"GDYBY TAK POWIAŁO ZDROWO...
TO BYM JESZCZE RAZ POFRUNĄŁ..."

Artysta na poboczu

By | 23:53 2 comments
Ledwo wymęczył samochód, aby wjechać nim na pobocze. Kupił go na giełdzie nie cały rok temu za parę groszy. Ojciec dał mu pieniądze, żeby mógł ze swojego prawka korzystać. No, ale auto się zepsuło, a Konrad – artysta jadący na konkurs piosenki nie znał się na mechanice samochodowej, chociaż mechaniczne technikum kończył w tym roku. Teraz to takie czasy, że nie uczą w szkołach dobrej praktyki, a większość praktycznych sprzętów, to nędzne dyplomowe prace sprzed lat, urządzenia, których dziś i tak nikt nie używa. Nauczyciele trują, że to podstawy, że znać to trzeba. Albo wstydzą się przyznać, że dyrektor szkoły wolał kupić sobie do gabinetu skórzany fotel, niż zakupić sprzęty do nauki dla młodzieży, albo nie są dalej dokształcani z nowszych technologii, nie uczęszczają na żadne kursy. Do jasnej cholery, jest dwa tysiące ósmy rok!!! Jak tu pracować na tokarkach z lat sześćdziesiątych, podczas gdy dziś wszystko sterowane jest numerycznie.
I potem otwiera taki Konrad maskę silnika i patrzy w te kupę techniki, jak na UFO. Coś tam słyszał, wykuł mnóstwo regułek na pamięć. Uczył się o układach technologicznych. Gdyby chociaż takie maszyny widział na oczy, coś robił… a teraz patrz gdzie tu jest co (chyba, że polska edukacja jest idealna, a on jest tępym leserem, bo w tym temacie są dwie skrajności, a między nimi – czarna dziura).
Sięgnął Konrad do kieszeni po telefon… masz ci los! Przecież od miesiąca, ani grosza nie ma na karcie. Wyszedł na ciemniejący od zmierzchu asfalt i wygląda… szuka. Może ktoś pojedzie? Przestał oparty o bagażnik tak może z pół godziny. Nic nie jechało. Życie uczyło go zrównoważenia. „Biednemu zawsze wiatr w oczy”, jak mawiał jego brat. Kiedy trzeba, nikogo nie natchnie, by pojechać tą drogą. I człowiek stoi jak ten cep i nie wie co ma z sobą zrobić. Człowiek, mający odwagę wykrzyczeć to, o czym inni wstydzą się w środowiskach pomyśleć, bo co wtedy powiedzą tamci? On mimo nadwrażliwości – bo brał sobie zawsze wiele złej krytyki do serca, krzyczał! Kochał wrażliwie, cierpiał do łez. Dostając kosza nie wyklinał jak kawał świata, ale dodatkowo przepraszał. By się zakochać potrzebował przeboleć obawę przed kolejnym zawodem miłosnym i czy sam nie zrani, nie okaże się kawałkiem skurczysyna. Czekał wiele dni, a nie minut, by w nocy dopaść do kobiety jak to robią współcześni cwaniaczkowie na tak zwany „lans”. On nie, on to nie płynął rzeką euforii w zakochaniu, a cierpiał je. Bo się bał. Czego tu się bać? Czyż to nie piękny stan? Piękny, owszem, ale wszystko co piękne jest smutne i bolesne. Tak właśnie jest u niego. Toteż jest artystą na poboczu. Z takimi świat się nie liczy.
Minęło kolejne pół godziny. Tak zdążyłem o nim rzec Wam, byście nie dziwili się potem jemu, tymczasem mrok rozkołysał się po całym świecie i zapanowała noc. Wtedy na horyzoncie poczęły rosnąć dwie kulki światła. Ktoś jechał. Ale czy stanie? Konrad ożywił się, wyjął latarkę i zaczął nią świecić w kierunku nadjeżdżającego samochodu. Stanął! Młody podziękował pod nosem Bogu podbiegając do wysiadającego kierowcy. A była to kobieta. Kiedy na dobre wyszła z mroku, poznał, że jest starsza. Ukłonił się lekko.
- Z nieba mi pani spada! Mój samochód zdechł, stoję tu i marznę dobrą godzinę! – Zawołał.
- Po pomoc drogową dzwonił? – Spytała łagodnym głosem.
Konrad spojrzał na nią błagalnie.
- Nie mam funduszy na koncie komórki, może…
- Zgoda. – Kobieta westchnęła, po czym szybko ze swojego telefonu wezwała pomoc.
Lawetka zabrała starą Pandę po piętnastu minutach, ponieważ mechanicy nie mieli latarek. Zostawili jedynie adres warsztatu i odjechali.
- Podrzucić cię, dokąd?
- Gdyby to pani…
- Ach, daj spokój! – Żachnęła się. – Nie mów mi pani – wyciągnęła dłoń. – Jestem Antonina, po prostu. Albo Tośka. Jak mówią mi pani, czuję się starsza, a mam dopiero czterdzieści lat!
- Ja jestem Konrad. – Rzekł odwzajemniając lekki uścisk dłoni.
- Jadę na weekend na daczę do W. Podrzucić?
- Och, wspaniale, do W! Dzięki!
Antonina dopiero teraz zauważyła, że Konrad prócz wysłużonego plecaka ma też gitarę.
- Grasz? Dawno nie widziałam takiego młodziaka z gitarą.
- Tak, kocham grać. To cale moje życie.
Wsiedli do auta - Meganki kombi i ruszyli.
- Ile masz lat?
- Już niemal dwadzieścia.
- Gdzie to z tą gitarą jedziesz?
- Do Z. na konkurs.
Ta odpowiedź padła z wyraźną dezaprobatą. Antonina wyczuła to od razu i zareagowała.
- To chyba pięknie, co? Może coś wygrasz?
- Nie sądzę. Odkąd tam jeżdżę, to widzę te same twarze. Te same laury i wpływy. Wierzę, że moje pieśni, są dobre, ale mnie nikt nie zna. Kogo obchodzi taki artysta jak ja? Z gitarą i wyśpiewanymi problemami dwudziestolatka.
- To jak to jest? – Antonina z ciekawością zmarszczyła brwi.
- Świat jest światem kłamstwa, a sztuka staje się sztuką blefu. Na scenie poezji i muzyki trzeba się wytapetować, spętać, skrępować przed samym sobą, by panowie w garniturach z jury, raczyli poklepać cię po ramieniu. Ale ja jeżdżę. Gram. Śpiewam. Może ktoś usłyszy choć słowo, choć jeden mały promyk, jeden przekaz gdzieś w podświadomość uderzy, a pewnego dnia to właśnie słowo, ten promyk słońca wyciągnie go z czarnego lasu. – Przerwał, by ciężko przełknąć ślinę. Mówił z taką pasją i uniesieniem, że aż zaschło mu w gardle.
Antonina wcale nie zraziła się podnieconym głosem chłopaka, wręcz przeciwnie. Nikt tak wcześniej do niej nie mówił. Z taką miłością, ale i żalem jednocześnie. Konrad i jego emocjonalność nie pasowały do tak młodego wieku.
- Tak. To najważniejsze. Być pełnym pasji. Tworzyć. – Po raz pierwszy się uśmiechnęła. – Mało dziś młodych z takimi poglądami. Świat jest inny.
- Ale ja nie żyję w tym świecie. W moich sercowych stronach wielu mam przyjaciół, podobnych do mnie. Ewenementem nie jestem. Nikt z nas nie jest sam. Samotnie byśmy nie dali rady. Każdy z nas by z sobą skończył, albo powoli stalibyśmy się częścią świata.
- Pachnie mi to poetami… - rzekła Antonina z niepokojem.
- Bo tak jest. Od nadwrażliwych powinniśmy czerpać wizję świata. To tacy troszczyli się o ludzkie uczucia.
Dojechali. Konrad wysiadł i okazywał, jakoby chciał się pospiesznie oddalić.
- O nie, nie, nie! – Niemal krzyknęła widząc, że artysta z pobocza odwraca się i zakłada na plecy gitarę. – Przenocujesz u mnie. I tak nic teraz do Z. nie pojedzie o tej porze, a ja chętnie posłucham twoich piosenek. No śmiało, chodź!
I został. I pograł, pośpiewał. Tosia momentami zdawała się nieobecna. Jakby piosenki, śpiewane wiersze zabierały ją głęboko w pudło gitary i rezonowały z jej duszą. Momentami szkliły się jej oczy. Wzbierały fale siwiejących wspomnień. To człowiekowi jest potrzebne. Czasem trzeba wrócić do przeszłości, choć ona już do nas nie należy.
Nazajutrz Konrad pożegnał się, raz jeszcze podziękował, po czym poszedł na wiejski przystanek autobusowy. Tam, w chłodnym porannym czekaniu dopadły go myśli. Przecież ani razu nie spytał o nią. Tylko on, i on. Nie spytał czemu na daczę przyjechała bez męża i syna. Nie była sama. On to czuł. Ale była samotna. Nie wiedział skąd jest. Nie spytał. Choć rozlewał się opisując swe dzieciństwo, nie zagadnął o jej życie. Posmutniał. On, wrażliwy, tęskniący do ludzi, człowiek, nie spytał jak ci ludzie żyją. Obiecał sobie, że kiedyś tu wróci i nadrobi to wszystko.

