"GDYBY TAK POWIAŁO ZDROWO...
TO BYM JESZCZE RAZ POFRUNĄŁ..."

Ostatnie wpisy




 z pamiętnika Konrada

   Zima w tych górach jest dla twardzieli. Ja nim nie jestem. I bynajmniej nie dlatego, że prawdopodobnie po szkliwie zębów został proszek, który co chwila omiatam językiem. Również nie dlatego, że tutejsi widząc jak drżę, śmieją się, że mam alkoholowe drgawki. Zima w górach jest jak silnie żrący kwas. Definitywnie wyżera resztki brudów, kończy odwieczny cykl życia, wypala smętne owoce przekwitu i na długi czas czyni byt nietykalnym. Albo czyni niebyt. Jednak nawet kwas nie potrafi być bezwzględny bezgranicznie. Szkło jest odporne na kwasy - uczyli mnie w szkole. Nie powiedzieli, że uczucia też. I właśnie dlatego zima jest dla twardzieli. A nauka ma granice.
   Tutejsi mawiają, że kiedy nawet ubierzesz się najcieplej jak możesz, to tylko oszukujesz członki. To sprawia, że każda jedna warstwa odzieży mniej, czyni je jeszcze bardziej podatnymi na mróz. Koniec i kropka. Zima jest i być musi. Lepiej do tego przywyknij, albo oszukuj się dalej i złorzecz na aurę, aż sam zajdziesz w głowę, co ci bardziej przydatne.
   Nie pierwsza to moja zima w górach, ale pierwsza odczuwalna. Mus ruszyć na przełęcze, potem dalej na Wschód, i dalej ku Gorgonom. Wciąż w jednym celu. A przełęcze zawalone śniegiem, nie tarmoszą się już tamtędy furmanki, ani nawet ciężarówki, bo dróg nie odśnieża nikt. Zbyt sporadyczny ruch za wschodnią granicę, by wypuszczać pługi. Tam nie zapuszczają się porządni i rozsądni ludzie. Ale ja nigdy nie byłem poprawny, mainstreamowy i zawsze z lekkim uśmieszkiem drwiny szedłem pod prąd. Tam, gdzie rozsądek stawia kropkę, nadzieja zawsze dostawia jeszcze dwie.
   I powoli stawałem się tym, kogo zrobić ze mnie chcieli. Im dziksze, oderwane od reszty świata sioła odwiedzałem, tym bardziej przekonywałem się, że kropka rozsądku zawsze jest tą pierwszą w wielokropku, a nadzieja miała zbyt poważnie naiwną przewagę dwóch kolejnych. Spoglądali na mnie spode łba ostatni żyjący Łemkowie, Bojkowie i dbający o rodowód Huculi, jakbym przybył z innego kontynentu, a prawo bytu w ich górach nie przewidywało miejsca dla jakiegoś kiepa. Gdyby tylko te zapadnięte, zawszone dziury, gdzie bękarty walają się w błocie wśród uryny i rzygowin ich psów nie znajdowały się na mojej drodze, sprzedałbym współrzędne tych wiosek pierwszej lepszej napotkanej zjawie z najbliższej cytadeli i pluł na zgwałcone chwilę później, ledwie przytomne śledzie tych ksenofobicznych zdzir. Gdybym tylko wiedział, jak traktuje się pielgrzyma, który poza wiktem, miską kaszy i kubkiem kompotu w zamian za porąbanie drzewa do węglowych retort, niczego od nich nie chce. Nie zdziwiłbym się, gdyby te świnie umierały wciąż na tyfus. Oj, nie. Bez gniewu przemierzyłem czerwony szlak, jedyne swoje mienie skarbiąc pod koszulą, w piersi, aż dojrzałem do myśli, że na tym szlaku wypluwa się krew i zostawia zdrowie. Zbyt długo byłem cieniem, prochem i złudzeniem wszystkich mnie mijających. "Córciu, idź dalej. Nikt tędy