"GDYBY TAK POWIAŁO ZDROWO...
TO BYM JESZCZE RAZ POFRUNĄŁ..."

Ostatnie wpisy

To jeden z dwóch dni w roku, kiedy szczególnie skupiam się na tym, co wypluwa facebookowa tablica. Wczoraj Prima Aprillis, dziś day after, a część tych śmieszkowych odchodów dnia kłamstwa dopiero dziś jawi się najwyżej, bo wczoraj bufor gówna i słabych żartów szybko osiągnął przepełnienie. Ale w tym całym chłamie jedna rzecz z rana przykuła mą uwagę, a to akurat nie był gówniany żart. Ktoś polajkował post jakiejś szmuli, w którym rzeczona sra pod siebie z powodu projektu ustawy naszego rządu, bo ten zaczął spełniać swoje obietnice. Ja rozumiem. Ludzie do tego nie przywykli na przestrzeni lat. Ale wybraliśta, to mata. A ci, co wyborczo są czyści i z wzwodem to epatują, niech lepiej się pochwalą, ilu znajomych i bliskich wyborców nieobecnych przy urnie przekonywali zawczasu do obecności. Dlatego mata. Wszyscy. Wszyscy, którzy tak zaciekle atakujecie pisiorów, omijając wcześniejsze zasługi platfusów w swych wypowiedziach i oburzeniach, a które według Waszej pokrętnej logiki były odmienne, bo nie uderzały w Was bezpośrednio. TYLKO DLATEGO.

Wspomniana ustawa, a raczej jej projekt (projekt to jest taka wersja robocza ustawy, przeznaczona do konsultacji i regulacji, zanim sama ustawa zostanie wprowadzona w życie, jakby ktoś nie wiedział, a najwyraźniej sporo jest takich łebów) tyczy się aborcji. To ma być ulepszona ustawa antyaborcyjna. Autorka płaczliwego wywodu skarży się na konsekwencje projektu. Bo jej zdaniem karane będą kobiety, które poroniły, jeśli w toku śledztwa okaże się, że umyślnie spowodowały poronienie. Jeżeli nieumyślnie, to nic im nie będzie, ale poza stresem i depresją spowodowaną utratą dziecka, będą jeszcze ciągane po sądach. Gdzie leży problem? Problem leży w uprzedzeniach światopoglądowych do partii rządzącej. Pod wpisem ludzie w zdecydowanej większości popierają kobitkę, a niektórzy widzą głęboki związek między treścią projektu ustawy, a kościelnymi maybachami. I co ciekawe, takie wnioski są w porządku, bo ostatecznie wyrażają niechęć do rządu. To wystarczy. Nie ważne, czym ta niechęć ma być argumentowana. Grunt, że jest. To najważniejsze. Bezkarnie można też wysnuć inne daleko idące wnioski. Np. takie, że Polki będą szukały domowych, bezśladowych sposobów na przerwanie niechcianej ciąży, albo uciekały za granicę, by dokonywać aborcji. Ewentualnie dla uniknięcia w przyszłości widoku martwego dziecka/płodu, by przypadkiem nie obudzić wyrzutów sumienia, że to serio człowiek był w brzuchu, a nie glista ludzka, gruby tasiemiec, czy inny pasożyt, w celu sterylizacji.

I to nie wszystko, bo z drugiej strony mamy głuchotę, ślepotę i nienawiść do ludzi o inaczej ukształtowanych sumieniach, dla których aborcja to zabieg usunięcia "wyrostka" na etapie "niedorostka". Do tego spowodowane ciemnotą umysłu, obarczanie kobiecej podświadomości słowem "aborcja", w przypadku, gdy usunięcie ciąży jest dozwolone (jeszcze). Aborcja kojarzy się jednoznacznie i powinna być przypisana jednemu, konkretnemu zabiegowi, czyli wtedy, kiedy kobieta jest emocjonalnym niedorozwojem dojrzałym do pierdolenia się w barowym kiblu z nieznanym gachem z potrzeby chwili, a jednak nie tyle dojrzałym, by wiedzieć, że dzieci jednak nie przynosi bocian. Poznałem nawet jednego księdza, który wyraźnie to rozgraniczał. Tak. Księdza. Katolickiego. Może nie tak dosadnie jak ja, ale rozgraniczał i uświadamiał. I to było dobre.

Ręce opadają, kiedy na małym ekranie widzę mordę Ryśka Swetru, każdą swą wypowiedź zaczynającego od "to nie przejdzie", zamiennie z "to jest pod publiczkę". Kiedy przegrana z kretesem Ewka Kopacz przejętym wzrokiem i łamiącym się głosem gońca, który tym razem sam ma wymyślić słowny przekaz, bo dla dotychczasowego mocodawcy stał się bezużyteczny, przekazuje swą niewylewną niechęć. W końcu kiedy bliźniak, mały książę i autor ogólnoliberalnej niechęci, aż trzęsie się na mównicy z nienawiści do swojego narodu, wbija szpile ku uciesze swoich przeciwników, nie widząc, że jest idealną wodą na młyn. Wtedy robi mi się przykro, bo dobrym, ciekawym i najprawdziwszym ludziom wśród tłumu ulepionych z plasteliny manekinów, nie ma tu czego szukać.

Ciągle widzę tłumy Kurwicy Odsuniętych Działaczy (KOD oczywiście) płaczących o Trybunał Konstytucyjny, o 500+, za które Kurwica zapłaci najwięcej i to, jak bardzo nic z ich transparentów, hasełek, okrzyków i skakania nie wynika. NIC. Co lepsi chwalą się ojcami ubekami, wychowaniem ideowym normalnym dla czerwonych czasów, wspomnieniami, że tamten ustrój wniósł w ich życie pewne zasady, typu "nie wychylaj się ponad swoje podwórko" i po prostu nie dowierzam. Bo gdzieś pod tymi setkami, czy tysiącami stóp leży moja biało-czerwona flaga, jak całun okrywając Orła Białego, który przestał oddychać.

Wrócę teraz do tych 50% Polaków, którzy nie poszli na wybory. Wiecie, już od lat okłamuje się ludzi, że trzeba iść do urny, bo wybory to jedyny moment, kiedy można coś zmienić. Jedni debile, którzy wołają o oddanie głosu tłumaczą to tym, że tylko wtedy ma się prawo narzekać. Inne umysłowe ameby mówią o tym, by głosować na tych, którzy są w stanie najmniej napsuć. Ci z kolei dzielą się jeszcze na takich, którzy proszą o oddanie głosu na mniejsze, sprawdzone przez lata zło. Bo wiadomo od razu czego się spodziewać. Czyli niczego. Ci kreują się na najrozsądniejszych. Nie wierzą w programy, tylko w skłonności polityków i ich zdolność do tuszowania co groźniejszych afer. Z góry zakładamy, że coś będzie nie tak. Tylko od Ciebie zależy, czy to, co pójdzie nie tak, dotknie Ciebie i czy Ty poniesiesz tego konsekwencje. Jebać resztę. Ty jesteś ważny. Chyba, że inni mogą dostać to, co Ty. Wtedy należy włączyć zawiść i pozorne myślenie w przyszłość. Bo np. z takiego 500+ nie skorzystają tylko uboższe, wielodzietne rodziny. Ale przecież kurwa, głównie patologia będzie miała za co chlać, prawda?!

I wreszcie, najgorsze jest to, że wnioski wyciągniesz tylko takie, które dotyczą Ciebie. Bo na wybory nie idziesz dla dobra narodu. Tylko dla swojego dobra. Ja byłem. Ja głosowałem, ale rozumiem tych, którzy głosować nie poszli. I znam wielu takich. Ci ludzie pracują, płacą podatki, jak czas pozwoli udzielają się charytatywnie, mają mniej lub bardziej angażujące pasje i hobby, oglądają filmy, czytają książki, a jak mają ochotę, to i do teatru się wybiorą. Ale nie idą na wybory, bo nikomu nie wierzą. Dlaczego tak trudno się temu dziwić? No, dlaczego? Do wszystkiego, co mają, co daje im szczęście i spokój nie jest im potrzebna polityka. Ustawy się zmieniają, wiek emerytalny się zmienia. To, co dziś jest wykroczeniem, jutro w świetle prawa będzie legalne. Jak w takim razie nie rozumieć pogardy do ciemnogrodu, który odrzuca jakikolwiek postęp ludzkości, a z drugiej strony niechęć do proludzkich liberałów, których największym osiągnięciem jest nierobienie nic w żadną stronę, poza tajeniem kolejnych afer wywołanych korzyścią własną?

Obojętność jest dziś w Polsce najważniejszą cnotą. Obojętni ludzie są spokojni, bo nie śledzą obrad sejmu, zlotu obrońców krzyża i kurwicy odsuniętych działaczy. Obojętni ludzie, to uczciwi i normalni ludzie, którzy żyją po swojemu i sami wiedzą, co muszą zmienić, by żyło im się lepiej, a nie czekają na ułatwienia ze strony rządu. To też tacy trochę egoiści. Ale lepsi egoiści. Bo przynajmniej nikogo nie udają, jak ci pozerzy chadzający na KODy i inne smrody. Ustawa antyaborcyjna ma ponoć dotknąć wszystkich bez wyjątku i nie pozwolić na swobodę decyzji o ciele kobiety? I kurwa bardzo dobrze. Bo może w końcu jest szansa na to, by ludzie zaczęli myśleć w kategorii wspólnoty. Bo dziś ta grupa chcąca wolności i równości, pluje na każdego katolika, wypisuje pierdoły, by religii zakazać, by wypierdolić ze szpitali i więzień kapelanów i zabronić swobody wypowiedzi, jednocześnie srając pod siebie w strachu przed odebraniem wolności słowa. Każdy z nich myśli tylko o sobie, udając, że obchodzi go Polska. I to musi się skończyć. Widocznie muszą zostać podjęte drastyczne kroki, które dadzą w dupę nam wszystkim. Dopóki jednak tak się nie stanie, kibicuję wszystkim zobojętniałym ludziom, którym jak to się mówi "nie chce się ruszyć dupy sprzed telewizora w dzień wyborów". Są nadal rzeczy, których polityk Wam nie zabierze. Dbajcie o to i dbajcie o swoje podwórko. I nadal miejcie w dupie tą krzykliwą zgraję po obu stronach barykady. Wśród nich zmarnujecie tylko czas. Dbajcie o przyjaźnie. Polityka bardzo łatwo niszczy przyjaźnie i dzieli bardziej, niż berliński mur. PiS pierdoli Polskę. Ale to jest pierdolenie trupa. PO robiło to przez 8 lat, a wcześniej SLD. Tylko, że w kuluarach, pod stolikami, u Sowy, w sejmowej kawiarni. PiS postanowił robić to na ulicy i w innych kategoriach. PO miało TK (kto wcześniej wiedział na czym polega TK?), teraz PiS ma TK. PO miało swoich opłaconych dziennikarzy w każdej telewizji, teraz PiS zabrał telewizję publiczną. Co w tym dziwnego? Taka jest cała różnica. PiS obsadza stołki kolesiami? PO robiło to samo, a każdy kto swymi kompetencjami siadał na stołku, a nie był blisko z ekipą Tuska i Kopacz, był po pewnym czasie niszczony. Niszczony psychicznie. Jego rodzina również. Bo okazywało się, że nie zna interesów partii, tylko interesy ludzi. I to jest potwierdzona informacja. Czas na KODy, manify i inne zloty kosmitów był, kiedy zaledwie po kilku latach od upadku komuny, do władzy wybrano ponownie komunistów pod przykrywką demokracji i tym samym dało im czas na wygodne rozlokowanie się po willach, apartamentach, no i zrobienie burdelu w teczkach, by trudno było coś z nich odczytać obciążającego.

Przespało się, bo naród był zmęczony dekadami komuny. A teraz jest za późno. Teraz można tylko wybierać, kto najmniej dojebie naszą Polskę. Kto najmniej spierdoli kolejne lata życia naszych dzieci. W końcu kto jest "najmniejszym złem". Zajebista perspektywa! Jeśli masz wybierać między złem, a złem, lepiej nie wybieraj w ogóle.


