańcy górniczych kolonii. Emerytowani górnicy, którym mało i szukają roboty na stróżówkach i sieciach ochroniarskich.
    - Przecież ten tam ledwo się o laskę opiera. Jaki ochroniarz?!
    - Widzisz, to jest dodatkowy atut. Laska wyraża więcej, niż pięć języków obcych.
    - Nabijasz się...
    - Nie. Laska znaczy "ćwierć etatu, 4zł za godzinę netto". To więcej warte, niż młody, bitny chłopak po szkoleniu z ambicjami na co najmniej najniższą krajową i pełen etat.
    - Paranoja. - Miro poddał się.
    - Nie mów tak. Nie wypada. Każdy ma swój ekosystem i jakąś estymę.
    - Co to za estyma? Z takimi ludźmi ma być dobrze w tym mieście? Przecież to cwaniaki, roszczeniowe mendy, złodzieje i...
    - I problem w tym, że cwaniactwo z góry traktujesz jako wadę. Mówiłem o bogactwie osobowości. I dodam, że nie widziałem dotąd miasta mogącego się porównywalnym bogactwem pochwalić. Wszędzie widoczni ludzie żyją od linijki, są poukładani, wyrośnięci i zdziczali w swoim oswojeniu. Tutaj nie. Tu się w ludziach budzą takie instynkty i determinacje, że aż miło popatrzeć. Ja się ich czasem boję. Rzuciłbyś paru takim po milionie złotych, mówiąc, że mają tym hajsem poobracać jak chcą, gdzie chcą, że nie istnieją teraz urzędy, podatki, działalności, czy formularze, a już nigdy nie zobaczyłbyś na oczy obdartusa. Jasne, byliby też tacy, którzy by to przepili, ale oni nie istnieją naprawdę. To zlewy, które są w bogatych i biednych miastach. Wszędzie odsunięci za margines. Dlatego ich się nie liczy.
    - I jak niby obracaliby takim kapitałem?
    - Nigdy się nie dowiesz. Po prostu by mieli więcej i więcej. Wystarczyłoby tylko pozwolić im zarabiać zgodnie z własnym sumieniem.
Miro westchnął niepewny swojego podziwu, zdumienia, czy pogardy.
    - I Tobie się tu chciało wracać?
    - No... - wziąłem głęboki, smogowy wdech -... nigdzie indziej nie nauczą mnie żyć obserwacje. Jeżeli chcesz uczyć się życia, najlepiej to zrobisz bytując gdzieś wewnątrz tego, jak to pięknie psychologicznie ująłeś, przekroju społecznego.


...wypada też składać życzenia urodzinowe, świąteczne, na Nowy Rok. Wypada też nie mówić pewnych rzeczy w towarzystwie, ani nazywać murzynów murzynami. A nie. Tego NIE WOLNO robić. Ale taki jestem przekorny i zły, że nie robię zwykle tego, co wypada.

Ile to już czytałeś takich powitań? W dodatku, jak widzisz - na bloggerze, z którego kpią ci profesjonalni blogerzy? Mieć bloga na googlowskim bloggerze urąga wszak godności.

Cztery lata minęły od ostatniego wpisu. I co to było? Aha... fragment mojej powieści, jakością dorównującej "Admiralette". Postanowiłem powrócić, bo swędzą mnie ręce od nie pisania. Było po drodze kilka blogów na swojej domenie, ale padły, bo nie płaciłem za serwer. Płacenie zmusza do profesjonalizmu i jakiejś systematyczności. Powróciłem tutaj, bo... w sumie zatęskniłem za postacią Konrada, a ten blog to jedyny już nośnik historii o nim. Czytam te stare wypociny i muszę przyznać, że szacun dla mnie, że mi się chciało. Te opowiadania miałyby potencjał. Taki bieszczadzki steam punk. Może kiedyś do tego wrócę. Ale dobra. Po tak długiej przerwie, bogatszy o życiowe doświadczenie, muszę niejako zacząć od nowa, no to przywitam się. Jak na blogera z platformy Google przystało. To tak:

Hejka w moim świecie. To taki mój pamiętniczek. Nie przedstawię się z imienia i nazwiska. Bo chcę tego, no, ten... być bardziej tajemniczy. Tytuł bloga to nie jest wbrew pozorom pusta dekadencja z domieszką introwersji. Po prostu czuję, że trochę nie pasuję do panującego świata. Meh... świat nie może panować. No to do panujących popkulturowych obyczajów. Pozostanę zatem anonimowy, a tu będę wrzucał moje chaotyczne, niespokojne i niedojebane myśli. Przemyślenia, refleksje... i inne ciekawe rzeczy z życia takiej ameby umysłowej jak ja. Możesz mnie obserwować, a kto wie, może i ja Ciebie zaobserwuję? Follow za follow? Sub za sub? 10 za 10? Loda za dżinsy? Czy jakoś tak? Trzeba się wspierać, 4eva noł hejt, stop mowie nienawiści, stop stopom i wszystkie dobro ponad podziałami. Zostań na dłużej, a pokażę Ci zajebiście.