nie idzie. Nie zwlekaj patrząc na nikogo", "Zmierzcha już, nikogo nam pytać o godzinę i kierunki", "Kurwa w dupę pierdolona matka, ktoś mógłby się pojawić przed nami!". Tyle zwykle słyszałem od mijających mnie. "Ktoś" - czas teraźniejszy niedokonany, "Nikt" - najzwyklejszy przeczący zaimek. Nadzieja była najcieplejszą odzieżą, jaką teraz nosiłem i ostatnim ciepłem podtrzymującym przy życiu mój kurewsko przemarznięty stan. Nadzieja była ostatnim szlachetnym i dobrym uczuciem, jakie miałem  w sobie. Była jak płatek róży zamknięty w foremce do lodów, zalanej po brzegi wodą. Na krwawym szlaku szedłem bez gniewu zbyt długo.
   Aż w końcu postanowiłem założyć buty.
   Przyśnił mi się naukowiec jednej nocy pod śniegową kołdrą śpiąc. Ciekawy, wygłodniały wzrok, tępy, jakby po zażyciu kilku gramów amfetaminy. Wzrok mądrej kurwy w pośredniaku, mówiącej mi "spierdalaj" takim tonem, bym poczuł dreszczyk emocji na myśl o zbliżającej się wycieczce. Wiesz... typowe "sprawdź", "nigdy nie wiesz", "sprzedaj się mi, bo na tobie zarobię, a ja tu będę grzać swoje rodzynki w odbycie na wygodnym krzesełku".
   - Nikt normalny i zdrowy na umyśle nie wlazł w tą polsko-ruską Amazonię. - Mówił podnieconym głosem, bo chyba cała krew z mózgu spłynęła mu do kutasa. - Nie wiem, jaki masz cel, by forsować ten ostatni odcinek ery maczet, włóczni i szamanów, ale... - nerwowo przełknął ślinę, jakby cała nauka wchodziła mu głęboko w dupę łechcąc jakiś punkt "G". - ...ale jak już tam jesteś nawiąż kontakt, jakąś analizę poznawczą, zbadaj historię, legendy... a może oni tam inaczej wyglądają? Podobno Łemkynie są wysokie i napalone. Może strach przed całkowitym wymarciem tego słowiańskiego szczepu powoduje to? A potem opowiedz... albo nie! Świetnie piszesz! Napisz! Napisz i daj mi. Daj, a będzie nad czym spekulować na długie lata!
   - Byłbym zdrowy na umyśle, gdybym drżał z zimna na tym zadupiu w tym celu. Ale ty masz okulary, fartuszek i rumieńce onanisty spuszczającego się na fakty nowej anatomii, nie zrozumiesz tego, że te sioła są mi zwyczajnie obojętne, jak wzrost Łemkynii, łemkowskie pierogi i bojkowskie, czy łacińskie cerkwie. To tylko śmierdzące strzechy przy drodze, po której idę.
   - No to po cholerę tam jesteś? Tam dalej nic nie ma... nic. Tylko przeszłość i inna epoka.
   - Tak. Tam jest przeszłość i lepsza, dawna epoka. Ale nie w twoim znaczeniu.
   - Jebnięty... - stęknął, jakby podniecony, mądry kutas sflaczał podczas intelektualnej masturbacji.
   - Nie zrozumiesz. Nigdy. I niczym się nie różnisz od tych przygranicznych wieśniaków.
   Takie sny miewałem co noc. To tylko moja wyobraźnia i podświadoma pogarda do jajogłowych rysowała tego antagonistę w tak perwersyjnych barwach. Ale i tak nie miałem ochoty być kolejnym zjaranym Tonym Halikiem, ani charyzmatycznym Wołoszańskim i bynajmniej nie pogodnym Nowakowskim. I już chyba całkowicie byłem tym, kogo chcieli ze mnie zrobić ludzie. Czasem teraźniejszym niedokonanym i zaimkiem przeczącym.
Z ostatnich kart mojej ukochanej książki...