   Odwiedził mnie Miro, kiedy wracałem z kilkuletniej włóczęgi do miasta. Skończyłem opisywanie miast samymi literami, choć jeszcze nikt nie zarzucił mi zżynki tego procederu z Dostojewskiego. Staliśmy tak z Mirem na uboczu dworca komunikacji miejskiej i gadaliśmy tak, jak dawniej. Czyli jak chore, odrealnione pojeby. Maski wrosły w nasze twarze na tyle, że możemy już z czystym sumieniem szeptać, mówić i wrzeszczeć, nie być i być w pełni sobą. To, o co zahaczył Miro w rozmowie było kompletnie w jego stylu, a mi nawet po kilkuletniej rozłące z miastem, ciągle przechodziło mimochodem, choć istotnie ciekawe.
    - Nie ogarniam. Kojarzysz to miejsce spotkań z Krwi Elfów? Tam, gdzie Jaskier śpiewał, a potem na temat jego ballady wzburzyła się płomienna rozmowa? - Zaczął.
    - Ten prastary Dąb? Miejsce przyjaźni, czy jakoś tak.
    - Taa. Tu jest podobnie, tylko nikt z nikim nie rozmawia.
    - Serio? - Rozejrzałem się po chcących odjechać na złomowisko peronach.
    - Tam był druid, kupcy, elfia arystokracja, krasnoludy kowale, herbowi rycerze, starzy, młodzi...
    - Dobra, kumam. A tu masz dziada, dziada, menela, cwaniaka, dresa, cwaniaka, kobitę z wąsem, dziewczynę z wąsem, ciawusa, ciawuskę, kobitę z wąsem, pedała, pedała z koprem i studentkę ubraną w zbiorowy gwałt wzrokiem dresa, menela, cwaniaka i ciawusa. A nie. Ciawus udaje, że udaje, bo ciawuska może mu przypierdolić.
    - Tylko ogniska brakuje, dlatego nic ich nie łączy. Ogniska mają moc wiążącą.
    - Cóż... jest koksownik. Ale nikt się przy nim nie grzeje, bo nikt nie chce być w sąsiedztwie reszty. Tu strefa komfortu ogranicza się do pięciu kostek brukowych.
    - A Ty?
    - Co, ja? Jestem jednym z nich. Pełen własnego, niepodzielnego zadowolenia i podzielnej niechęci wzajemnej. To łączy nas wszystkich w Bytomiu.
    - Ale się cyniczny zrobiłeś w tych Bieszczadach. Gdzie Twoje skrzydła? Serce na dłoni, dusza na ramieniu i trzecia ręka przewieszona przez plecy?
    - Spaliłem rękę, kiedy było mi zimno. Długo się paliła. Mahoń długo się pali.
    - Weź przestań. Ale jedno mnie nurtuje. - Mira nurtowała oczywistość. Jak zwykle. - Ci ludzie z pamięci wiedzą, o której co i gdzie odjeżdża? Żadnych rozkładów, czy numerów linii...
    - W większości tak, a reszta, co jeździ sporadycznie, rozgląda się po ludziach.
    - Cholernie bogaty przekrój osobowości.
    - To jest tak. Jak biednieje miasto, wzbogaca się przekrój, jak to psychologicznie ująłeś, osobowości. Nie ma pieniędzy na remonty domów, areszty pęcznieją od ciągnących na lewo prąd, a ciawusy pomagają w likwidacji zwłok przemysłu. Idzie im to sprawniej, choć nie mają dźwigu i maszyn ciężkich, a dwukółki i żyłkę do interesów. Jest jeszcze kilka mechanizmów, ale nie o wszystkich wiem. I teraz stoisz tu ze mną i możesz odgadywać. Jeśli tu mieszkasz, to wiesz. Tamta grupa starych ludzi czeka na 42. Jedzie przez wiochę, a tam głównie starzy żyją swoimi parafialnymi obowiązkami. Obok tej grupy stoi całkiem zwyczajny pacjent i gdyby miał więcej chodnika, stałby dalej. Ten busik jedzie do Będzina, za granicę. Wiesz... Zagłębie, to nie Śląsk. Obok stoi wiekowa mieszanka i trochę studentów. Wszyscy wyglądają inaczej. Też jadą za granicę, do Sosnowca. Tam, gdzie to mrowie licealistów i gimby jest przystanek 623. Jadą do Miechowic. Jest ich tylu, że jadą turami, a ten bus jeździ co kilka minut. Tu, najbliżej nas, gdzie widzisz gwałconą wzrokiem studentkę i kilkunastu eunuchów, czeka się na 820, względnie 830. Jadą do Katowic. Te busy mają najmłodszą załogę.
    - Skąd wiesz, że to eunuchy? - Niepotrzebne pytanie, bo Miro na pewno domyślał się mojej chorej odpowiedzi.
    - Bo noszą rurki. Narzędzi nie pomieścisz.
    - A tam na skraju?
   - Szombierki, Bobrek, Karb, Halemba. 146 i parę innych busów. Widzisz, chłopy z roszczeniowymi mordami i wąsate kobity. Wypisz, wymaluj mieszkańcy górniczych kolonii. Emerytowani górnicy, którym mało i szukają roboty na stróżówkach i sieciach ochroniarskich.
    - Przecież ten tam ledwo się o laskę opiera. Jaki ochroniarz?!
    - Widzisz, to jest dodatkowy atut. Laska wyraża więcej, niż pięć języków obcych.
    - Nabijasz się...
    - Nie. Laska znaczy "ćwierć etatu, 4zł za godzinę netto". To więcej warte, niż młody, bitny chłopak po szkoleniu z ambicjami na co najmniej najniższą krajową i pełen etat.
    - Paranoja. - Miro poddał się.
    - Nie mów tak. Nie wypada. Każdy ma swój ekosystem i jakąś estymę.
    - Co to za estyma? Z takimi ludźmi ma być dobrze w tym mieście? Przecież to cwaniaki, roszczeniowe mendy, złodzieje i...
    - I problem w tym, że cwaniactwo z góry traktujesz jako wadę. Mówiłem o bogactwie osobowości. I dodam, że nie widziałem dotąd miasta mogącego się porównywalnym bogactwem pochwalić. Wszędzie widoczni ludzie żyją od linijki, są poukładani, wyrośnięci i zdziczali w swoim oswojeniu. Tutaj nie. Tu się w ludziach budzą takie instynkty i determinacje, że aż miło popatrzeć. Ja się ich czasem boję. Rzuciłbyś paru takim po milionie złotych, mówiąc, że mają tym hajsem poobracać jak chcą, gdzie chcą, że nie istnieją teraz urzędy, podatki, działalności, czy formularze, a już nigdy nie zobaczyłbyś na oczy obdartusa. Jasne, byliby też tacy, którzy by to przepili, ale oni nie istnieją naprawdę. To zlewy, które są w bogatych i biednych miastach. Wszędzie odsunięci za margines. Dlatego ich się nie liczy.
    - I jak niby obracaliby takim kapitałem?
    - Nigdy się nie dowiesz. Po prostu by mieli więcej i więcej. Wystarczyłoby tylko pozwolić im zarabiać zgodnie z własnym sumieniem.
Miro westchnął niepewny swojego podziwu, zdumienia, czy pogardy.
    - I Tobie się tu chciało wracać?
    - No... - wziąłem głęboki, smogowy wdech -... nigdzie indziej nie nauczą mnie żyć obserwacje. Jeżeli chcesz uczyć się życia, najlepiej to zrobisz bytując gdzieś wewnątrz tego, jak to pięknie psychologicznie ująłeś, przekroju społecznego.


Zwykły, chłodny, marcowy wieczór. Siedzę akurat w pracy, jest chwila przerwy, spokój, to mogę pisać. Od kilku dni śni mi się krótka wycieczka do Gdańska. Nietypowa dość wycieczka, bo jadę do Gdańska z początkiem kwietnia, kupić gitarę. W moim przypadku, jest to wyjazd na drugi koniec Polski. Mam pod nosem kilka sklepów muzycznych, w tym dużych sieciowych salonów z dość pokaźną liczbą gitar. Ale ja się uparłem, że pojadę do Gdańska. Mój obecny instrument lekko dogorywa. Pomoc lutnika zapewne pomogłaby, tylko problem w tym, że dobrych lutników w Polsce jest bardzo mało, a rzemieślnicy z salonu muzycznego nie są godni mojego zaufania. Nie powierzyłbym im nawet takiej, nie drogiej w sumie gitary. Nadarzyła się więc okazja kupić coś nowego, a skoro mogę sobie pozwolić, bo mam perspektywy, nowe motywacje do rozwoju i niesamowity zespół, w którym kocham grać już od lat, postanowiłem zainwestować.

Gdańsk, to miasto oficjalnego dealera gitar marki Martin. Co ciekawe, trudno wskazać młodego pogita, który Martina instrumenty zna. To trochę smutne, bo większość z nich nie wie, że najpopularniejszy kształt pudła gitary akustycznej wymyślono właśnie w manufakturach Martina, a pozostałe firmy bez wyjątku, korzystają z tego. Właściwie nie ma się co dziwić, że mało kto z garażowych szarpidrutów "Kirk Hammet wannabe" słyszał o Martinie. W porównaniu z popularnymi T. Burtonami, Takamine, Ibanezami, czy innymi Morrisonami, Martiny są drogie. Poniżej dwóch tysięcy złotych ciężko znaleźć pudło normalnych rozmiarów (większość w tej cenie to takie wersje pomniejszone). No i poza Gdańskiem, ewentualnie Bydgoszczą raczej nie ma dojścia do szerokiego wyboru tych gitar. Pomijając już fakt, że Martin produkuje tylko gitary akustyczne.

Ale dlaczego tak się uparłem na tego Martina? Cóż, lata wstecz dowiedziałem się, że na jednym z droższych, rzekłbym nawet legendarnych modeli gra Krzysztof Myszkowski. Lider Starego Dobrego Małżeństwa - mojego zespołu katharsis. Zespołu, na którym się wychowałem i który przejął pałeczkę wychowania mnie od moich rodziców bez ich wiedzy. Zacząłem szukać, czytać - co to za marka (a byłem wówczas tak samo nieświadomym pogitem, jak te dzisiejsze małolaty). Nagle okazało się, że na akustykach Martina gra Eric Clapton i John Mayer, a także panowie z Blueberry Smoke. Szukałem dojścia w Polsce. No i tak znalazłem Gdańsk. Tylko wtedy nie pracowałem, nie miałem żadnych pieniędzy, a instrument Martina był poza osiągalnością.

Najlepsze, że nigdy wcześniej poza próbkami i recenzjami na YouTube, nie miałem Martina nawet w ręce. Będę bardzo wściekły, jak dojadę do Trójmiasta, a brzmienie upatrzonego modelu mi nie podejdzie...

Zamierzam wydać na gitarę do czterech tys. zł. Nie więcej. Ponoć w tej cenie mogę mieć doskonałe instrumenty innych marek i to wcale nie najgorszych. Ale nie przyjmuję tego do wiadomości. Ma być Martin i koniec.

To się nazywa hype? Zakochanie? Ślepe ufanie złoconemu logotypowi na główce gryfu? Być może. Ale tak bardzo nie mogę się doczekać tego zakupu, że aż mnie portfel swędzi.

Teoretycznie gitarę można zamówić przez internet. Cóż... nie odważyłbym się. Instrument trzeba dobrze ograć w sklepie. Dlatego wszystkim kupowanie gitar na odległość odradzam. Tu trzeba mieć 100% pewność. Zaufać swojemu uchu, potem sercu, ewentualnie wzrokowi, jeżeli wygląd instrumentu jest dla kogoś ważny.

To będzie nowy etap w moim twórczym życiu. Z zespołem pracujemy nad nowymi kawałkami, niebawem otwieram całkiem nowy kanał na YouTube, zamykając tym samym ten mój poprzedni. I bardzo chcę jeszcze jednego. To takie drugie marzenie. Chciałbym w końcu napisać swoją pierwszą piosenkę. Swoją. Od początku do końca. Proza zawsze szła mi nieźle, ale kiedy brałem się za tekściarstwo... strach wspominać. Gram całkiem nieźle, mam jakąś tam swoją technikę, swój styl. Kij z tym, że wynika on z wielu prób uczenia się technik, które... porzucałem, ale może w tym jest jakieś życie? Gdybaniem i zastanawianiem się jeszcze nikt daleko nie zaszedł. Trzeba brać się w garść i podejmować próby.

Przerwa się kończy, spokój się rozchwiał. Trzeba wracać do brudzenia rąk.


...wypada też składać życzenia urodzinowe, świąteczne, na Nowy Rok. Wypada też nie mówić pewnych rzeczy w towarzystwie, ani nazywać murzynów murzynami. A nie. Tego NIE WOLNO robić. Ale taki jestem przekorny i zły, że nie robię zwykle tego, co wypada.

Ile to już czytałeś takich powitań? W dodatku, jak widzisz - na bloggerze, z którego kpią ci profesjonalni blogerzy? Mieć bloga na googlowskim bloggerze urąga wszak godności.

