- Bardzo przyjemne dla ucha, bracie – rozbłyskał raz po raz przy ognisku uśmiech Munda.
Nikt jeszcze nigdy nie powiedział takich prostych, ciepłych słów na temat dźwięków, jakie wydobywałem z gitary i gardła.
- Mało mi Konrad, mało! – Klasnęła Czarna. – Jeszcze bym się pokołysała. A ty świetnie rozbawiasz tekstami.
Dawno nie popełniłem tylu radosnych akordów, tak wiele szczerego uśmiechu nie popłynęło z serca od bardzo dawna. Uderzałem w najzabawniejsze struny, a im było to potrzebne. Wszystko dostrzegałem w oczach. Tylko w oczy patrzę słuchaczowi, kiedy gram. W nich jest wiele. Czasem za dużo. Ale dziś, tego wieczoru, przy tym ognisku i Ludzie Gór i zadumana Przełajka i… ja potrzebowaliśmy radości.
Nova bezszelestnie mnie słuchała. Czułem ciepło jej włosów na ramieniu, miarowy, pełen spokoju oddech. Tak oddycha szczęście.
- Konrad, jak to Konrad – dorzucił Miro. – Naiwny w każdym calu. Nawet w sztuce. – Ale było to serdeczne i ciepłe.
- Przyjacielu. Naiwność, to młodość. A młodość to stan pogody ducha. – Odrzekłem, pewny siebie i konsekwentny.
- …I mądry przede wszystkim. Zagraj nam… a… Iwo, skocz no po więcej bunców i piwka.
I pobiegł Iwo. Też dziś jakoś bardziej ożywiony, niż wcześniej.
- „Młodość, to stan pogody ducha” – poczułem jak Nova tuli się mocniej. – Pięknie to ująłeś.
- I trafnie ujął. – Mundo przeciągnął się i zapalił papierosa. – Właśnie dlatego, że to piękne, że bez sensu, naiwne i takie nieżyciowe. Jak my.
Grałem dalej. O pogodniejszym świecie, o innych światach, o innych czasach… i znów noc zrobiła się ciemniejsza od samej muzyki.
- Tak cię fascynują te nibylandie. – Miro też zapalił. – Dla mnie to za ciężkie. Dziesięć razy podchodziłem do Tolkiena i…
- I dziesięć razy zgubiłeś Silmarillion. – Westchnąłem. – Dla mnie to swoista księga ocalenia. Czy Biblia jest łatwa? Czy czytasz ją dosłownie?
- Nie czytam Biblii. Podobno mój talent jest szatański, więc się boję.
Wybuchliśmy śmiechem. Ale Czarną zaciekawiły nibylandie.
- Księga ocalenia… - mruknęła dorzucając do ognia suche patyczki. – Był taki film, no nie? O tej jedynej na świecie pozostałej Biblii, która okazała się, że jest w dodatku napisana Braille’em. Pamiętam puentę… tzn. ja tak myślę, że puenta była taka, że Biblię trzeba umieć przeczytać, by ją zrozumieć. Bo mieć książkę, jako jakiś talizman, to każdy może, prawda?
- Strzał w dziesiątke, Czarna. – Puściłem jej oczko i pożałowałem. Nova tak ścisnęła mi ramię, że prawie pisnąłem. Ale zaraz już mogłem kontynuować. – Taką mitologię Tolkiena również trzeba umieć czytać. Katując ją dosłownie, zamęczasz się tylko, a tymczasem jest tam wiele spójników z naszym światem, których nie sposób zignorować. Jeżeli czyta się to w sposób odpowiedni. Tam tylko góry są gdzie indziej, więcej lasów i niebo miewa kolor czerwony nad ranem, gdy poprzedniej nocy gdzieś przelano krew. Bohaterowie żyją tymi samymi problemami co my i wiele możemy się od nich nauczyć.
- Ale tam Tolkien… mimo wszystko. Jego neverland to temat na pracę doktorską. Temat rzeka na NIE JEDNĄ prace doktorską. Ty tam się fascynujesz naszym rodakiem, tym… Andrzejem…
- Sapkowskim. Tak – Włączył się we mnie moduł twardego monologu z wielką pasją… że chyba tylko mój rzekomy talent do opowiadania o niczym, sprowokował ciekawość. – Przede wszystkim Saga wiedźmińska, to jedna z nielicznych rzeczy, jakie udało się Polakom w XX wieku stworzyć dla świata. Geralt, jest mi bardzo bliski. Gubi się w sobie, momentami jakby siebie nie znał. Żyje tylko przeznaczeniem. – Spojrzałem po wszystkich, bo właśnie przyszła mi do głowy myśl, że… - W zasadzie jest on odzwierciedleniem każdego z nas tutaj. Świat go nie znosi, bo jest inny. Możnowładców, mędrców, polityków i strategów wojennych dziwi to, co jest proste i naturalne. A Geralt myśli prosto i naturalnie. Nie rozumie się dookoła, jak można nie zabić smoka za gruby mieszek pełen złotych monet, bo w rozumieniu tego Wiedźmina nie jest on potworem, gdyż nie zagraża ludziom.
- A św. Jerzy?
- Nawet za dobrze nie znam tej legendy. W każdym razie Geralt swój fach pojmuje bardzo poważnie. Zwalcza to plugastwo, które idzie za człowiekiem. A smoki żyją w swoim świecie. Niektóre zwyczajne, naturalne stworzenia są potworami, bo ich skóra, kły, pazury są cenne dla jubilerów i alchemików i dla świata głupotą jest nie pokusić się o tak intratne zlecenie…
- Ale świat to nie tylko pieniądze… - szepnęła Nova i chyba tylko ja to usłyszałem.