"   - Zło, z którym walczyłem - powtórzył wiedźmin - było przejawem działań Chaosu, działań obliczonych na to, by zakłócać Ład. Tam bowiem, gdzie szerzy się Zło, Ład zapanować nie może, wszystko, co Ład zbuduje, runie, nie ostoi się. Światełko mądrości i płomyk nadziei, żar ciepła, miast rozbłyskiwać, zgasną. Będzie ciemno. A w ciemności będą kły, pazury i krew.
   Yarpen Zigrin pogładził brodę zatłuszczoną wyciekłym ze ślimaków czosnkowoziołowym masłem.
   - Bardzo to ładnie powiedziane, wiedźminie - przyznał. - Ale, jak rzekła młodziutka Cerro do króla Vridanka na ich pierwszej schadzce: "Niebrzydka rzecz, ale czy ma jakieś zastosowanie praktyczne?"
   - Racja istnienia - wiedźmin nie uśmiechnął się - i racja bytu wiedźminów zostały zachwiane, albowiem walka Dobra ze Złem toczy się teraz na innym polu bitwy i zupełnie inaczej jest prowadzona. Zło przestało być chaotyczne. Przestało być ślepą i żywiołową siłą, przeciw której wystąpić musiał wiedźmin, mutant równie morderczy i równie chaotyczny jak samo Zło. Dziś Zło rządzi się prawami - bo prawa mu przysługują. Działa w myśl zawartych traktatów pokojowych, bo pomyślano o nim, owe traktaty zawierając...
   - Widział pędzonych w południe osadników - domyślił się Zoltan Chivay.
   - I nie tylko - dodał poważnie Jaskier. - Nie tylko.
   - I co z tego? - Yarpen Zigrin siadł wygodniej, splótł dłonie na brzuchu. - Każdy coś widział. Każdego coś kiedyś wkurzyło, każdy kiedyś na krócej lub dłużej stracił apetyt. Albo sen. Tak bywa. Tak bywało. I tak bywać będzie. Więcej filozofii, jak i z tych skorup tutaj, jako żywo z tego nie wyciśniesz. Bo i nie ma więcej. Co tobie nie w smak, wiedźminie, co tobie nie po myśli? Zmiany, którym ulega świat? Rozwój? Postęp?
   - Może.
   Yarpen milczał długo, patrząc na wiedźmina spod krzaczastych brwi.
   - Postęp - rzekł wreszcie - jest jak stado świń. I tak należy na ów postęp patrzeć, tak go należy oceniać. Jak stado świń łażących po gumnie i obejściu. Z faktu istnienia tego stada wypływają rozliczne korzyści. Jest golonka. Jest kiełbasa, jest słonina, są nóżki w galarecie. Słowem, są korzyści! Nie ma co tedy nosem kręcić, że wszędzie nasrane.
   Wszyscy milczeli czas jakiś, rozważając w duszach i sumieniach różne ważne rzeczy i sprawy.
   - Trzeba się napić - rzekł wreszcie Jaskier.
   Nikt nie zaprotestował.
(...)
   Geralt zapatrzony w okno, uśmiechnął się do własnych myśli i marzeń.
   - Ciemność, o której mówisz - powiedział - to stan ducha, nie materii. Do walki z czymś takim trzeba wyszkolić całkiem innych wiedźminów. Najwyższy czas zacząć. (...) Przechodzę w stan spoczynku.
(...)
   - Skończył z wiedźmiństwem - powtórzył wreszcie przeciągle Yarpen Zigrin. - Ha! Sam nie wiem, co o tym myśleć, jak powiedział król Dezmod, gdy przyłapano go na oszukiwaniu w karty. Ale podejrzewać można najgorsze. Jaskier, ty z nim podróżujesz, dużo z nim przestajesz. Zdradza inne objawy paranoi?
   - Dobra, dobra - Geralt miał twarz kamienną. - Żarty na bok, jak powiedział król Dezmod, gdy wśród uczty goście nagli zczęli sinieć i umierać. Powiedziałem, co miałem do powiedzenia. A teraz do czynów.
   Zdjął miecz z oparcia krzesła.
   - Oto twój sihill, Zoltanie Chivay. Zwracam ci go z podziękowaniem i ukłonem. Posłużył. Pomógł. Ratował życie. I odbierał życie.
(...)
   - Yennefer i Ciri - spytał po małej chwili Yarpen - mają coś wspólnego z twoją decyzją?
   - Wiele.
   - Tedy wszystko jasne - westchnął krasnolud. - Nie bardzo wiem, co prawda, jak ty, profesjonał od miecza, zamierzasz się sustentować, jak masz zamiar urządzić sobie byt doczesny. Choć nijak, choćbyś zęby rwał, nie widzę cię w roli, weźmy, takiego plantatora kapusty, cóż jednak, wybór trzeba uszanować. Gospodarzu, pozwól! Oto miecz, mahakamski sihill z kuźni samego Rhundurina. Był to podarek. Obdarowany go nie chce, darowującemu przyjąć zwrotu nie wolno. Weź go więc ty, przymocuj nad kominem. Przemianuj karczmę na "Pod Wiedźmińskim Mieczem". Niech tu w zimowe wieczory płyną opowieści o skarbach i potworach, o krwawej wojnie i zaciekłych walkach, o śmierci. O wielkiej miłości i o niezłomnej przyjaźni. O odwadze i honorze. Niechaj ten miecz nastraja słuchaczy i zsyła natchnienie bajarzom. A teraz nalejcie mi, panowie, w to oto naczynie wódki, albowiem będę mówił dalej, będę wygłaszał głębokie prawdy i różne filozofie, w tym egzystencjalne. (...) Postęp będzie rozjaśniał mroki, bo od teego ów postęp jest, jak ta nie przymierzając dupa od srania. Będzie coraz jaśniej, coraz mniej będziemy bali się ciemności i zaczajonego w niej Zła. Przyjdzie, być może, i taki dzień, kiedy w ogóle przestaniemy wierzyć, że w tej ciemności coś czyha. Będziemy takie lęki wyśmiewać. Nazywać dziecinnymi. Wstydzić się ich! Ale zawsze, zawsze będzie istniała ciemność. I zawsze będzie w ciemności Zło, zawsze będą w ciemności kły i pazury, mord i krew. I zawsze będą potrzebni wiedźmini.
(...)"