Cztery lata minęły od ostatniego wpisu. I co to było? Aha... fragment mojej powieści, jakością dorównującej "Admiralette". Postanowiłem powrócić, bo swędzą mnie ręce od nie pisania. Było po drodze kilka blogów na swojej domenie, ale padły, bo nie płaciłem za serwer. Płacenie zmusza do profesjonalizmu i jakiejś systematyczności. Powróciłem tutaj, bo... w sumie zatęskniłem za postacią Konrada, a ten blog to jedyny już nośnik historii o nim. Czytam te stare wypociny i muszę przyznać, że szacun dla mnie, że mi się chciało. Te opowiadania miałyby potencjał. Taki bieszczadzki steam punk. Może kiedyś do tego wrócę. Ale dobra. Po tak długiej przerwie, bogatszy o życiowe doświadczenie, muszę niejako zacząć od nowa, no to przywitam się. Jak na blogera z platformy Google przystało. To tak:

Hejka w moim świecie. To taki mój pamiętniczek. Nie przedstawię się z imienia i nazwiska. Bo chcę tego, no, ten... być bardziej tajemniczy. Tytuł bloga to nie jest wbrew pozorom pusta dekadencja z domieszką introwersji. Po prostu czuję, że trochę nie pasuję do panującego świata. Meh... świat nie może panować. No to do panujących popkulturowych obyczajów. Pozostanę zatem anonimowy, a tu będę wrzucał moje chaotyczne, niespokojne i niedojebane myśli. Przemyślenia, refleksje... i inne ciekawe rzeczy z życia takiej ameby umysłowej jak ja. Możesz mnie obserwować, a kto wie, może i ja Ciebie zaobserwuję? Follow za follow? Sub za sub? 10 za 10? Loda za dżinsy? Czy jakoś tak? Trzeba się wspierać, 4eva noł hejt, stop mowie nienawiści, stop stopom i wszystkie dobro ponad podziałami. Zostań na dłużej, a pokażę Ci zajebiście.

No to zacząłem na pełnej kurwie, skończę na Saszy Grej. Pierwszy, obowiązkowy, kanoniczny i kardynalny post został napisany. Teraz nic, tylko pokazywać swoją pedalską wrażliwość w kolejnych postach. Odpedalanie wrażliwości ku pokrzepieniu serc gnojonym w szkołach rudym prawiczkom i ku wkurzaniu JPowców, chawudepowców, KODowców,

Pogarda prostactwa, cepowstwa rozpoczęta na dobre.

z pamiętnika Konrada

   Ci, którzy wyśmiali moją podatność na mróz, byli jedynymi, z którymi zamieniłem przed kilkoma dniami ostatnie jak dotąd słowa.
   - Słyszelimy o Ludziach Gór. - Sapał cuchnący próchnem dziad. Ale całkiem sympatyczny. - Ale to to Gorce bardziej, nie? Czy już bieszczad sanocki?
   - Nawet bliżej. - Miałem wrażenie, że moja zerowa od zimna dykcja czyni mnie w oczach starucha największą sierotą świata. - Ostatnie większe siedlisko, to dawne schronisko "Enklawa". Przełajka na płaskiej misie między Polańczykiem, a Wołkowyją. Tego pan może nie wiedzieć. Ale tamta konfraternia była niezwykle związana. Nie bez trudu udało mi się od nich odłączyć.
   Dziad zasępił się i zabuczał ponuro. Chyba słyszał więcej niż można było się spodziewać.
   - Iście bida. - Mruknął. - Jak już ostatnie sztandary braterstwa i honoru same się rozdzierają.
   Naprawdę było zimno. Niecierpliwiłem się.
   - Proszę pana, nie mam czasu na refleksje nad ideałami.
   - Myślałem, że to bujda. - Wyjaśnił starzyk. - Alem rychtyk słyszał o nowych ustawach kiepów, które głoszą, że każdego w rewirze Podkarpacia napotkanego łazika niezwłocznie doprowadzić do cytadeli, a samym zjawom nakazano ujmować łazików natychmiastowym nakazem pracy. Ponoć wielu z was połapali, jak zaczęli często dybać ze wzgórków do mieścin, gdzie chleba i prowiantów nakradli. - Zmierzył mnie uważnym, prawie policyjnym wzrokiem. - Ale w imię czego to tak czyniliście?
   - Dziadu, zamarznę zaraz kurwa, naprawdę mi nie w ząb tłumaczyć idee, mówiłem już.
   Stary zarechotał jak zdychająca ropucha.
   - Aaaa! Żeś w sedno utrafił młodziku! Dyć nie w ząb, bo zębów ci braknie zarozki! - Rozbroił mnie jego szczery, poczciwy, dobry uśmiech. Prawie o takim już zapomniałem. - Właźże do chałupy, żywo! Moja Łemkynia nagotowi herbaty jakiej i pajdy z kunserwą zrobi. Wchodź, wchodź. Jedna nocka cię nie zbawi, a musisz pomocy konkretnej potrzebować, skoroś w portki nie narobił idąc tu.
   Wprowadził mnie do swojej skansenowej chaty.
   Krostą skansenu chałupa była jedynie z zewnątrz. W środku tętniła życiem spójna nowoczesność, bez znamion przeżytku i wyrwanych z kontekstu aranżacji. Stary najwyraźniej nie był tylko wypalaczem węgla, przynajmniej nie zwykłym. Retorty i wszystkie polanki ze ścinką w okolicy, po prostu należały do niego. Zawahałem się, kiedy zostałem zaproszony do sporego dziennego pokoju, gdzie z rozdziawioną gębą spoglądał na mnie ogromny telewizor feerią, jaskrawych barw i ostrym obrazem. Siadłem przy szklanym stole na metalowym, obitym skórą, wysokim krześle. Przez ścianę za telewizorem chciały uciec trzy sfotografowane dziewczyny. To były bardzo dobre, miękkie portrety całych, idealnych wręcz sylwetek. Nad oliwkową sofą, na zachodniej ścianie, fałszywe okna chciały być otwarte na modernistyczną panoramę nowego miasta, a metr dalej Katarzyna II czuła się prawdziwie carsko, wraz z Wilhelmem II rysując grubą kreskę na mapie, tak dobrze mi znanej, a mapa chyba chciała wyć, jak ciało, bez znieczulenia połowione skalpelem. Reszta ścian nie znała żadnych twarzy, czy kwiatów, a nawet scenek rodzajowych i fotograficznych wariacji światłem, a jedynie ściana południowa usiłowała zatrzymać czas w obecnie obowiązującej strefie. Bezskutecznie, a jakże.
   Przewiesiłem grubo łatany płaszcz przez oparcie krzesła i czekałem. Ten człowiek mógłby teraz telefonować do najbliższej cytadeli, gdzie zjawy dobrze nagradzały tych, co pomagają łapać bezrobotnych włóczęgów. Ale ja nie miałem nic do stracenia, a ostry jak brzytwa sopel lodu topniał na otuchę, płatek róży ożywał szczerą czerwienią. Kiedy zobaczyłem, jak wysoka, blada kobieta o twarzy hardej mimozy wnosi na sporym talerzu kromki chleba, posmarowane świeżym masłem i od serca przełożone konserwą, tuńczykiem, żółtym serem, pomidorem i papryką, poczułem że chyba mam swoje osobiste prawo zapomnieć na jakiś czas o tej zimie, wielokropku nie kończącym złożonego zdania i od uspokojenia akcji serca rozpocząć nowy akapit. Nieoczekiwanie jakaś irracjonalna wdzięczność... zupełnie irracjonalna i nienormalna wdzięczność wypłynęła mi ze zmęczonych oczodołów. Łemkynia patrzyła na mnie zupełnie bez wyrazu, że aż zacząłem wątpić w jej człowieczeństwo. I nie wiedziałem, co się stało. Po prostu jadłem kanapki, doprawiając je płynną solą łez.



 z pamiętnika Konrada

   Zima w tych górach jest dla twardzieli. Ja nim nie jestem. I bynajmniej nie dlatego, że prawdopodobnie po szkliwie zębów został proszek, który co chwila omiatam językiem. Również nie dlatego, że tutejsi widząc jak drżę, śmieją się, że mam alkoholowe drgawki. Zima w górach jest jak silnie żrący kwas. Definitywnie wyżera resztki brudów, kończy odwieczny cykl życia, wypala smętne owoce przekwitu i na długi czas czyni byt nietykalnym. Albo czyni niebyt. Jednak nawet kwas nie potrafi być bezwzględny bezgranicznie. Szkło jest odporne na kwasy - uczyli mnie w szkole. Nie powiedzieli, że uczucia też. I właśnie dlatego zima jest dla twardzieli. A nauka ma granice.
   Tutejsi mawiają, że kiedy nawet ubierzesz się najcieplej jak możesz, to tylko oszukujesz członki. To sprawia, że każda jedna warstwa odzieży mniej, czyni je jeszcze bardziej podatnymi na mróz. Koniec i kropka. Zima jest i być musi. Lepiej do tego przywyknij, albo oszukuj się dalej i złorzecz na aurę, aż sam zajdziesz w głowę, co ci bardziej przydatne.
   Nie pierwsza to moja zima w górach, ale pierwsza odczuwalna. Mus ruszyć na przełęcze, potem dalej na Wschód, i dalej ku Gorgonom. Wciąż w jednym celu. A przełęcze zawalone śniegiem, nie tarmoszą się już tamtędy furmanki, ani nawet ciężarówki, bo dróg nie odśnieża nikt. Zbyt sporadyczny ruch za wschodnią granicę, by wypuszczać pługi. Tam nie zapuszczają się porządni i rozsądni ludzie. Ale ja nigdy nie byłem poprawny, mainstreamowy i zawsze z lekkim uśmieszkiem drwiny szedłem pod prąd. Tam, gdzie rozsądek stawia kropkę, nadzieja zawsze dostawia jeszcze dwie.
   I powoli stawałem się tym, kogo zrobić ze mnie chcieli. Im dziksze, oderwane od reszty świata sioła odwiedzałem, tym bardziej przekonywałem się, że kropka rozsądku zawsze jest tą pierwszą w wielokropku, a nadzieja miała zbyt poważnie naiwną przewagę dwóch kolejnych. Spoglądali na mnie spode łba ostatni żyjący Łemkowie, Bojkowie i dbający o rodowód Huculi, jakbym przybył z innego kontynentu, a prawo bytu w ich górach nie przewidywało miejsca dla jakiegoś kiepa. Gdyby tylko te zapadnięte, zawszone dziury, gdzie bękarty walają się w błocie wśród uryny i rzygowin ich psów nie znajdowały się na mojej drodze, sprzedałbym współrzędne tych wiosek pierwszej lepszej napotkanej zjawie z najbliższej cytadeli i pluł na zgwałcone chwilę później, ledwie przytomne śledzie tych ksenofobicznych zdzir. Gdybym tylko wiedział, jak traktuje się pielgrzyma, który poza wiktem, miską kaszy i kubkiem kompotu w zamian za porąbanie drzewa do węglowych retort, niczego od nich nie chce. Nie zdziwiłbym się, gdyby te świnie umierały wciąż na tyfus. Oj, nie. Bez gniewu przemierzyłem czerwony szlak, jedyne swoje mienie skarbiąc pod koszulą, w piersi, aż dojrzałem do myśli, że na tym szlaku wypluwa się krew i zostawia zdrowie. Zbyt długo byłem cieniem, prochem i złudzeniem wszystkich mnie mijających. "Córciu, idź dalej. Nikt tędy nie idzie. Nie zwlekaj patrząc na nikogo", "Zmierzcha już, nikogo nam pytać o godzinę i kierunki", "Kurwa w dupę pierdolona matka, ktoś mógłby się pojawić przed nami!". Tyle zwykle słyszałem od mijających mnie. "Ktoś" - czas teraźniejszy niedokonany, "Nikt" - najzwyklejszy przeczący zaimek. Nadzieja była najcieplejszą odzieżą, jaką teraz nosiłem i ostatnim ciepłem podtrzymującym przy życiu mój kurewsko przemarznięty stan. Nadzieja była ostatnim szlachetnym i dobrym uczuciem, jakie miałem  w sobie. Była jak płatek róży zamknięty w foremce do lodów, zalanej po brzegi wodą. Na krwawym szlaku szedłem bez gniewu zbyt długo.
   Aż w końcu postanowiłem założyć buty.
   Przyśnił mi się naukowiec jednej nocy pod śniegową kołdrą śpiąc. Ciekawy, wygłodniały wzrok, tępy, jakby po zażyciu kilku gramów amfetaminy. Wzrok mądrej kurwy w pośredniaku, mówiącej mi "spierdalaj" takim tonem, bym poczuł dreszczyk emocji na myśl o zbliżającej się wycieczce. Wiesz... typowe "sprawdź", "nigdy nie wiesz", "sprzedaj się mi, bo na tobie zarobię, a ja tu będę grzać swoje rodzynki w odbycie na wygodnym krzesełku".
   - Nikt normalny i zdrowy na umyśle nie wlazł w tą polsko-ruską Amazonię. - Mówił podnieconym głosem, bo chyba cała krew z mózgu spłynęła mu do kutasa. - Nie wiem, jaki masz cel, by forsować ten ostatni odcinek ery maczet, włóczni i szamanów, ale... - nerwowo przełknął ślinę, jakby cała nauka wchodziła mu głęboko w dupę łechcąc jakiś punkt "G". - ...ale jak już tam jesteś nawiąż kontakt, jakąś analizę poznawczą, zbadaj historię, legendy... a może oni tam inaczej wyglądają? Podobno Łemkynie są wysokie i napalone. Może strach przed całkowitym wymarciem tego słowiańskiego szczepu powoduje to? A potem opowiedz... albo nie! Świetnie piszesz! Napisz! Napisz i daj mi. Daj, a będzie nad czym spekulować na długie lata!
   - Byłbym zdrowy na umyśle, gdybym drżał z zimna na tym zadupiu w tym celu. Ale ty masz okulary, fartuszek i rumieńce onanisty spuszczającego się na fakty nowej anatomii, nie zrozumiesz tego, że te sioła są mi zwyczajnie obojętne, jak wzrost Łemkynii, łemkowskie pierogi i bojkowskie, czy łacińskie cerkwie. To tylko śmierdzące strzechy przy drodze, po której idę.
   - No to po cholerę tam jesteś? Tam dalej nic nie ma... nic. Tylko przeszłość i inna epoka.
   - Tak. Tam jest przeszłość i lepsza, dawna epoka. Ale nie w twoim znaczeniu.
   - Jebnięty... - stęknął, jakby podniecony, mądry kutas sflaczał podczas intelektualnej masturbacji.
   - Nie zrozumiesz. Nigdy. I niczym się nie różnisz od tych przygranicznych wieśniaków.
   Takie sny miewałem co noc. To tylko moja wyobraźnia i podświadoma pogarda do jajogłowych rysowała tego antagonistę w tak perwersyjnych barwach. Ale i tak nie miałem ochoty być kolejnym zjaranym Tonym Halikiem, ani charyzmatycznym Wołoszańskim i bynajmniej nie pogodnym Nowakowskim. I już chyba całkowicie byłem tym, kogo chcieli ze mnie zrobić ludzie. Czasem teraźniejszym niedokonanym i zaimkiem przeczącym.
Z ostatnich kart mojej ukochanej książki...