No to zacząłem na pełnej kurwie, skończę na Saszy Grej. Pierwszy, obowiązkowy, kanoniczny i kardynalny post został napisany. Teraz nic, tylko pokazywać swoją pedalską wrażliwość w kolejnych postach. Odpedalanie wrażliwości ku pokrzepieniu serc gnojonym w szkołach rudym prawiczkom i ku wkurzaniu JPowców, chawudepowców, KODowców,

Pogarda prostactwa, cepowstwa rozpoczęta na dobre.
   Przyszła do Niego nad ranem. 
   Sfrunęła z niknącej fali łagodnego księżyca, zalewającej srebrem pół izby. A On wtedy westchnął głośno przez sen. Wszystko było jak dawniej - powiała myślą. Baldachim majestatycznie zakołysał się. Jego nie obudziło nic. Drobiła wdzięcznymi kroczkami w stronę posłania, niczym Pani Przestrzeni i Czasu, Pani Pływów, Obłoków i Pani Pogody. Pani wszystkiego, co było Mu dane poznać. Jak z naręczem całej czułości świata, przyfrunęła bliżej na dłoniach dzierżąc aury z odległych Czasów i Przestrzeni. Rozsunęła szeroko woal baldachimu, zimno pragnąc widoku oczu, które właśnie odpoczywają. Otulone błogim sklepieniem nokturnu bezpieczeństwa, w którym wszystko gdy śpi staje się jednako niewinne, detale Jego twarzy mogłyby ją widzieć przez zamknięte powieki. Ale On spał. Dama Nocy i Pani Wszystkiego Co Poznane przysiadła przy Nim. Najbielsze, ale nie trupio blade dłonie ułożyła na zgrabnych udach. W tym momencie najchłodniejsze pragnienie sycenia Jego obecnością, zapulsowało ciepłem. Ciepłem nie grzejącym, nie rozkosznie otulającym dwoje kochanków pod jednym kocem, a tym rodzajem ciepła, którego było za mało na spokój, a wystarczająco, by przypomnieć. Błękitne i zimne oczy Pani, wolno wędrowały teraz w stronę tych części ciała Jego, które pamiętały fałszywe ciepło Jej dłoni. Pozłociła się szyja, ramiona, również dłonie. Słabo rozjaśniły się krucze włosy, przekomicznie pożółkły policzki.
   Teraz Pani wyszeptała zaklęcie. Jej szept spłoszył koloryt złego ciepła. I od tej chwili On uwolni każdy swój dotyk od pamięci o Pani Wszystkiego Co Poznał. Błękitne i złe oczy zamknęły się ponownie, kiedy na zmysłowych ustach Tej zmaterializowały się ciasno i pieczołowicie skupione miniaturki lodowych diamentów. I otworzyła oczy ponownie. Oczy srebrne tym razem, jak zdradliwa strużka rtęci. Powoli powędrowały na Jego usta. Mocno ścięte mrozem, zaśnieżone, oblodzone. Jednak Jej okruchy lodu nie topniały, a Jego wargi naraz zwilgotniały od topniejącego śniegu. I od tej chwili każde Jego słowo będzie wolne od brzemienia zdradliwych słów Zimnej Pani.
   Powoli wsunęła ponętne ciało na posłanie. Bezszelestnie położyła się przy Nim, nie odrywając wzroku od spływającej Mu z ust przeszłości. Nie śpieszyło jej się już nigdzie. Był ostatnim, któremu musiała oddać zwyczajność.
   Żałośnie zadrżały usta Pani trącane bodźcami łez. Ona płakała. Płakała tak pięknie i z taką klasą, z którą nie płakała i nie będzie płakać nigdy żadna kobieta. I niemal widziała przez wiotką koszulę i klatkę piersiową, Jego serce spokojnie bijące do spokojnego snu. Na pozór spokojne. Łzy zaczęły mówić za Nią. Przecież tak naprawdę nie zapełnię takiej luki. Och, takim karcącym widokiem jest serce Nikogo. Bije, bo taki ma nawyk. Palącym widokiem jest Nikt z biednym sercem, które nie wie po co ma bić. Nie zdołam wyleczyć tego. Nie tak. I nie tu. On nie zasłużył, by być Nikim.