- Nie tylko.
- Tchyli… - Miro chyba chciał powiedzieć „czyli”, ale miał pełne usta. – Gełałut wiechy w duiśką uuuwnowachę?
- Miro, przełknij i powiedz…
- Ale choję się, che zachomnę… - przełknął… ale nie zapomniał. – Czyli Geralt wierzy w druidzką równowagę w przyrodzie, tak?
- Z punktu widzenia neverlandu Sapkowskiego, tak. Ale łatwo przenosisz to do nas. W moim rodzinnym mieście w chyba jedynym, cudnym, naturalnym miejscu zniwelowano polanę w środku rezerwatu, bo to świetna lokalizacja na domki dla elit. Zabija się naturę powolutku, niemal niezauważalnie, ale rozejrzyj się, to zauważysz betonowe rzeki i ołowiane stawy.
- A miłość? Coś gdzieś słyszałem, że wiedźmini to mutanci. Mają zajebiście szybki refleks, reakcje, wyczulone zmysły, kosztem sterylności.
- To prawda. Klasyczni wiedźmini są aseksualni, jeszcze trudni do życia w społeczeństwie. Jednak na Geralcie eksperymentowano. Nie wiem, może stwierdzono, że brak ludzkich emocji utrudniał im egzystencję i obcowanie wśród ludzi, których de facto mieli bronić, dlatego postanowiono w odpowiednim czasie pewne przemiany przerwać… albo samo coś poszło nie tak. W każdym razie Geralt ma wszystkie cechy wiedźmińskie, łącznie z bezpłodnością, jednak posiada zdolność do ludzkich emocji, które w nim zwyciężają. Kochał, owszem. Yennefer. Zapach bzu i agrestu…
- Yennefer? Perfum taki?
- Nie, głupolu! – pacnąłem lekko Novę w kasztanowe loki. – Yennefer, to było imię jego kobiety. Czarodziejki. Zawsze pachniała bzem i agrestem, co na Geralta działało zmysłowo.
- Ooooch… - westchnęła teatralnie. – I co? Nieszczęśliwa miłość?
- Niezupełnie. To była dziwna miłość. Kręta. Niegrzeczna. Niewierna… chociaż tam raczej pojęcia niewierności nie było. Miałem wrażenie, że oni oboje raczej dłużej byli od siebie, niż przy sobie. Łączyło ich przeznaczenie i… nie no już nie dziś, proszę. Dokończę jutro… a wy i tak udajecie, że was to interesuje.
- Nie, nie, nie… czekaj. – Czarna najwyraźniej podchwyciła charakterystykę wiedźmina. – Ten Geralt musiał mieć fest skomplikowaną osobowość. Kurna, niezłe to. Masz może sagę przy sobie?
- Niestety, tylko dwa tomy opowiadań. Ale… właśnie w nich poznasz Geralta.
- Pożyczysz na kilka wieczorów?
- No Jas…
- Ej! Ja też chcę to poczytać. A tam jest o miłości! – Zaperzyła się nagle Nova, odrywając się ode mnie, jakbym zaczął parzyć. Ale to ona zaczęła parzyć mnie spojrzeniem. A ja błądziłem oczami od jednej… do drugiej…
- Byłam pierwsza!
- Ale jestem jego dziewczyną i mam pierwszeństwo.
- No to co? Kurde Konrad, błagam nie rób się pantoflem!
- Osz ty małpko, wydrapię Ci łoczyska!
- Nosz kurwa mać! – Warknął Mundo… - Wszystkie biesy pobudzicie. Idźcie się wadzić do sadyby. - …i zapalił papierosa.
Uśmiechnąłem się lekko pod nosem, choć nie pochwalam zbytnio wulgaryzmów w towarzystwie kobiet. Klnąłem tylko w domu. Przy matce. Bo ona klnęła przy mnie. Na mnie. A dziewczyny… jak potulne gąski drobnymi kroczkami pomknęły do Enklawy zjednoczone odgórnym poleceniem rozejmu tymczasowego.
- Jak chcecie chłopaki, idźcie do środka, ja dziś pośpię przy popiołach. – Oznajmił Miro, rozwalając się na karimacie.
A ja już miałem pomysł jak udobruchać obie panny…
- Dziewczyny… - po wejściu do środka objąłem obydwie w pasie. Zatrzymałem na dłużej spojrzenie na Czarnej. – Przypominasz mi Angouleme.
- Angu co?
- Angouleme. Dziewczę z sagi, której Geralt uratował życie. Pyskata taka, żwawa, dynamiczna… pasuje do Ciebie.
I teraz już zupełnie innym spojrzeniem popatrzyłem w oczy cierpliwie czekającej na swoją kolej Novy.
- A ty przypominasz mi…
- …Yennefer? – Dokończyła za mnie. – Ale pachnę kiełbasą i ogniskiem, a nie bzem i agrestem.
- Nie szkodzi. Dziewczyny, mam pomysł. Kochanie, idź spać do pokoju Czarnej. Ja do was przyjdę i poczytam wam „Okruch lodu”, skoro obydwie tak chcecie usłyszeć o miłosnych zmaganiach Geralta. A potem ładnie, grzecznie, pójdziecie spać.
Rytmicznie pokiwały głowami.
Zasnęły po godzinie czytania. Niestety Sapkowski nie przynudza, więc miałem zadanie utrudnione. A ja wyszedłem z Enklawy do Mira i Munda. Nie uśmiechało im się spać na Przełajce. Po prostu w trójkę musieliśmy pogadać. Bo miała się zważyć miara pogody ducha…
0 KOMENTARZY:
Prześlij komentarz