"   - Zło, z którym walczyłem - powtórzył wiedźmin - było przejawem działań Chaosu, działań obliczonych na to, by zakłócać Ład. Tam bowiem, gdzie szerzy się Zło, Ład zapanować nie może, wszystko, co Ład zbuduje, runie, nie ostoi się. Światełko mądrości i płomyk nadziei, żar ciepła, miast rozbłyskiwać, zgasną. Będzie ciemno. A w ciemności będą kły, pazury i krew.
   Yarpen Zigrin pogładził brodę zatłuszczoną wyciekłym ze ślimaków czosnkowoziołowym masłem.
   - Bardzo to ładnie powiedziane, wiedźminie - przyznał. - Ale, jak rzekła młodziutka Cerro do króla Vridanka na ich pierwszej schadzce: "Niebrzydka rzecz, ale czy ma jakieś zastosowanie praktyczne?"
   - Racja istnienia - wiedźmin nie uśmiechnął się - i racja bytu wiedźminów zostały zachwiane, albowiem walka Dobra ze Złem toczy się teraz na innym polu bitwy i zupełnie inaczej jest prowadzona. Zło przestało być chaotyczne. Przestało być ślepą i żywiołową siłą, przeciw której wystąpić musiał wiedźmin, mutant równie morderczy i równie chaotyczny jak samo Zło. Dziś Zło rządzi się prawami - bo prawa mu przysługują. Działa w myśl zawartych traktatów pokojowych, bo pomyślano o nim, owe traktaty zawierając...
   - Widział pędzonych w południe osadników - domyślił się Zoltan Chivay.
   - I nie tylko - dodał poważnie Jaskier. - Nie tylko.
   - I co z tego? - Yarpen Zigrin siadł wygodniej, splótł dłonie na brzuchu. - Każdy coś widział. Każdego coś kiedyś wkurzyło, każdy kiedyś na krócej lub dłużej stracił apetyt. Albo sen. Tak bywa. Tak bywało. I tak bywać będzie. Więcej filozofii, jak i z tych skorup tutaj, jako żywo z tego nie wyciśniesz. Bo i nie ma więcej. Co tobie nie w smak, wiedźminie, co tobie nie po myśli? Zmiany, którym ulega świat? Rozwój? Postęp?
   - Może.
   Yarpen milczał długo, patrząc na wiedźmina spod krzaczastych brwi.
   - Postęp - rzekł wreszcie - jest jak stado świń. I tak należy na ów postęp patrzeć, tak go należy oceniać. Jak stado świń łażących po gumnie i obejściu. Z faktu istnienia tego stada wypływają rozliczne korzyści. Jest golonka. Jest kiełbasa, jest słonina, są nóżki w galarecie. Słowem, są korzyści! Nie ma co tedy nosem kręcić, że wszędzie nasrane.
   Wszyscy milczeli czas jakiś, rozważając w duszach i sumieniach różne ważne rzeczy i sprawy.
   - Trzeba się napić - rzekł wreszcie Jaskier.
   Nikt nie zaprotestował.
(...)
   Geralt zapatrzony w okno, uśmiechnął się do własnych myśli i marzeń.
   - Ciemność, o której mówisz - powiedział - to stan ducha, nie materii. Do walki z czymś takim trzeba wyszkolić całkiem innych wiedźminów. Najwyższy czas zacząć. (...) Przechodzę w stan spoczynku.
(...)
   - Skończył z wiedźmiństwem - powtórzył wreszcie przeciągle Yarpen Zigrin. - Ha! Sam nie wiem, co o tym myśleć, jak powiedział król Dezmod, gdy przyłapano go na oszukiwaniu w karty. Ale podejrzewać można najgorsze. Jaskier, ty z nim podróżujesz, dużo z nim przestajesz. Zdradza inne objawy paranoi?
   - Dobra, dobra - Geralt miał twarz kamienną. - Żarty na bok, jak powiedział król Dezmod, gdy wśród uczty goście nagli zczęli sinieć i umierać. Powiedziałem, co miałem do powiedzenia. A teraz do czynów.
   Zdjął miecz z oparcia krzesła.
   - Oto twój sihill, Zoltanie Chivay. Zwracam ci go z podziękowaniem i ukłonem. Posłużył. Pomógł. Ratował życie. I odbierał życie.
(...)
   - Yennefer i Ciri - spytał po małej chwili Yarpen - mają coś wspólnego z twoją decyzją?
   - Wiele.
   - Tedy wszystko jasne - westchnął krasnolud. - Nie bardzo wiem, co prawda, jak ty, profesjonał od miecza, zamierzasz się sustentować, jak masz zamiar urządzić sobie byt doczesny. Choć nijak, choćbyś zęby rwał, nie widzę cię w roli, weźmy, takiego plantatora kapusty, cóż jednak, wybór trzeba uszanować. Gospodarzu, pozwól! Oto miecz, mahakamski sihill z kuźni samego Rhundurina. Był to podarek. Obdarowany go nie chce, darowującemu przyjąć zwrotu nie wolno. Weź go więc ty, przymocuj nad kominem. Przemianuj karczmę na "Pod Wiedźmińskim Mieczem". Niech tu w zimowe wieczory płyną opowieści o skarbach i potworach, o krwawej wojnie i zaciekłych walkach, o śmierci. O wielkiej miłości i o niezłomnej przyjaźni. O odwadze i honorze. Niechaj ten miecz nastraja słuchaczy i zsyła natchnienie bajarzom. A teraz nalejcie mi, panowie, w to oto naczynie wódki, albowiem będę mówił dalej, będę wygłaszał głębokie prawdy i różne filozofie, w tym egzystencjalne. (...) Postęp będzie rozjaśniał mroki, bo od teego ów postęp jest, jak ta nie przymierzając dupa od srania. Będzie coraz jaśniej, coraz mniej będziemy bali się ciemności i zaczajonego w niej Zła. Przyjdzie, być może, i taki dzień, kiedy w ogóle przestaniemy wierzyć, że w tej ciemności coś czyha. Będziemy takie lęki wyśmiewać. Nazywać dziecinnymi. Wstydzić się ich! Ale zawsze, zawsze będzie istniała ciemność. I zawsze będzie w ciemności Zło, zawsze będą w ciemności kły i pazury, mord i krew. I zawsze będą potrzebni wiedźmini.
(...)"

Andrzej Sapkowski - "Pani Jeziora" - tom V sagi o wiedźminie
z ostatniego listu Konrada.


Nie będziemy mówić za cicho, za czule
Los rozliczył nas ze słów zbyt miękkich
Wiatr nie ma siły i niechętnie już ust dotyka
Za dużo jadu na nich mamy

On nosi zmiany, pozwólmy mu nieść te lepsze
Choć tak kusi znów uczynić go posłańcem
Zapomnieć się, by łatwiej zapomnieć
Że choć wieczny, zmierza donikąd

Lepiej przywyknąć, lepiej ochłodzić
Z końca języka usunąć liter nadmiary
Zdjąć imperatyw jak stary plaster
Chłód zagoi, zabliźni posłowne zadry

Kto przez słowa zdobywa, słowami traci
Komu słów zbywa, temu słów zabraknie
Kto słowem zabił, tego zabije już odczyt wyroku...
Gdy sądzić będą go własne słowa

Nie patrz z zawodem, nie szukaj drugiego dna
I co? Nie umiesz mówić, bo teraz po twarzy wiatr
Smaga piachem po oczach, sypie do ust
Tyle warty był twój krzyk, tyle warty był twój krzyk
Nie zamykaj oczu za wcześnie. Nigdy nie wiesz, kiedy potrzebne będą tym, którzy zaraz otworzyć swoich już nie będą mogli...

Znalezione gdzieś słowa pewnego nowojorskiego taksówkarza:

"Przyjechałem pod adres do klienta, i zatrąbiłem. Po odczekaniu kilku minut, zatrąbiłem ponownie. Miał być to mój ostatni kurs tego wieczoru i pomyślałem że wrócę do "bazy", ale zamiast tego zaparkowałem samochód, podszedłem do drzwi i zapukałem. "Minutkę!", odpowiedział wątły, starszy głos. Usłyszałem odgłos tak jakby coś było ciągnięte po podłodze...

Po długiej przerwie, otworzyły się drzwi. Stała przede mną niska , na oko dziewięćdziesięcioletnia kobieta. Miała na sobie kolorową sukienkę i kapelusz z dopiętym welonem; wyglądała jak ktoś z filmu z lat czterdziestych.

U Jej boku była mała nylonowa walizka. Mieszkanie wyglądało tak, jakby nikt nie mieszkał w nim od lat. Wszystkie meble przykryte były płachtami materiału.

Nie było zegarów na ścianach, żadnych bibelotów ani naczyń na blacie. W rogu stało kartonowe pudło wypełnione zdjęciami i szkłem.

"Czy mógłby Pan zanieść moją torbę do samochodu?", zapytała. Zabrałem walizkę do auta, po czym wróciłem aby pomóc kobiecie.

Wzięła mnie za rękę i szliśmy powoli w stronę krawężnika.

Trzymała mnie za ramię, dziękując mi za życzliwość. "To nic", powiedziałem, "Staram się traktować moich pasażerów w sposób, w jaki chciałbym aby traktowano moją mamę."

"Och, jesteś takim dobrym chłopcem" , odrzekła. Kiedy wsiedliśmy do samochodu, dała mi adres, a potem zapytała: "Czy mógłbyś pojechać przez centrum miasta?

"To nie jest najkrótsza droga", odpowiedziałem szybko, włączając licznik opłaty.

"Och, nie mam nic przeciwko temu", powiedziała. "Nie spieszę się. Jestem w drodze do hospicjum..."

Spojrzałem w lusterko. Jej oczy lśniły. "Nie mam już nikogo z rodziny", mówiła łagodnym głosem. "Lekarz mówi, że nie zostało mi zbyt wiele..."

Wyłączyłem licznik... "Którędy chce Pani jechać?"

Przez następne dwie godziny jeździliśmy po mieście. Pokazała mi budynek, gdzie kiedyś pracowała jako operator windy.

Jechaliśmy przez okolicę, w której żyła z mężem jako nowożeńcy. Poprosiła bym zatrzymał się przed magazynem meblowym który był niegdyś salą balową, gdzie chodziła tańczyć jako młoda dziewczyna.

Czasami prosiła by zwolnić przy danym budynku lub skrzyżowaniu, i siedziała wpatrując się w ciemność, bez słowa.

Gdy pierwsze promienie Słońca przełamały horyzont, powiedziała nagle "Jestem zmęczona. Jedźmy już proszę". Jechaliśmy w milczeniu pod wskazany adres. Był to był niski budynek z podjazdem, tak typowy dla domów opieki.

Dwaj sanitariusze wyszli na zewnątrz gdy tylko zatrzymałem się na podjeździe. Musieli się jej spodziewać. Byli uprzejmi i troskliwi..

Otworzyłem bagażnik i zaniosłem małą walizeczkę kobiety do drzwi. Ona sama została już usadzona na wózku inwalidzkim.

"Ile jestem panu winna?" Spytała, sięgając do torebki.

"Nic", powiedziałem.

"Trzeba zarabiać na życie", zaoponowała.