   I nic więcej Pani zrobić nie mogła. Na dłoni pozostała Jej tylko jesień. Zawahała się. Nie. Jednak nie. Tego oddać mu jeszcze nie mogę. Zasłużył na długą odwilż, a nie na kolejne chłody obumierania - pomyślała zwiewnie. Białą, jak pierwszy grudniowy śnieg dłonią pogłaskała Jego ciepły policzek. Gdyby ją widział, powiedziałby, że to ten rodzaj ciepła, który kojarzy się z przeprosinami. Ale spał. Nie zniosłaby Jego otwartych, głębokich, powściągliwych oczu.
   Kim właściwie była? 
   Panią Wszystkiego Co Poznał, Jego przeszłością. Zapewne pragnieniem teraźniejszości, o której zdążył zapomnieć mimochodem. Była uosobieniem Banału i Łatwości. Kochaną fantazją w dobrych momentach. Śniegową zaspą, kiedy noc wstawała zdradliwa. Ona bywała jak ulotna chwila, w której miał okazję widzieć Utopię, samotną wyspę osłoniętą przed falami. Była jak dłoń, której nie było, kiedy tonął i rozpaczliwie wyglądał pomocy z głębi. Ona, to niegdyś odzwierciedlenie pokoju euforii i brakującej nadziei pośród wojny ginącego czasu. A Nim wypełniała chętki najprostsze, najbardziej prozaiczne. Tak dużo słów dla Niego miała oznajmiających przeznaczenie. Słowa pełne metafizyki. Gesty metawerbalne. Metapsychiczna zachłanność i żądza. I dalej słowa. Słowa zapewniające. Słowa obiecujące. Słowa dojrzałe... to znaczy bez głębi znaczeń. Powinna Mu zasiać wiele nasion w tym bijącym teraz bez przekonania sercu. Zasiała Mu same chwasty. I dlatego dziś przyfrunęła je wyplenić.
   Myśli o tym, co wyrządziła Jemu jednak nie tak trudno przyszło przegryźć, mimo goryczy okropnej. Najgorsza myśl skupiała to, czego oczekiwała od Niego.
   By zawsze stał blisko.
   A milczał z daleka.
   Zamknięcie. Wyłączność.
   Zrozumiała. Zabolało. Pani Wszystkiego Co Poznał ma błękitne serce i złe. Ale nie byłoby świadomości zła, bez świadomości "przepraszam". I nigdy już Ona nie będzie czuć się dobrze. Bo nawet teraz przepraszając, lecząc Jego pamięć uczyniła to w podświadomości. Ze strachu wybrała sen. Tych niewidocznych spod powiek głębokich oczu nie trwoży się. Nie ma niepewnych gestów z Jego strony, bo ciało odpoczywa w bezpieczeństwie kończącego się już nokturnu. Pewnie zabiłby Ją wyrzutem. Drasnąłby ostrym jak sztylet głosem. Nie wiedząc co począć z kończynami, uderzyłby pięścią w stół. Ale nie zrobi tego, bo śpi. I tak w niepełnym szczęściu Dama Nocy odejdzie bez słowa więcej. Do końca swych dni niewyraźna, wiecznie już bez szczerego uśmiechu ze świadomością, że oczy, serce i ciało Jego zapomną o tamtej przeszłości raz na zawsze, nie widząc materii sprawczej owego zapomnienia. Jakby to się w ogóle nie wydarzyło. Chociaż może lekki sen pozwolił Jej przeniknąć wgłąb obrazów Śniącego z nadzieją, że przynajmniej zapamięta Ją ze snu.
   To metafizyka - pomyśli. 
   Pani będzie smutna, bo chciałaby, żeby chociaż boleśnie i nieprzyjemnie, znał Ją, jako namacalną materię z przeszłości. Tymczasem będzie tylko metafizyką. 
   Może kiedyś się jeszcze miną. A jej cierniem i zadrą na sercu będzie to, że nawet nie zwróci uwagi na teraz już Obcą, obejmując w spacerze tą lepszą, która będzie metafizyką szczerości zamkniętą w doskonałym dla Niego ciele.
z pamiętnika Konrada