Na konkursie było jak zwykle. Nikt go nie szturchnął nawet, nie spytał o nic. Zaoszczędził niezręczności i uciążliwości. Nie pochwalił, nie skrytykował. Znów zobojętniony, jak przydrożny kamień siadł w alkierzu, w gwarze „tych z podium”, wyjął kartkę i długopis i pisał coś. Jakiś wiersz o artyście na poboczu, z którego pędzące w życie pojazdy wydają się pędzić trzy razy szybciej.

27-09-2008

Wykopałem ten kolejny już prawie staroć z szuflady. I choć minęło zaledwie 11 miesięcy, dziś dziwię się, że potrafiłem coś takiego napisać... i zazdroszczę sobie weny. Jak to można się zmienić w krótkim czasie...
Nowszy post Starszy post Strona główna

2 KOMENTARZY:

atrament pisze...

Też czasem tak mam, że jak czytam coś starego co sama kiedyś napisałam, zastanawiam się jak to możliwe, że to ja to napisałam.
Wczoraj w nocy już nie miałam siły by czytac. Ale dobrze, bo jak się jest wypoczętym to łatwiej zrozumieć co się czyta.
Tak w skrócie: SUPER TEKST! Czyta się jednym tchem i chciałoby się wiedzieć co będzie dalej...

Życzę czasu i weny na kolejne "odcinki".
Pozdrawiam!

PS. Ja w końcu znalazlam czas by wrócić do blogów: czytania i pisania swojego. Narazie są wakacje... a co będzie dalej - tego nie wiem.

Wena wroci. Talentu nie gubi sie z dnia na dzien, a oczekujaca publika niech bedzie dodatkowa motywacja :). Oba odcinki sa niesamowite i wzruszajace. Gratuluje.