"Są inni pasażerowie," odpowiedziałem.

I nie zastanawiając się kompletnie nad tym co robię, pochyliłem się i przytuliłem Ją. Objęła mnie mocno.

"Dałeś staruszce małą chwilę radości", powiedziała. "Dziękuję".

Uścisnąłem jej dłoń, a następnie wyszedłem w półmrok poranka .. Za mną zamknęły się drzwi - był to dźwięk zamykanego Życia ..

Tego ranka nie zabierałem już żadnych pasażerów.Jeździłem bez celu, zagubiony w myślach. Co jeśli do kobiety wysłany zostałby nieuprzejmy kierowca, lub niecierpliwy aby zakończyć jego zmianę? Co gdybym nie podszedł do drzwi, lub zatrąbił tylko raz, a następnie odjechał?

Myśląc o tym teraz, nie sądzę, abym zrobił coś ważniejszego w całym swoim życiu.

Jesteśmy uzależnieni od poszukiwania emocjonujących zdarzeń i pięknych chwil, którymi staramy się wypełnić nasze życia.

Tymczasem Piękne Chwile mogą przydarzyć się nam zupełnie nieoczekiwanie, opakowane w to, co inni mogą nazwać rutyną. Nie przegapmy ich.."
W ciemnych pokojach, punktowe światełka liżące blat. Mleczne smugi szklanych ekranów. Stukają opuszki palców miarowo i powoli. Jedyna pociecha w tym, że zabierają im czas i prowadzą jeszcze głębiej w noc. Piętro wyżej jakieś kroki, piętro niżej sen. Oni są cholernymi introwertykami. Używają tych samych słów, co ci drudzy i darzą siebie identycznymi gestami, tylko po to aby ich unikać za chwilę. Szukają zbywającego czasu, który niczym nie różni się od czasu prawdziwie wolnego. Kilka prostych, uroczych słów na smugach ekranów i jakieś nikłe cienie w punktowym świetle żarówek. A cała reszta idzie naprzód swoim tempem. A oni tacy nie na temat...
z pamiętnika Konrada

Retrospekcje ze Świata Wielkiego.
To nie do końca tak, że przed drogą wędrówki, moja droga życia w mieście była pusta i bez smaku. Pióro imało się mnie równie często, jak teraz. I choć z Matką Poezją przeprosić się nie umiem do dziś, jej odbicie bez kilku detali i zmyślnych głębi towarzyszyć mi będzie do końca życia w pokropionych jej zapachem kartach tego dziwnego pamiętnika. 
Jakkolwiek, Ikarze mnie postrzegasz, jako outsidera - nawet wtedy, tak nie do końca jest to prawdą. Zawsze bowiem istniał człowiek, jako fundament życia. Do człowieka kieruję słowa, człowiek jest obiektem moich obserwacji i wszelki jego typ nie jest mi obcy i niezrozumiały. Może poza tymi, którzy nie mają w sobie nic, prócz sztyletu ukrytego w rękawie i dosłownie, i w przenośni. Tacy są mi niezrozumiali, niczym zjawy, mary... i potępiam ich jak mogę. Mimo to, prawdziwi ludzie się mnie boją. Wiesz, co smuci mnie najbardziej? Że boją się mnie ludzie, którzy stali się mi bliscy. Zauważyłem, że moja prostolinijność potęguje ten strach. Moje proste, dobre, najzwyczajniej naturalne zasady są powodem obaw i strachu.

Kiedy mówię, nie rzucam słów na wiatr. To chyba logiczne, że oczekuję tego samego od ludzi. Nie skrywam emocji, nie pozwalam sobie na dwuznaczność. Jeżeli nie jestem pewien, nie mówię nic, albo mówię otwarcie o swoich wątpliwościach. Nic wtedy nie komplikuję, mam jasność przed sobą samym. Ikarze, ludzie tego nie rozumieją. Myślą, że przecież jutro, za tydzień, za miesiąc zmienię zdanie i całość nie będzie już istotna. Strach przede mną i moją prostolinijnością i naturalnością jest objawiany przez unikanie, ignorancję, zapomnienie. Przyjacielu, nie ma na to usprawiedliwienia. Nawet to, że w ludzką naturę powoli wdziera się tendencja do komplikowania sobie wszystkiego. Ludzie przestają mówić otwarcie, co myślą, stają się niedostępni, zimni, wrzucają do jednego wora pomyłek każdego nawet życzliwego człowieka. Tacy potem muszą walczyć, bo gdyby nie walczyli, staliby się tacy sami jak reszta w tym worku, czyli nieczuli i zamknięci. 

Ikarze, mówiłeś, że to nie prawda, że niepewność jest gorsza od najbardziej niekorzystnej prawdy. Nie do końca się z tym zgodzę. Widzę, że niektórzy ludzie postrzegają to inaczej. Wolą nie wiedzieć, dla własnego komfortu, nie znać prawdy. To smutne, jak ludzie boją się rzeczy najpewniejszych, a tymi wieloma niepewnymi potrafią się bawić. Ja chyba nie pasuję. Po co sobie komplikować życie, czy nie lepiej mówić to, co czujemy, że musimy powiedzieć? Mam już dość tego strachu ze strony ludzi. Mam dość milczenia i pojawiania się tylko wtedy, kiedy jestem potrzebny, kiedy komuś zbywa czasu.

Nawet się nie zorientowałem, kiedy zacząłem pisać czasem teraźniejszym. Chyba zbyt jestem pamiętliwy.

Dalej na szlaku. Szukam Jej.
z pamiętnika Konrada


    - Czy myślisz, że miłość znika, kiedy się nie widzimy? - Miałem wrażenie, że Ona ma już dość wątpliwości w moich oczach, których tak bardzo chciałbym się pozbyć, ale nie potrafię.
     - Być, to być widzianym. A czy ja dla ciebie istnieję, kiedy nie ma mnie obok?
     - Tak.
    Znów bezskuteczna walka gdzieś głęboko w spojrzeniu.
     - Wiem co tam widzisz na dnie...
    - Nie bój się. To niczego nie zmienia. Po prostu muszę być bardziej zdecydowana, kiedy wkrótce stoczę tę walkę za ciebie. I dla ciebie. Walkę o ciebie. Może to samolubne z mojej strony, bo chcę widzieć w twoich oczach ten spokój i fascynację wszystkim, co moje. Jak kiedyś, gdy widziałam cię po raz pierwszy.
    - Nawet jeżeli, to ta fascynacja kiedyś ustąpi. Może dotkliwej normalności? Może upadlającej rutynie?
    - Ustąpi, wiem. Ale nie temu. Będziemy prości, będziemy naturalni, innych będzie to dziwić. Zmieniać się będziemy, a innymi słowy poznawać bardziej. Mamy na to całe życie. Tak jak wiele rzeczy powoli zmienia się w najbliższym świecie, tuż za oknem na tyle wolno, byś wciąż rozumiał i czuł, że w dalszym ciągu jesteś w domu. Bo to ten sam dom, te same fundamenty, te same ważkie akcenty, faktury, istotne detale, które mimo zmian za oknem pozwalają nadal to miejsce nazywać domem. Tak to będzie wyglądać.
     - A jeżeli wydarzy się coś... - postanowiłem mocne słowa, jakie noszę od dawna w sercu, teraz w końcu wypowiedzieć. W końcu... jeśli Ona nie kłamie, to niczego nie zmienią. - ...nieoczekiwanego. Widzisz, jestem bardzo niezmienny. Za bardzo być może cenię pokój sumienia, by obciążać je wyrzutami i poczuciem, że spowodowałem czyjąś pogardę mną. To może też egoizm? Ale wiem, że jeśli ktoś kogoś tu skrzywdzi, to będziesz to ty.
     - A uwierzyłbyś, gdybym tobie powiedziała to samo o swojej stałości i niezmienności?
    Nie wiedziałem co odpowiedzieć tym oczom, w których odzwierciedliła się iskierka bólu. Musiałem jednak. Musiałem ją sprawdzić tamtymi słowami. Sporo widziałem i doświadczyłem na szlaku. Chciałem ją sprowokować do walki o mnie już teraz. I chyba mi się to udało.
    - Dobrze, nie mów nic na razie. - Rzekła niespodziewanie spokojnie. - Nie mam zamiaru uzurpować sobie tak prędko twojego zaufania. Zapamiętaj jednak jedno. Kiedy za długo będę milczała, uruchom inne zmysły. Takie, które dostrzegą w ciszy moje gesty. Bo nimi udowodnię ci i rozliczę się z każdego słowa, które dziś wypowiedziałam.


(...)A teraz Jej już tylko mogę szukać, choć tyle niewiadomych, tyle złych poszlak, że miałeś Niepoprawny Ikarze rację. Jeżeli jednak się myliłeś, to niech wezmą cię diabli.
Nie czuję się poetą i nigdy się nie czułem tak naprawdę, nie myślałem jak poeta, nie zachowywałem się jak poeta i nie chciałbym się czuć ani zachowywać. Kiedyś po prostu lubiłem wdzięczne słowa i frazy. Teraz już wiem, że w niczym mi to nie pomagało, pogrążając jedynie w mroku.


Coraz więcej wkoło ludzi
O Człowieka coraz trudniej
Moja bardzo wielka wina
Edward Stachura