Dorastaliśmy razem na dachach czynszówek na naszym szarym osiedlu. Przy ulicznych koleinach, raz na tydzień strzyżonych trawnikach, raz do roku kwitnących krwisto jarzębinach. Okupowały krwią początek jesieni i wieszczyły, że znów powrócą w chlebakach wałówki do szkoły. Tak chcieliśmy być dorośli, by mieć na wszystko czas i móc rozmawiać jak dorośli. Biegaliśmy, ciesząc się z każdej w parku kałuży i przemoczonych skarpetek. A szlabany na podwórko zabijaliśmy siedząc przed ekranami gier video w tęsknocie za domkiem na drzewie, który wspólnie czy w słońce, czy deszcz budowaliśmy. 

Aleśmy zdziadzieli mój kochany przyjacielu. Mamy naszą dorosłość przedwczesną, konta w bankach, plastikowe tożsamości i czipowskie ubezpieczenia. Pierwsze siwki na głowie, smołę w płucach, co miesięczną wypłatę, prawa jazdy i miny zbuntowanych przez nieudolną politykę Ojczyzny. Po pracy czas na odpoczynek. Domek na drzewie zamieniliśmy na piwo parkowe, dach bloku na najwyższe piętro w galerii handlowej, a jarzębinowe proce na dziurawe kieszenie. Miasto na góry, gry wideo na gitarę, szarą kartkę i długopis. Możemy, czego nie mogliśmy wcześniej. Możemy rozmawiać jak dorośli, ale tu jest barykada, którą nie wiadomo kiedy przeskoczymy. Nie umiemy nic, co z dorosłą rozmową się wiąże. Nie patrzymy sobie w oczy i przede wszystkim nie rozmawiamy o nas, ale o tej całej chorej otoczce. O muzyce, o fasoli na obiad, o wyższości kotów nad psami, margaryny nad masłem, tuńczyka nad makrelą.

Tyle, wydawało mi się, powiedziałem na poprzednich kartkach mądrości tabu, na tematy duszy i wrażliwości. A tak naprawdę jestem Zjawą nie lepszą od tamtych i nawet nie mam świadomości, jak bezrozumnie wydmuchuję słowa, by w konsekwencji zaklikać się na śmierć.

Twoje słowa głupcze będą cię kiedyś sądzić...
Jan Rybowicz
Wstecz.
Pomruczał ojciec coś pod nosem. Wszedłem wtedy do pokoju, a jak mnie zobaczył od razu powiedział - patrz synu, ci panowie za tym drewnianym biurkiem z dwoma mikrofonami (miał na myśli mównicę sejmową) to są politycy. Czyli złodzjeje i kłamcy. Pamiętaj.

Od tamtej pory pierwsze co przychodzi mi na myśl, kiedy widzę polityka, mam w głowie najobelżywsze epitety. Bo tak mi powiedział tata w dzieciństwie, a ja się go słuchałem, bo się go bałem.

Pewnego dnia spytałem dlaczego ludzie niszczą przystanki autobusowe. Odpowiedział mi wtedy, że to panki i wandale z domu dziecka. Pamiętaj synu w domu dziecka mieszkają niegrzeczne dzieci. Bądź grzeczny, bo przyjedzie po ciebie czarna wołga i cię zabierze.

Od tamtej pory papierki na dworze zawsze wyrzucałem do śmietnika, leżące na ziemi podnosiłem i także wyrzucałem. Bo chciałem być grzeczny. Bo sie bałem taty. I czarnej wołgi.

Kiedy w Bytomiu był obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, patrząc na niego, wydawało mi się, że Maryja ma smutne oczy. Spytałem taty, dlaczego ma smutne oczy. Tata przerwał odważny śpiew "Z dawna Polski...", ścisnął moje ramię mocno i odpowiedział - Bo wczoraj wyrzuciłeś chleb do śmietnika gówniarzu i dalej śpiewał "...swe Królestwo weź pod rękę..."

Od tamtej pory jak nie mogłem już czegoś zjeść, pakowałem do worka i od razu wyrzucałem do zsypu. Maryi się nie bałem, ale jak tata mówił "gówniarzu", to tego się bardzo bałem.

Kiedyś tata obiecał, że zabierze mnie do Wesołego Miasteczka w Chorzowie. Cieszyłem się jak mało kto. Ale nie wiedziałem, że jak ktoś jest pijany, to obiecuje prawie wszystko, a jak wytrzeźwieje na drugi dzień, to nic nie pamięta. Jak następnego dnia przybiegłem do pokoju obudzić tatę i spytałem czy dziś pojedziemy, powiedział, żebym się odwalił. Zrozumiałem, że był wtedy pijany, musiałem się wstydzić kiedy wracaliśmy do domu z działki i mijaliśmy szykownych sąsiadów. Kiedy wytrzeźwiał powiedział, że już nigdy nie będzie pił. Mówił to z resztą przez kolejnych kilkanaście lat.

Od tamtej pory przestałem się bawić na działce i zapomniałem jak ona w ogóle wygląda. Bałem się, że podczas któregoś pijanego powrotu nie utrzymam taty i wpadnie pod auto.

Kiedy koszmary przestały mi się śnić, spytałem taty, dlaczego bił mamę trzepaczkę do dywanów przy mnie. Bo mama chciała się całowaćz innym panem i była pijana - odpowiedział. Popatrzył na mnie przeraźliwie poważnie i dodał jeszcze, zapewne sądząc że nie zrozumię i zapomnę - takie są baby. Dlatego trzeba je palnąć, by rozum z pizdy wrócił im do łbów.