Strasznie przytłaczał go chaos, jaki panował w wagonie. Nie lubił podróżować w tłoku, co na szczęście rzadko zdarzało się rzadko. Tamtego popołudnia natomiast nie słyszał nawet własnych myśli. Trzydziestka, może czterdziestka młodych ludzi, najwyraźniej wracała z jakiejś szkolnej wycieczki. Nauczyciele, nawet jeżeli jeszcze żyli, nie mieli żadnego wpływu na rozwrzeszczaną, szeleszczącą i zupełnie niezmęczoną bandę gówniarzy.
Konrad westchnął ciężko i sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki, by wydobyć z niej odtwarzacz MP3 owinięty słuchawkami. Prawie zaklął, kiedy niestety okazało się, że bateria jest rozładowana, a nie ma żadnej zapasowej. Wtedy spostrzegł, że ktoś siadł naprzeciw niemu, uśmiechając się porozumiewawczo.
   - Cześć. – Odezwał się nieznajomy.
  Konrad kiwnął jedynie głową, mierząc nowego towarzysza podróży swoim rutynowym spojrzeniem, by ocenić po wyglądzie poziom ewentualnej konwersacji. Mężczyzna zdawał się być prostym, zupełnie przeciętnym człowiekiem, prawdopodobnie wracającym z pracy do domu. Nosił brązową sztruksową kurtkę, pod nią kremowy golf i ciemno granatowe jeansy. Zza przymkniętych powiek płynął czysty szafirowy kolor, maskując spojrzenie, jak gdyby nieznajomy bronił się przed siłą oczu i możliwością dostrzeżenia w nich wszystkiego. Na czole znajdowała się stara blizna, chyba po drucie kolczastym. Ręce mocno splecione na piersi sugerowały postawę zamkniętą, mimo to jednak mężczyzna odezwał się pierwszy i sprawiał wrażenie, jakby czekał na identyczny odzew, gdyż skinięcie głową w ramach odpowiedzi nie wystarczało.
   - Myślałem, że może rozmowa pozwoli odwrócić uwagę od tej rozkrzyczanej młodzieży…
  - Cześć. – Odrzekł w końcu Konrad zachrypniętym głosem. – Chyba zbytnio przywykłem do spokoju. Drażni mnie byle szum.
   Nieznajomy skrzywił usta w lichym uśmiechu i zerknął do góry na bagażówkę. Leżała tam gitara Konrada zamknięta w mocnym, sarkofagowym futerale.
   - Nic dziwnego, skoro jesteś artystą. Mam na imię Jerzy.
   - Konrad.
   - Miastowy outsider?
   - Raczej drogowy obserwator. Lubię jeździć pociągami. Widzieć w nich różnych ludzi, patrzeć na nich, odgadywać ich sumienia, osobowości. Pisać o nich.
   - O, to ciekawe. O wiele ciekawsze od nie zwracających na nic uwagi przejezdnych.
   Trafnie scharakteryzowany jako artysta, Konrad rozmyślał nad wyrazem twarzy Jerzego. Człowiek ten nie miał zbyt wielu okazji do rozmów przedziałowych. W zasadzie Konrad nie miał nic przeciwko takowym, a temat padł już wcześniej. Miało popłynąć wyjaśniające wiele rzeczy opowiadanie o zapętlonych, jak piosenka w odtwarzaczu artysty myślach tych wspomnianych, przezroczystych przejezdnych.
   - Tak mnie zastanawia... - Jerzy zaczął pierwszy. - Co bystre oko artysty może zauważyć w obcych twarzach?
   - Raczej, co może odgadnąć. Trudno jest coś zauważyć, ogarnąć którymś zmysłem, nie zamieniając z obserwowaną osobą słowa. A ja raczej nie rozmawiam. Zamykam przypuszczenia i oceny wewnątrz siebie. - Konrad spojrzał z ukosa na dwie młode dziewczyny, wycieczkowiczki stojące na korytarzu pociągu. Uśmiechnął się lekko. - To fascynujące, jeżeli zostawiasz dla siebie pewne wnioski.
   - Sporo ludzi nie ma czasu na myślenie o swoim życiu prywatnym,a co dopiero myśleć o obcych. - Zauważył Jerzy.
   - Rozmyślania nad swoim życiem zwykle kończą się tak samo. Nikt nie jest sam, bo wszyscy żyją w jakiejś społeczności. Kiedy zagłębiam się w trudne pytania o sobie samym, odpowiedzi albo nie znajduję, albo powraca wiecznie ta sama, którą usłyszeć chce moje ego. Lepiej poznasz siebie, odgadując wnętrze innych.
   - No właśnie, jak to jest? - Mężczyzna oparł głowę o okno dla większej wygody. - Brak innego wyjścia, chcąc rozwiązać problem z sobą, czy też strach przed potwornością marnego człowieczeństwa?
   - Gdyby człowieczeństwo nie było potworne, nie byłoby człowieczeństwem. Zobacz, dla ilu gatunków jesteśmy potworami. To gatunki mniejsze, których nigdy nie zrozumiemy, bez względu na to, jak dobrze wydaje nam się, że je znamy. My z kolei obawiamy się gatunków większych, które istotnie mogą nam zrobić krzywdę. Ale taka jest natura niektórych. Człowiek ma zawsze wybór, choć i tak dla świerszcza, mrówki, czy biedronki będzie potworem. - Konrad sięgnął po butelkę coli stojącej na stoliczku przy oknie. Pociągnął spory łyk. - Nie. Tego nie należy się obawiać. Nie obawiać się żadnych potworności, zwłaszcza tych w nas. Trzeba tylko wybierać dobrze i mądrze.
   - A zatem, szukanie źródeł swoich niezrozumiałych zachowań?
  - Możliwe. - Artysta cmoknął i sięgnął po papierosa. - Nie wyjaśnię ci do końca na swoim przykładzie.
   - Pierwsze zaciągnięcie zawsze smakuje najgorzej. Konrad lekko się skrzywił i szybko popił colą. Jerzy wyjął swoje papierosy, zapalił i też szybko się zaciągnął. Ale artysta zauważył, że mężczyzna ma większą wprawę w paleniu. Pół metra gęstego dymu wydmuchał jak parę z ust na mroźnym powietrzu.
  - Dobrze, Konradzie. Pomijając już natury, powołania, potworności i zwyczaje poszczególnych gatunków, po prostu powiedz mi, dlaczego obserwujesz? Na to pytanie chyba znajdzie się nieskomplikowana odpowiedź?
   - Taki wybrałem sposób na życie. Najkrócej.
   - Dobrze... w takim razie rozwiń, proszę.
  - Widziałeś gitarę na bagażówce. Na tej podstawie oceniłeś, że jestem artystą. Ale sama gitara jeszcze nic nie znaczy. Może to prezent dla kogoś. Może po prostu nie jest moja. Może gram od święta na jakichś wiejskich potupajkach. Gitara jednak schowana w tym zmęczonym sarkofagu nakierowała twoje myśli na pewne tory, więc nie jestem dla ciebie powierzchownie tylko zwykłym kolesiem z gitarką. Zobaczyłeś coś jeszcze. Zirytowanie tą bandą smarkaterii, wymowna mimika mojej twarzy. Zajrzałeś dalej. Głębiej. I mój życiowy kontur odgadłeś trafnie. I ja robię podobnie. Gitara, słowo, pióro, papier i dzięki Bogu wciąż zdolne struny głosowe, to mój sposób na życie. Ileż można śpiewać o sobie i myśleć, z której strony by tu się jeszcze wyidealizować. Zacząłem patrzeć na żegnające się w spazmach wzruszenia i właśnie zasiewanej tęsknoty pary zakochanych, pod wiatami brudnych peronów. W tych gestach praktycznie obnażają się z emocji, które sypią się po kostce brukowej i toczą do studzienek. Jakże mógłbym tej wartościowej monety nie podnieść i schować tam, gdzie jej miejsce, czyli do sztuki? Cholera, Jerzy, oni mogą się nie widzieć lata, bo poza miłością nie mają nic, a on z tego tytułu jedzie na obczyznę zrywać truskawki, by móc swoją tęsknotę wyrażać prezentami i samą zarobioną gotówką dla niej. A tylu ludzi wkoło ma to w nosie, nikt nie zwróci uwagi, nie zawiesi choćby cienia myśli na nich, nie pochwali w duchu wzorowo okazanej sobie miłości w przedłużającym się nazbyt pożegnaniu. Dlatego robię to ja. Pewnie nie usłyszą o sobie nigdy piosenki. Ale ona będzie, jako moja słowno-muzyczna fotografia, gdzie w kadrze nut i fraz, królują oni. Ale nie każdego da się odgadnąć. Czasami po prostu nie ma czego odgadywać. Czasem nie wypada.
   - Słowem, po prostu szukasz Człowieka.
   - Jest coraz trudniej. Czy przykład tych dwojga jest dla ciebie czytelny?
   - Trafny. Zrozumiały. Au! Cholera...
   Jerzy roztarł wewnętrzną część lewej dłoni, sycząc z bólu. Zaraz potem, dziwną bliznę na czole.
   - Wszystko w porządku?
   - Tak, tak. Mów dalej.
    Przedział został zalany w połowie czerwienią z wolna zachodzącego słońca, a w połowie bladym, mocno kontrastowym punktowym światłem. Pociąg zatrzymał się na zimnym dworcu wynaturzonego miasta. Boczne, zachodnie światło omijało rampę peronu, po którym pasażer gęsto się ścielił i rozkładał na oczach tych dwóch w przedziale. Wiatr rozwiewał włosy w każdą stronę, a bezpańskie kundle szarpały kości, jak na powitanie znienawidzonego pana.
    Konrad otworzył oczy. Wagon był pusty i cichy. Jerzy nadal tarł obolałą dłoń posykując z cicha.
  - Stare rany bolą bardziej, niż nowe. Wysiadam na kolejnej stacji. Nigdy nie wysiadam na dworcach. - Powiedział Jerzy.
   - Widać.
   - Coś odgadłeś we mnie? - Uśmiechnął się, pochylił, opierając łokciem o kolano.
   - Odgadując mnie i słuchając mojej specyficznej mowy, której nie uświadczysz chyba przez długi czas, o ile w ogóle, odgaduję głęboko zakorzeniony strach przed brakiem Człowieka. Wysiadłbyś dużo wcześniej gdyby nie ja, przez tych bachorów. Tyle wywnioskowałem, kiedy mnie słuchałeś. Jak na ciebie patrzę, to jesteś chodzącym symbolem. Z tą blizną i tą nie zagojoną raną sprzed lat. Długich lat. Powracający ból, to ciągłe przypomnienie o końcu Człowieka. Blizna i rany są widoczne i zwracają uwagę, ale szary przejezdny jest wzrokowcem i nie powiąże ich z żadnym znaczeniem. Dla niego to obraz bez treści. Niczym picie z pustej szklanki, bo jest ładna i dobrze wygląda przechylana w stronę ust. Powierzchowność daje ci w kość. No i jak w każdej podniesionej przeze mnie monecie wartej ukrycia wewnątrz sztuki, jest w tobie coś więcej.
  - Nic dodać, nic ująć. Przynajmniej nie muszę się tego wstydzić. Więcej zobaczyć z pewnością możesz, ale wydaje mi się, że nie chcesz?
  - „Więcej” jest tylko twoje. Nie mam prawa uzurpować tego nawet dla takiego sacrum, jakim jest sztuka.
    Pociąg zaczął hamować. Dojeżdżał do małej, opuszczonej stacyjki, na której nikt nie wsiądzie. Jerzy podniósł się powoli.
   - Konradzie, kiedyś Człowiek uciekł ode mnie. Czasem namiastka Człowieka, kiedy już z nadzieją patrzę na powrót starych dni, rozpłynie się, bo przestraszy historii wypisanej na tych dłoniach, na tym czole. Trzeba było się spieszyć za każdym razem, by nie zdążyć się zawieść. Przywykłem do tego, ale potem prawie opuściło mnie poczucie sensu.
   Nie tylko ty, towarzyszu krótkiej podróży dzielisz ludzi na Człowieka i na zjawę. Byt wędrowcy nie jest korzystny dziś dla świata, ale potrzebny dla skrawka ziemi, po którym idziesz. Jest ostatnim śladem ratunku na wszystkich szlakach, gdzie ucieka ostatni Człowiek. I ja tam zmierzam, na spotkanie niespodziewane. Dziś nie musiałem się nigdzie spieszyć. Zauważyłem, kto wie, może dzięki nieobecnej już młodzieży, z kim dzielić będę przedział. Konradzie, jesteś Człowiekiem, którego nie spotkałem dawno. „Dawno temu usilnie myślałem o ratowaniu świata, potem ludzkości, a potem by się nie narzucać ni światu, ni ludzkości, zacząłem mierzyć siły na zamiary i postanowiłem ratować, co się da”.
    - Piękna parafraza... - Konrad uśmiechnął się pełen uznania.
    - Wiedziałem, że nie będzie ci obca. - Jerzy wyciągnął dłoń w stronę artysty. - To była prawdziwa radość i uciecha dla serca poznać kogoś, kto omija kurtuazyjne „nie znamy się jeszcze na tyle, by gadać o duszy i wzruszeniach” i potrafi z Człowiekiem nie trwonić słów na wymianę uwag na temat gustów, pochodzenia, ulubionych zwyczajów, tylko przejść do rzeczy. Tak mało dziś rzeczowych rozmów toczy świat. Ludzie wszystko chcieliby poznać i zaszufladkować.
   - Bywaj zdrów, Jerzy. Moje „dziękuję” płynęło od samego początku
   - Bywaj!
   Konrad zaniósł się milczeniem. I jechał dalej, szukać poezji.

Nie jestem jakoś szczególnie oczytany. Ale od pierwszego przeczytania, pokochałem wiedźmińską sagę Andrzeja Sapkowskiego. Ze względu na klasyczną fantasy, bez usilnie oryginalnych światów i pojaranych pomysłów na awangardę. Ze względu na polskość. Język. Dialogi. Bogate i dające się lubić postaci. Przede wszystkim ze względu na aktualność i morały. Tak. Te powieści są mi bliższe, niż nudny kanon zapamiętany z czasów szkolnych. Przejmują, bawią, wzruszają. 
I tak chłonąc kolejny już raz całą sagę, wciąż natrafiam na coś nowego, czego nie dane było mi zauważyć wcześniej. Tom III - "Chrzest Ognia". Geralt rozmawia z Marią Barring, zwaną Milvą (w starszej mowie Kania), która jest w stanie odmiennym. Są na szlaku. Długim, męczącym. Szlaku, który może okazać się błędnym. I do tej pory ciągle zastanawiałem się, dlaczego Milva w ogóle dołączyła do Geralta? Co ją pchnęło do tego? Dlaczego iść za nim w nieznane? Na ratunek utraconej córce i utraconej kobiecie? Poniższy fragment przeczytałem kilka razy, nim dotarł do mnie jego prawdziwy sens.

En'ca minne - maleńko miłości.

"(...)Milczał. Pozwalał ramieniu, by mówiło za niego.
    - A zresztą po co mi to wiedzieć. Wampir wnet sporyszu nagotowi... Przyjdzie wam ostawić mnie gdzie w jakiej wsi... Nie, nie gadaj nic, milcz. Ja wiem, jakiś ty. Ty nawet twej narowistej kobyły nie porzucisz, nie ostawisz, na inną nie wymienisz, choć odgrażasz się cięgiem. Tyś nie z takich, co ostawiają. Ale teraz mus. Po sporyszu na kulbace nie usiedzę. Ale i to wiedz, że gdy ozdrowieję, ruszę za wami w ślad. Bo chciałabym, byś twoją Ciri odnalazł, wiedźminie. Byś ją z moją pomocą odnalazł i odzyskał.
    - To dlatego pojechałaś ze mną - powiedział, trąc czoło. - Dlatego.
    Opuściła głowę.
    - Dlatego właśnie powędrowałaś ze mną - powtórzył. - Wyruszyłaś, by pomóc w ratowaniu cudzego dziecka. Chciałaś płacić. Spłacić dług, który już wówczas, wyruszając, zamierzałaś zaciągnąć... Cudze dziecko za własne. A ja obiecałem ci pomoc w potrzebie. Milva, ja nie potrafię ci pomóc. Wierz mi, nie potrafię.
    Tym razem ona milczała. On nie mógł. Czuł, że nie wolno.
    - Wtedy, w Brokilonie, ja zaciągnąłem wobec ciebie dług i przyrzekłem, że go spłacę. Nierozsądnie. Głupio. Okazałaś mi pomoc w chwili, gdy bardzo pomocy potrzebowałem. Nie sposób spłacić takiego długu. Nie można zapłacić za coś, co nie ma ceny. Niektórzy twierdzą, że każda, absolutnie każda rzecz na świecie ma swoją cenę. To nieprawda. Są rzeczy, które ceny nie mają, są bezcenne. Najłatwiej poznać takie rzeczy po tym, że raz utracone, są utracone na zawsze. Sam straciłem wiele takich rzeczy. Dlatego dziś nie potrafię ci pomóc.
    - Wlaśnie pomogłeś - odrzekła, bardzo spokojnie. - Nawet nie wiesz, jak mi pomogłeś, teraz odejdź, proszę. Zostaw mnie samą. Odejdź, wiedźminie. Odejdź, zanim do końca rozwalisz mój świat."

Andrzej Sapkowski, "Chrzest ognia". Tom III sagi o Wiedźminie.

    Poprosił ją łagodnie, by nie pytała o minione dni. Odkąd patrzył na Nią, jak na najważniejszą Teraźniejszość Swoją, bał się, że wspomnienia Mu Ją zabiorą. Nie chciał przejąć tego, co między Nimi powoli rozkwitało, powracającymi obrazami obumarłych jesieni. Dopiero przecież kończyła się zima. Miała zacząć najpiękniejsza wiosna. A Ona znała ogólniki, szczegóły tu nie wnosiły żadnych rewelacji.
    Nie bez powodu tak zależało Mu na zachowaniu bezpiecznej bariery pomiędzy zrujnowaną pamięcią, a spokojną wodą chwili. Każdy najdrobniejszy okruch wspomnienia dokuczał sercu. Strach. Prosty, zwykły, naturalny strach, który odebrać potrafił więcej, niż w istocie było. A wtedy w momencie krótkiej nieuwagi można stracić wszystko, nieodwołalnie.
    Obracanie w żart krótkich anegdot nie daje nic, poza wrażeniem praktycznego pancerzyka, który kusi. Nazywanie po imieniu doświadczonych podłości, to jak zanurzenie palca w płomyk świeczki, wyjęcie go, jak już zacznie parzyć i udawanie, że w ogniu nie ma nic palącego. Jest to kosztowne tworzenie miraży, które owszem, wyglądają ładnie i imponująco w Tamtych Oczach. Ale Kreator obrośnie w nienormalny strach, że oto przecież może właśnie patrzyć w Oczy przyszłego wspomnienia. Fundamentu kolejnego, zwodniczego mirażu. A obecnie – Teraźniejszości Najpiękniejszej.
    Nie przelewa Mu się czułości. Jakże cudownie byłoby wydychać chemię zauroczenia. On teraz ma trwożącą świadomość, że jeśli Teraźniejszość istnieć przestanie, pozostanie Próżnia. Na jednym jej końcu przeszłość z umierającą zbyt długo jesienią, a po drugiej stronie wiosna, która nie wiadomo czy nadejdzie zgodnie z wyrokiem kalendarza. Wiele razy już zawiodła.
    Ona. Patrzy Mu w Oczy powściągliwie. Ten dystans Go umacnia i przekonuje o poczuciu Jej wartości. Każdy zwykły przechodzień widzi zawsze w Nich coś niezwykłego. Gdyby On miał pytać mijanych szaraków, to pewnie reagowaliby zawiścią, burknięciem, może niejeden pokręciłby nosem, w pośpiechu tylko rzucając na Nich okiem przytaknął, rozpychając się z niecierpliwością wykrztusił, co mu pierwsze na myśl przyjdzie. Za bardzo przecież łączy Ich ten sam strach, by nie można było tego nie zauważyć na pierwszy rzut oka.
    Ona lubi Go słuchać i rozpoznaje pierwsze przypuszczenia. Wchodzi w teraźniejszość, choć czeka. Wydaje Mu się w tym tajemnicza. Na pewność, jak na każdy niematerialny skarb trzeba zapracować. Aż wreszcie skończy się zima na dobre.
    Prosi Ją, by nie pytała o dni minione. Posiada Ją w teraźniejszości. Nie chce przeszłości przejmującej strachem myśli, odsuwającej w tych myślach Ją, dla niemal fizycznego bólu rany zamkniętej.
   Czekają na wiosnę.
Oby tylko nie pomylić nieba, z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu...
   Przyszła do Niego nad ranem. 
   Sfrunęła z niknącej fali łagodnego księżyca, zalewającej srebrem pół izby. A On wtedy westchnął głośno przez sen. Wszystko było jak dawniej - powiała myślą. Baldachim majestatycznie zakołysał się. Jego nie obudziło nic. Drobiła wdzięcznymi kroczkami w stronę posłania, niczym Pani Przestrzeni i Czasu, Pani Pływów, Obłoków i Pani Pogody. Pani wszystkiego, co było Mu dane poznać. Jak z naręczem całej czułości świata, przyfrunęła bliżej na dłoniach dzierżąc aury z odległych Czasów i Przestrzeni. Rozsunęła szeroko woal baldachimu, zimno pragnąc widoku oczu, które właśnie odpoczywają. Otulone błogim sklepieniem nokturnu bezpieczeństwa, w którym wszystko gdy śpi staje się jednako niewinne, detale Jego twarzy mogłyby ją widzieć przez zamknięte powieki. Ale On spał. Dama Nocy i Pani Wszystkiego Co Poznane przysiadła przy Nim. Najbielsze, ale nie trupio blade dłonie ułożyła na zgrabnych udach. W tym momencie najchłodniejsze pragnienie sycenia Jego obecnością, zapulsowało ciepłem. Ciepłem nie grzejącym, nie rozkosznie otulającym dwoje kochanków pod jednym kocem, a tym rodzajem ciepła, którego było za mało na spokój, a wystarczająco, by przypomnieć. Błękitne i zimne oczy Pani, wolno wędrowały teraz w stronę tych części ciała Jego, które pamiętały fałszywe ciepło Jej dłoni. Pozłociła się szyja, ramiona, również dłonie. Słabo rozjaśniły się krucze włosy, przekomicznie pożółkły policzki.
   Teraz Pani wyszeptała zaklęcie. Jej szept spłoszył koloryt złego ciepła. I od tej chwili On uwolni każdy swój dotyk od pamięci o Pani Wszystkiego Co Poznał. Błękitne i złe oczy zamknęły się ponownie, kiedy na zmysłowych ustach Tej zmaterializowały się ciasno i pieczołowicie skupione miniaturki lodowych diamentów. I otworzyła oczy ponownie. Oczy srebrne tym razem, jak zdradliwa strużka rtęci. Powoli powędrowały na Jego usta. Mocno ścięte mrozem, zaśnieżone, oblodzone. Jednak Jej okruchy lodu nie topniały, a Jego wargi naraz zwilgotniały od topniejącego śniegu. I od tej chwili każde Jego słowo będzie wolne od brzemienia zdradliwych słów Zimnej Pani.
   Powoli wsunęła ponętne ciało na posłanie. Bezszelestnie położyła się przy Nim, nie odrywając wzroku od spływającej Mu z ust przeszłości. Nie śpieszyło jej się już nigdzie. Był ostatnim, któremu musiała oddać zwyczajność.
   Żałośnie zadrżały usta Pani trącane bodźcami łez. Ona płakała. Płakała tak pięknie i z taką klasą, z którą nie płakała i nie będzie płakać nigdy żadna kobieta. I niemal widziała przez wiotką koszulę i klatkę piersiową, Jego serce spokojnie bijące do spokojnego snu. Na pozór spokojne. Łzy zaczęły mówić za Nią. Przecież tak naprawdę nie zapełnię takiej luki. Och, takim karcącym widokiem jest serce Nikogo. Bije, bo taki ma nawyk. Palącym widokiem jest Nikt z biednym sercem, które nie wie po co ma bić. Nie zdołam wyleczyć tego. Nie tak. I nie tu. On nie zasłużył, by być Nikim.
   I nic więcej Pani zrobić nie mogła. Na dłoni pozostała Jej tylko jesień. Zawahała się. Nie. Jednak nie. Tego oddać mu jeszcze nie mogę. Zasłużył na długą odwilż, a nie na kolejne chłody obumierania - pomyślała zwiewnie. Białą, jak pierwszy grudniowy śnieg dłonią pogłaskała Jego ciepły policzek. Gdyby ją widział, powiedziałby, że to ten rodzaj ciepła, który kojarzy się z przeprosinami. Ale spał. Nie zniosłaby Jego otwartych, głębokich, powściągliwych oczu.
   Kim właściwie była? 
   Panią Wszystkiego Co Poznał, Jego przeszłością. Zapewne pragnieniem teraźniejszości, o której zdążył zapomnieć mimochodem. Była uosobieniem Banału i Łatwości. Kochaną fantazją w dobrych momentach. Śniegową zaspą, kiedy noc wstawała zdradliwa. Ona bywała jak ulotna chwila, w której miał okazję widzieć Utopię, samotną wyspę osłoniętą przed falami. Była jak dłoń, której nie było, kiedy tonął i rozpaczliwie wyglądał pomocy z głębi. Ona, to niegdyś odzwierciedlenie pokoju euforii i brakującej nadziei pośród wojny ginącego czasu. A Nim wypełniała chętki najprostsze, najbardziej prozaiczne. Tak dużo słów dla Niego miała oznajmiających przeznaczenie. Słowa pełne metafizyki. Gesty metawerbalne. Metapsychiczna zachłanność i żądza. I dalej słowa. Słowa zapewniające. Słowa obiecujące. Słowa dojrzałe... to znaczy bez głębi znaczeń. Powinna Mu zasiać wiele nasion w tym bijącym teraz bez przekonania sercu. Zasiała Mu same chwasty. I dlatego dziś przyfrunęła je wyplenić.
   Myśli o tym, co wyrządziła Jemu jednak nie tak trudno przyszło przegryźć, mimo goryczy okropnej. Najgorsza myśl skupiała to, czego oczekiwała od Niego.
   By zawsze stał blisko.
   A milczał z daleka.
   Zamknięcie. Wyłączność.
   Zrozumiała. Zabolało. Pani Wszystkiego Co Poznał ma błękitne serce i złe. Ale nie byłoby świadomości zła, bez świadomości "przepraszam". I nigdy już Ona nie będzie czuć się dobrze. Bo nawet teraz przepraszając, lecząc Jego pamięć uczyniła to w podświadomości. Ze strachu wybrała sen. Tych niewidocznych spod powiek głębokich oczu nie trwoży się. Nie ma niepewnych gestów z Jego strony, bo ciało odpoczywa w bezpieczeństwie kończącego się już nokturnu. Pewnie zabiłby Ją wyrzutem. Drasnąłby ostrym jak sztylet głosem. Nie wiedząc co począć z kończynami, uderzyłby pięścią w stół. Ale nie zrobi tego, bo śpi. I tak w niepełnym szczęściu Dama Nocy odejdzie bez słowa więcej. Do końca swych dni niewyraźna, wiecznie już bez szczerego uśmiechu ze świadomością, że oczy, serce i ciało Jego zapomną o tamtej przeszłości raz na zawsze, nie widząc materii sprawczej owego zapomnienia. Jakby to się w ogóle nie wydarzyło. Chociaż może lekki sen pozwolił Jej przeniknąć wgłąb obrazów Śniącego z nadzieją, że przynajmniej zapamięta Ją ze snu.
   To metafizyka - pomyśli. 
   Pani będzie smutna, bo chciałaby, żeby chociaż boleśnie i nieprzyjemnie, znał Ją, jako namacalną materię z przeszłości. Tymczasem będzie tylko metafizyką. 
   Może kiedyś się jeszcze miną. A jej cierniem i zadrą na sercu będzie to, że nawet nie zwróci uwagi na teraz już Obcą, obejmując w spacerze tą lepszą, która będzie metafizyką szczerości zamkniętą w doskonałym dla Niego ciele.
do: Ikar Niepoprawny
      Czarna Ziemia nn/nn
      nn-nnn Piętro Czwarte (drzwi naprzeciwko windy)