Nie rozumiałem, fakt. Ale nie zapomniałem. Pamiętałem, aż zrozumiałem. Od tamtej pory drzemie we mnie ojczyna chęć zemsty. Od tamtej pory sprawia mi ulgę, gdy odchodzi ode mnie zraniona kobieta.
Ja, niżej krwią, potem, paznokciem podpisany, deklamuję tobie, co następuje:

W dniu przesilenia, ostatniego dnia pierwszego na planecie My, zabrzmiał mi *asty raz gniewnie zniercierpliwiony afrodyzjak spojrzenia. W oczach zderzyły się planety, opuszkami palców przepłynął na mnie wysoko stężony dreszcz (ze sto woltów miał), ekranowane solidnie akustyczne fale z domieszką ciepłego westchnienia poderwały zakurzoną strunę bytu mego do drgań. Zapaliło się. Wszystko sie paliło. Płomienne skwarności trawiły zapach alkoholu, spalały się w powietrzu drobiny zmąconego ze struny kurzu, nikły jak małe iskierki, odzwierciedlało to głębokie w transie przedziwnym jezioro. A potem utonęło. Jezioro. Uschło. Popiół i kałuże. Tak w najśmielszym głosie rozsądku zabrzmiały słowa...

...że zdarzył się Ten Jedyny Raz, by nie mógł zdarzyć się nigdy więcej.

Upłynie w tej dolinie wiele dni
Utonie wiele gwiazd
Zatraci się w kosmosie My
Znów będę sklejał skrzydła nad zdemolowany świat
Jakże wielu z nas przez swą nieśmiałość zaledwie marzy o Smaku Niepoznanym. Niedostępność absorbuje każdy odruch dążący do odkrycia go. Niedostępność zbudowana na silnym pragnieniu bycia niezależnym potrafi na swój sposób fascynować. Fascynujące przeświadczenie w słowach - nie poznasz mnie, nie chcę tego, postrzegaj mnie jako tajemnicę. Zajdź w głowę nad moją skomplikowaną osobowością. Nie wiesz co kryją te niepewne jak ocean oczy. Co tam w sercu. Nazwij mnie chorobliwie powściągliwym. Permanentnie zamkniętym. Wytrwaj we mnie idącym w zaparte, że nikt, zupełnie nikt tak naprawdę nic o mnie nie wie. Rozzłość się proszę, spoliczkuj wściekłością żem uparty i zamknięty. Potem już nie będziesz wiedziała z jaką pasją okopałem się przed tobą Niepoznana, nawet nie zauważysz jak się do mnie zbliżysz, a odwrócony wzrok nie zauważy, że we mnie dostrzegłby wszystko. Właśnie w tej chwili, miałabyś mnie całego. Nic z tego nie rozumiesz? Dlaczego więc mimo odwróconego wzroku wciąż tu jesteś. Dziwne, ale wiem dlaczego. Taki we mnie wewnętrzny brak mocuje się z moją niezależnością, że aż to widoczne. Dwa przeciwne bieguny, a ty stanęłaś pomiędzy nimi. I wciąż nie znam. Cię.
Nadziei brakowało mi...
I kilku chwil. Kilku dobrych chwil.
A może to niepotrzebne słowa.
Kobiecość to najlepszy narkotyk.
Uwielbiam towarszystwi kobiet, ich wrażliwość.
Kuba Wojewódzki

Jako istota rodzaju męskiego, człowieczy samiec, jak każde inne zwierzę mam w swój łańcuch genetyczny wpisane instynkty wszelakie, skłonność ku popędom, przeróżne szablony zachowań w losowych sytuacjach i tego typu biologiczne niuanse. Nie znam się na tym wszystkim i nie dociekam jak to działa, wiem tyle że samcze popędy posiada każdy osobnik rodzaju męskiego, bez względu na gatunek, rodzinę... itd. etc.

Szept radości na widok kobiecej, pogodnej twarzy, pogodnych oczach. Cień empatii na widok twarzy bez radości, oczu przepełnionych smutkiem spoglądających niepewnie pod nogi. Kobiecość ujarzmia mnie za każdym razem, kiedy kobieta mówi do mnie śpiewnym głosem, a jej skłonność do obrazowego podkreślania radości, jak to robi dziecko, w słownych zdrobnieniach, swoistych gestach, przełamuje każdy mój osobisty mur, jaki każdego dnia wznoszę wokół siebie. Uwielbiam kobiecy zapach, delikatny, który nie narzuca się zbytnio, a uchyla jedynie rąbka tajemnicy... jaka ona jest. Te zwiewne sukienki w lato, te zmarnięte policzki w zimie, przysłonięte przed mrozem usta. Dwie, albo trzy kobiety pogrążone w radosnej rozmowie, wieszające psy na mrokach dzisiejszego dnia i opiewające każdą promienną chwilę w ciągu niego. Kobiety w strojach dystyngowanych, wełniane płaszcze w zimę, kozaczki, a w rękach ekoligiczne torby z zakupami. W końcu jej przepiękne symbole w sztuce, jej podkreślone wdzięki w wyszukanych słowach... prozaicznie ich troska dla codziennie najbliższych. I wszystka kobiecość, której nie doświadczam.

I wszystka codzienność, następująca co tydzień lub dwa. I otwarte na kobiecość oczy każdego dnia.. to czyni mnie kimś więcej nad posiadacza zmysłów i instynktów, popędów samca. Męskość, której nie posiada żaden inny gatunek na świecie. Tylko człowiek.
Może nam brakuje siebie,
Może tego wina smak,
Może twoich oczu turkus,
Może nie wiem jak, chyba tak
Może kiedyś cię rozbawię,
Może dasz mi jakiś znak,
Może zmoczysz usta w kawie,
Może cały świat mówi tak

Tylko to że ciebie nie ma, tylko to że jesteś snem, tylko to że muszę odejść,

tylko to, że nie ma mnie…

Może kiedyś cię zawołam,

Może przyjdzie taki dzień,
Rozwiniemy żagle w łodzi,
Odpłyniemy stąd, odnajdziemy się,
Może znów do siebie mówię,
Może ja to już nie ja,
Może jestem romantykiem,
Może cały świat mówi tak 


K. Łebski
Wypłukać, oczyścić się z dobra tak łatwo przychodzi. Gorzej, kiedy konieczny jest detoks. Detoks z góry kojarzy się z czymś negatywnym. Detoksykuje się narkomanów, alkoholików i inne uzależnienia od przeróżnych brudnych materii. A ktoś może słyszał o odwyku od toksycznej miłości? Miłości... (powiedzmy, zgoła pojęcie uogólnia dziś czterdziestoletni związek z poimprezowym seksem). Tego tak się nie określa, bo stereotypy uczą inaczej, a ich oddziaływanie jest olbrzymie. Jednak kogo one obchodzą, jeśli osiąga się dokładnie ten sam cel? Pozbyć się. Czegoś. Kogoś. Czegoś do kogoś.

Detoksykacja - (z ang. detoxification: usuwanie toksyn) – potoczna nazwa sposobu leczenia uzależnień, polegającego na nagłym odstawieniu substancji, od której dana osoba jest uzależniona, połączonym z terapią farmakologiczną i/lub psychologiczną. Seria zabiegów bolesnych, fala uderzeniowa zmasowanej realnej rzeczywistości na umysł pacjenta. Groźne dla przypadłości antyciała bezkompromisowo niszczą dotychczasowe perspektywy. Plany i marzenia. Detoksykacja powoduje permanentne pozbycie się substancji szkodliwych. Jej inicjacja bywa gwałtowna, ale po dłuższej chwili spokoju. Jakby przyzwolenia na "ostatni raz". Choć potem jest wyłącznie zadra bólu, etap końcowy prawdopodobnie sprawi uczucie ulgi. Trakt kuracji daje czas na obiektywną refleksję, a ona nie raz sprowadza myślenie i punkt widzenia do faktycznie prawidłowego rozumowania.

Tyle, że... choć brud wypłukany, nie raz dają się odczuć jego śladowe pozostałości. Ten cierpko-słodkawy smak w ustach. Nie raz tym syfem człowiekowi się odbije. W nozdrzach uniosą się resztki zapachu. Nieco już bezbarwnego. Ale jednak. A kiedy kuracjusz zamknie oczy, nie zdarta pamięć wzrokowa rzuci migawkę innych oczu. Pięknych, acz płonących żałością i jednocześnie pragnących się jak najprędzej zapomnieć. Jak obrazek ze śmiercią w bikini.

Pozostaną jak popiół. Niedopalony. Ale jedno jest pewne. Nigdy już nie będzie się takim, jak wcześniej. Od zmienionych zmysłów począwszy, na nowych przypadłościach skończywszy. Również nie koniecznie zdrowych. Obudzi się znów liryka głębszych uczuć. Ale będą w innych tonacjach. Będą miały dusze nokturnów. Będą mroczniejsze.

Resztki wypuszczonego z ust dymu zawoalowały gdzieś ponad.
Życie niestety. Jest jakie jest. A nie jakie być powinno. I to zatraca ludzi każdego dnia. Czuję się cholernie zmęczony snuciem filozofii swojej egzystencji. Niebo nade mną wciąż się zmienia. Świat się zmienia. I tyle. Po cholerę mam sobie utrudniać życie filozofia, czy teologią. Wiem, co widzę, to mi wystarcza. Wiem, co czuję i nic mi więcej nie potrzeba. Piszę o tym, co we mnie i mało mnie obchodzi co na to jakaś energia wszechświata. Z Bogiem mam układ. Wierzymy w siebie. Nic od Niego nie oczekuję. O nic nie obwiniam. Czasem jedynie przepraszam za znieczulicę jaka mnie ogarnia i że w swej wierze nie widzę głębi. I za to, że ani trochę mi to nie przeszkadza. Dlaczego więc przepraszam? Im dłużej okłamujesz się, coś sobie wmawiasz, że tak trzeba, w końcu zaczynasz tak robić i w to wierzyć. Tak właśnie jest. Pewna grupa ludzi... a konkretnie założenie i doktryna tej grupy, nie sami ludzie, zjebała mi kilka lat życia. Przez te lata nie mogłem być do końca sobą. Musiałem być kimś innym. Wbrew sobie. dlatego cieszy mnie wolność, którą mam od trzech miesięcy. Mam pracę, stać mnie na pewne rzeczy, na spełnianie powolne niektórych marzeń. I tylko niektórych niestety. Bo pewnych rzeczy nie kupisz, a jednak trzeba ich szukać. I źle bez nich, nawet kiedy portfel jest gruby. To wartości. O których śnię. Przez ostatni miesiąc miałem piękne sny. Ale sny naprawdę lubią zmieniać się w koszmary. Gdy tylko odwrócisz wzrok.