od: Konrad Pawłowski
      Dolina w długich cieniach
      Piętro pod niebem


z listu Konrada

   Chyba miałeś rację, kiedy ostatnio do mnie pisałeś. Rację w tym, że nie da się zerwać całkowitego kontaktu ze światem. To on sprawił, że wciąż tu jestem. Żywy. Ten doktor, który mi pomógł po wypadku, pomógł bez tych całych świstków, ubezpieczeń i innych pierdół. No i Ty. Cieszę się, że tak Cię interesuje mój pamiętnik i niedokończone w nim wpisy. Dobrze, że go pokazujesz w tym całym Internecie. Ułatwiasz mi tym samym kontakt ze światem, a ja być może ułatwiam niektórym pojmowanie świata ponad nim samym. Rozumiesz, co mam na myśli? 
   Novy wciąż nie znalazłem. Wiesz co, stary, naprawdę mi z tym źle. W pamiętniku mam czas na bycie innym, doskonalszym i wrażliwszym. List, to list. Osłabiają mnie już te frazesy i kreowanie swojej rzeczywistości i osobowości na postaci książkowe. Bez względu na to, ile mnie z nimi łączy! Pękam.
   Spadam.
   Już tak kurwa nie mogę. Nie znam innych słów. Każdy dzień spędzony w podróży po śladach wspomnień i domysłów to pierdolone zataczanie kręgów w środku lasu. Nie życzę Ci Ikarze, z całego serca Ci nie życzę takiego chorego stanu. Kiedy bezcelowo idziesz naprzód, z kimś obok, aż tu nagle ten ktoś znika bez słowa. To nie w porządku. To nie fair. Dlaczego? Dlaczego?!
   Oczywiście jak zwykle szukam całej winy w sobie. Ja już bracie wariuję, wiesz? Gdybym od czasu do czasu nie zamienił w jakiejś knajpie słowa z miejscową żulerką, pewnie już bym się gdzieś chybotał.Tego mi trzeba Ikarze. Tego. Prozaicznego życia. Chyba idę na wypalanki. Nadam się, to nadam Nie nadam, to kopną mnie w rzyć i poniesie mnie gdzie indziej.
   To chyba tyle irytacji. 
   Tu, gdzie jestem niebo jest jakieś posiniałe, grzbiety Tatr coraz bliżej. Widocznie idę w kierunku zachodnim. Śniegu już masa, choć jesień gore. Jakby pory roku chciały coś powiedzieć. Ciepło mi jest, wypalacze sklecili mi z łat, barwionego na czerń lnu płaszcz z kapturem, podszyty grubą warstwą bawełny. Bawi mnie ta peleryna, bo jak idę z kapturem na głowie, to mnie szerokim łukiem omijają. A i mam kożuch na kołnierzu, to wyglądam tak szerzej w barach, wiesz. 
   Chyba przemaka mi futerał gitary. Podstrunnica pociemniała od wilgoci. Latorośl z masy perłowej jakoś się zasyfiła. Mam nadzieję, że nie umrze mi ten kawałek drewna za prędko. Część mojej duszy, jakby nie patrzeć. 
   Zrywa się wiatr, ciężko pisać dalej, więc kończę. Dziurawe zadaszenie i niepewny zydelek, na którym siedzę też mi pisania nie ułatwia. Napiszę jak zawędruję na hale.
   
P.S. Ale poradź mi coś przyjacielu, poradź coś mojej nędznej psychice, w tym momencie kurewsko nędznej. Nie wiem. Zrugaj mnie. Opierdol. Wyzwij od ciepłych kluch i różowych pup. Cokolwiek. Daj mi jakieś światło, bo przestaję widzieć w ciemności!
Konrad P.


do: Konrad Pawłowski
      W drodze na Podhale czerwonym szlakiem od Tarnicy
      W czarnym płaszczu gdzieś pod niebem



od: Ikar Niepoprawny
      Czarna Ziemia nn/nn
      nn-nnn Piętro Czwarte (drzwi naprzeciw windy)


Konradzie...

   Wzięło Cię, co? Wzięło Cię na serio. Choć pewnie nigdy się nie spotkamy, to nie stoi to na przeszkodzie, by chlasnąć Cię porządnie w pysk słowami. Rugał Cię nie będę. Przekonanie, że jeśli jakimś przypadkiem się jednak spotkamy, to od razu walnę Cię z liścia, powinno wystarczyć. Człowieku. Czytam od ponad roku i tylko Twoimi słowami piszę w tym internecie ostatnimi czasy, to co przytrafia się Tobie i co się wyrabia. Ostatnie strony Twojego pamiętnika, jakie mi wysłałeś, martwią mnie nieco. Wnioskuję, że wy tam w tej waszej Enklawie cofacie się emocjonalnie do pokolenia Kolumbów, albo co gorsza do polskiej cyganerii. Brak Wam tam jeszcze fety i LSD, a już dawno utworzylibyście niepodległe państwo.
   Zgadłeś. Nabijam się. Z jednej strony cenię, rozumiem i szanuję wasz honor i odwagę. Samozaparcie i instynkt życia, życia blisko natury, innych włóczęgów i samych siebie. Ale Ty Konradzie chyba starasz się za bardzo odstawać od reszty, co? Twoje ostentacyjne trzaśnięcie drzwiami Enklawy, Twoje wyjście jak na krucjatę dla uratowania cnoty księżniczki uwięzionej w wieży godne jest politowania. Czy jesteś wrażliwy, czy jesteś wyrachowanym chujem, nie ma znaczenia. Sprawa jest prosta. Dziewczyna ta raz już kopnęła Cię w dupę. Pamiętasz? Opowiedziałeś mi to kiedyś przez telefon, a ja potem napisałem zgrabne opowiadanko. Ty chyba bracie uwierzyłeś za bardzo w to, co dopisałem. Że żałowała. Że wybiegła w mrok, aby Cię szukać, kiedy przeczytała Twoje słodkie wierszowe słówka zapisane na serwetce. Nie wiesz, co było w Twoim życiu fikcją literacką, co urojeniem, wyobrażeniem jakiejś miłości od pierwszego wejrzenia, a co twardą rzeczywistością pod przykrywką lśniących włosów i zmysłowych oczu. Wierzę w siłę oczu. Ba! Pamiętaj, by zawsze patrzeć w oczy, a nie na oczy! Ale Tyś stary pojechał po bandzie. Chciałeś chyba zobaczyć jej synapsy w mózgu. Wiem, że minęły trzy lata odkąd mi to opowiedziałeś. Miałem nadzieję, że po prostu banicja nauczy Cię pewnych reguł życia. Niestety tak się nie stało.
   Nova, a właściwie Marta Nowicka kopnęła Cię Konradzie Pawłowski w dupę. Ująłeś ją być może swoim romantyzmem. Być może fikcja literacka nie okazała się tak do końca fikcją. Ale nie okazała się też niczym głębszym, niż powierzchowność ochoty na dobrego chłopaka, który nie skrzywdzi, nie zrani, zabawi i będzie można go zostawić tanim kosztem, bo tylko jego własnej słabości.
   Nie protestuj tam pod nosem i nie kurwuj na mnie, bo wiesz, że mam rację. Ty tylko nie chcesz w to uwierzyć. Koniec. Null. Nawet w waszych enklawach, szałasach i schroniskach doświadczysz pogardy i skurwysyństwa. Ale jak widzę, również braku rozsądku.
   Ale... zazdroszczę Ci. Jakkolwiek sam swojej dupy nie kopiesz naiwnością i biczujesz się drogą bez celu, tak zazdroszczę. Widzisz, przynajmniej mogę Cię rozumieć w jednej rzeczy. Walczysz o swoje. Nieudolnie trochę. Może nie do końca po męsku. Ale walczysz. Cicho Ci się przyznam, że pod moją twardą skórą i przywiązaniem do rzeczywistości narodziło się mnóstwo wątpliwości. Wątpliwości poznawcze. Jak zostać dobrze zrozumianym? Jak ma wyglądać pierwszy krok, by nie spłoszyć? Czy aby nie przesadzam z powściągliwością? Jak poznać, że w pewnym momencie prosty uśmiech, to będzie już za mało? Że to już właśnie teraz potrzeba więcej, a jeżeli się spóźnię, to może już być za późno? Czy wystarczy być sobą? Dziwne pytania, wiem. Oszczędny w słowach opisujących emocje, tylko dlatego, by je opisać gestem. Widzisz Konradzie. Mówić można bardzo dużo i bardzo ładnie. Problem w tym, że w pewnym momencie granica między szczerością, a chęcią zaimponowania może się zatracić i w słowa przekradnie się pycha, mitomania. Wierz mi. Tak trudno się pohamować. Ale coś w końcu kiedyś być trzeba będzie powiedzieć. Gest poprzedzić słowem. Uprzedzić. Myślisz, że światło nadejdzie samo w odpowiednim momencie?
   Przepraszam za tyle słów. Ale też weź je sobie do serca. Przemyśl moje wątpliwości. Trudno mi było wyrażać siebie swoimi słowami, więc robiłem to Twoim pamiętnikiem. Na szczęście mogłem odpisać Tobie na list i jednocześnie w nim się wyrazić, uzasadniając to przyjacielską korespondencją.

P.S. Konradzie! Masz miękkie serce. A jak się ma miękkie serce, trzeba mieć twardą dupę. Pamiętaj o tym!
I.N.

z pamiętnika Konrada

    "Jaskółka" była schroniskiem typowo mieszczuszym. Takim miejscem dla zjaw spędzających swoje urlopy. Wstąpiłem, bo z Enklawy wyszedłem na głodniaka. W Polańczyku i Solinie zarobiłem do futerału paręnaście złotych, więc na turystyczną drożyznę mogłem sobie jednorazowo pozwolić.
   Sezon skończył się jakiś czas temu, więc alkierz stołówki nie był zatłoczony. Kilka prawie przezroczystych twarzy, niewyraźnych spojrzeń i śpiących plecaków gdzieś pod ścianą. Gwar zgoła powściągliwy snuł się ledwie jak rozproszony dym papierosa. Wyjąłem dziurawy portfel ze skaju, wysypawszy drobniaki skinąłem głową w stronę butelki wareckiego piwa, poprosiłem o trzy pajdy ze smalcem z dwoma ogórkami kiszonymi. Dostawszy zamówione jedzenie i piwo, zasiadłem na końcu długiego stołu z ławą. Wiedziałem, że nie najem się tym po dwóch dniach łażenia i nocowania w improwizowanych szałasach z igliwia. Starając się nie myśleć o widmie dalszego głodu, myślami pobiegłem w stronę reszty świata. Zastanawiałem się nad tym, dlaczego świat tak nienawidzi ludzi na wiecznym szlaku. Dlaczego człowiek gór jest gorszy od szarego podatnika. Dosyć szybko odpowiedziałem sobie na pytania. Przeciętność głęboko zakorzeniona w prostolinijnej mentalności ludzi, nie nastawiona na głębsze przeżywanie życia i nie myślenie o wartościach de facto nie jest ich winą. Olbrzymie gmachy, potworne fabryki stresu wzniesione przez możnych tego świata, fundament na taniej roboczej sile, praca bez perspektyw byle przeżyć kolejny dzień, to wynalazek wielkiego pieniądza. Cała ta machina, by robić pieniądze za pomocą trudnej pracy wielu małych trybików, zepchnęła na margines tych, którzy na brak wolności byli uczuleni. Wtedy szarakom wszczepiono myśl, że oto obdartusy mające czelność żyć i funkcjonować zgodnie z własną wolnością, szwendają się po leśnych zadupiach, bez historii, kont w bankach, numerów identyfikacji podatkowej i dowodów osobistych. Co z tego, że nikogo nie zabijają, nie krzywdzą i prawie nie pokazują się na oczy. Właśnie dlatego, że są niegroźni, można ich tępić i poniżać. Uważani są za nieuczciwych leni, hedonistów i pasożytów. Kradną powietrze, bo oddychają bez vatu i wkrótce nie będzie czego zanieczyszczać. Prychnąłem pod nosem, kiedy ta ostatnia absurdalna myśl mnie naszła. No bo nad czym ja się kurwa zastanawiam (zawsze się nakręcam jak pomyślę o bezczelnej podłości i wyzysku). 
   Dopiłem piwo i poszedłem do alkierzyka dla palaczy. Miałem rzucić i rzuciłem fajki, dym mi przeszkadza, natomiast przekonanie, że niektóre fazy, myśli zwyczajnie trzeba zatruć, zasmolić, zwyczajnie spalić, nie pozwoliło się rzucić. Paczka papierosów kupionych po słowackiej stronie. Po dwóch zaciągnięciach sięgnąłem do kieszonki futerału i wydobyłem tom opowiadań o Wiedźminie "Miecz przeznaczenia". Na ostatnich kartach Geralt odnajduje Dziecko Przeznaczenia, Niespodziankę powierzoną mu przez los. Dziewczynka miała na imię Cirilla. Chyba z pięć razy przeczytałem ten fragment, myśląc znów o Novie. Spazmatycznie zadrgały impulsy pamięci, pytania których zadać nie sposób. Bo Geralt miał pewność, a przynajmniej w momencie odnalezienia jej, że Ciri chciała być odnaleziona. Novy nie zabrało żadne zło. Odeszła sama. Zupełnie jakby chciała zamknąć jakiś rozdział życia. 
   Myśli napotkały mur. Ale mur wysoki i długi. Nie byłoby problemem go zburzyć. Mógłby jednak runąć wtedy na mnie, odkrywając odpowiedź, ale i obnażając być może jej pewną intymność. Odłamki przy okazji mogłyby zranić mnie, zapylając zmysły. Chyba postanowiłem nie próbować. Wszak, jak powiedział Geralt, "lepiej bez celu iść naprzód, niż bez celu stać w miejscu, a z pewnością o niebo lepiej, niż bez celu się cofać".