Mam swoją drogę. Będę nią szedł. Nie zatrzymuj mnie.
   I przyszedł szatan, i przyniósł pół litra sześćdziesięcio procentowej, eksportowej śliwowicy i powiedział:
   - Dawaj kieliszki, napijemy się!
   - Nie! - powiedziałem. - Nie, nie i jeszcze raz nie!
   - Dlaczego? - zdziwił się niezmiernie. - dlaczego by nie? Nie widzę przeszkód!
   Palcami prawej ręki postukałem się kilkakrotnie w lewą stronę klatki piersiowej i wyjaśniłem:
   - Już nie to zdrowie... Pompka nawala! Maszynka nawala, coś z ciśnieniem... Wypiję kieliszek wódki, dwa, a potem nie śpię całą noc!
   - Cha, cha, cha, cha, cha! - roześmiał się szatan. - Kieliszek, dwa... przedrzeźniał mnie. - To za mało! Trzeba wypić przynajmniej pół litra na łeb, wtedy śpisz jak zabity!
   - Nie! - kręciłem głową i przyglądałem się, jak on odkręca metalową zakrętkę butelki. - Nie... - kręciłem głową, a on buszował w moim kredensie w poszukiwaniu tych przeklętych kieliszków, które w końcu znalazł, choć wcale mu nie podpowiadałem, gdzie są.
   - Ale tylko jednego! - zastrzegałem się, kiedy już nalał.
   - Pewnie, że jednego - uspokajał mnie. - Jakoś przecież trzeba zacząć.
   - Drugiego już nie będzie! - powiedziałem po wypiciu.
   On też wypił. Otarł palcami usta, poczęstował mnie papierosem, sam też zapalił.
   - To się tylko tak mówi! - powiedział i polał. - Prost! - wzniósł jakiś nie znany mi toast. Wypiliśmy.
   - Lepiej ci? - zapytał.
   - Trochę... - przyznałem się pokornie.
   - Po trzecim będzie jeszcze lepiej! - powiedział. - A po czwartym będziesz prawie szczęśliwy - dodał.
   - Cholerny alkohol! (...)

(Jan Rybowicz, "I przyszedł szatan" ze zbioru "Wiocha Chodaków")

Pusty, poklatkowy pogłos po ostatnich dwóch słowach Janusza Fiszbacha, jakby ucięty nagle film. Możecie sobie wyobrazić jak to się skończyło. Szatan przychodził do niego wiele razy.

Nie ważne, czym kusi szatan. Czy to alkohol, czy narkotyki, manna z nieba, słowa Biblii, czy lodowate spojrzenie, jakim spoglądasz na rodzoną matkę. Zawsze zacznie od drobiazgu "pewnie, że jednego". To kolejny atak na froncie, w którym ludzie się zmagają od utracenia raju. A twoje "tylko jednego" kapituluje cię. Na każdym możliwym polu.
W końcu powiem ci co myślę, tak prosto w twarz. Kiedy cię widzę, to się wstydzę, że ciągle nosi ciebie świat.

I wiedz, że teraz znam, znam każdą odpowiedź.
No powiedz coś - na wszystko, na wszystko mam odpowiedź ostrą. Nie uciekniesz teraz mi. Zakrywasz twarz przed ciosem, robisz milion głupich min. Poczekaj, poczekaj no już ja cię urządzę. Powtarzasz to - to wszystko co robię. Już mam cię dość, tych oczu pustych.  Poczekaj zaraz zbiję lustro - tak tak!


Tam w lustrze to niestety ja
tak tak - ten sam!

Dopiero teraz gdy nie słyszy nikt (bądź spokojny - w domu jesteś sam). Do wanny wlałeś ciepłą wodę i ogłaszasz w lustrze, że chcesz zmienić świat. Ja wiem że trochę się starasz lecz powiedz mi ile przed lustrem spędziłeś dni?

Tak tak - tam w lustrze to niestety ja
tak tak - ten sam!

Już nawet ja, ja ci nie wierzę. Uspokój się, schowaj ten język. No dobrze - wiem, że się starałeś. Uspokój się. Wczoraj nie spałeś. 
Jak Waszym zdaniem zachowuje się zakochany mężczyzna?
Do jakiś czas temu zaprezentowanych przeze mnie narkotyków i narkomanii Jana Rybowicza, dodałbym narkotyk wędrowania. Nie dawno odnalazłem w sobie obecność tego narkotyku. Gdzieś bym ciągle łaził, szukał, robił zdjęcia, nie mając do końca jasno określonego celu wędrówki. Byle zatoczyć koło, wrócić, odpocząć i wkrótce znów zebrać się w sobie i ruszyć gdzieś do przodu. Odkąd pewne rzeczy zmieniły się w moim życiu, to począwszy od znalezienia wreszcie stałej pracy, inaczej zacząłem spoglądać na pewne rzeczy. Inaczej traktuję czas, spoglądam na otaczającą mnie rzeczywistość i inaczej pojmuję pewne sprawy. Może to wejście w nowy etap dorosłości? 

Wędrówka. Ostatnio bliska jest mi postać Aragorna (choć we "Władcy" raczej odnajdywałem siebie w Faramirze), który przez istoty najmniej uświadomione o jego prawdziwym pochodzeniu i powołaniu, nazwany był Obieżyświatem, czyli mniemam iż kimś, kto krąży po świecie i obserwuje. Toteż i dla mnie czas wznieść się ponad szarość monotonnej codzienności i zacząć robić coś, co inni niekoniecznie zrozumieją prawidłowo. Albo wcale. I dobrze.
Dawno tak nie zachwyciłem się muzyką czystą, krystaliczną i bogatą, niemal mistyczną, jaką zaserwował mi w sumie nie taki nowy już album jednego z najcharakterystyczniejszych współczesnych trębaczy jazzowych, Chrisa Bottiego, pod tytułem "Italia". Jestem straszliwie wybredny, zwłaszcza jeśli chodzi o jazz... ale nie o gatunku chciałbym powiedzieć, ale o samej muzyce, która okazała się poruszającym aż do głębi dźwiękowym spektaklem. To budzi refleksje, dotyka najwrażliwszych części duszy i trafia, nie męcząc przymusem wielokrotnego wsłuchiwania się. To proste, to zrozumiałe, to piękne! Na płycie znajduje się kilka znanych każdemu koneserowi dobrej kompozycji, ale odpowiednio zinterpretowanych i opowiedzianych przez geniusz Bottiego. Przykład? Przepiękny utwór Ennio Morricone z filmu "Misja". Motywu granego pierwotnie na oboju chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Gitara klasyczna i delikatne frazy trąbki, do których dołącza orkiestra to po prostu perełka. Nie będę recenzował całej płyty, po prostu nie jestem kompetentny, czy jak kto woli - niegodny. To po prostu jest piękne. Bardzo miło usłyszeć coś dotkliwie innego, niż to co serwują komercyjne media. I jeszcze jedno. Coraz bardziej wierzę, że prawdziwi artyści istnieją nawet dzisiaj i istnieć będą zawsze!


Czy można jak w filmie odczuwać. Wznosić się i opadać w emocjach. Czy da się tak szybko rozwiązywać nawet najtrudniejsze sprawy. Czynić tak romantyczne gesty, jak bohaterowie. Czy film jest sztuką odciągania człowieka od problemów i pokazania jakiejś sielanki. I wbrew pozorom nie wykluczając nawet najtragiczniejszych dramatów. Jak znaleźć odwagę, by uratować świat. Czy skoro w tej chwili nie leci w naszą stronę asteroida wielkości Texasu, to świat nie jest zagrożony i nie zasługuje na prawdziwego bohatera. Czy warto naginać usposobienie, by zrozumieć humor American Pie, Strasznego Filmu, Niani Frani, czy jakiegoś innego seksualnie prowokującego i spłytczającego życie arcydzieła filmowego/serialowego. Czy umiesz cieszyć się sielanką i happy endem bohaterów Love Actually, podczas gdy masz w sobie pamięć dziwnego spojrzenia Twojej kobiety, która dostała skurczu podczas gdy pieprzył ją listonosz i przyłapałeś ich i musiałeś w ostateczności odwieźć cudownie połączonych kopulantów do szpitala. Czy współczujesz oszukanej Angelinie Jolie, której synek został uprowadzony i prawdopodobnie nie żyje, czy raczej martwisz się o syna, który onanizował się szarlotką zamiast być na lekcjach w szkole. A może ten obłęd jest twoim udziałem, bo zdałeś sobie sprawę, że scenarzysta to nie koniecznie pojebaniec nie znający życia i wymyślający durne scenariusze, by zmanipulować twoje emocje, a jedynie człowiek, który by zarobić grosz na chleb posuwa się do tak perfidnej ostentacji. A może zaczynasz myśleć tak jak w filmie się powinno myśleć.  Czy może już całkowicie żyjesz jak twój ulubiony filmowy bohater. Bo mimo, iż jego historia nawet przedstawiona w Egipcie, pochodzi z Hollywood. A tam znają życie jak nigdzie indziej na świecie.

Nie zapomniałem o pytajnikach. Jeszcze ktoś pomyślałby, że zadaję pytania i zaczął odpowiadać...