Andrzej Sapkowski - "Pani Jeziora" - tom V sagi o wiedźminie
z ostatniego listu Konrada.


Nie będziemy mówić za cicho, za czule
Los rozliczył nas ze słów zbyt miękkich
Wiatr nie ma siły i niechętnie już ust dotyka
Za dużo jadu na nich mamy

On nosi zmiany, pozwólmy mu nieść te lepsze
Choć tak kusi znów uczynić go posłańcem
Zapomnieć się, by łatwiej zapomnieć
Że choć wieczny, zmierza donikąd

Lepiej przywyknąć, lepiej ochłodzić
Z końca języka usunąć liter nadmiary
Zdjąć imperatyw jak stary plaster
Chłód zagoi, zabliźni posłowne zadry

Kto przez słowa zdobywa, słowami traci
Komu słów zbywa, temu słów zabraknie
Kto słowem zabił, tego zabije już odczyt wyroku...
Gdy sądzić będą go własne słowa

Nie patrz z zawodem, nie szukaj drugiego dna
I co? Nie umiesz mówić, bo teraz po twarzy wiatr
Smaga piachem po oczach, sypie do ust
Tyle warty był twój krzyk, tyle warty był twój krzyk
Nie zamykaj oczu za wcześnie. Nigdy nie wiesz, kiedy potrzebne będą tym, którzy zaraz otworzyć swoich już nie będą mogli...

Znalezione gdzieś słowa pewnego nowojorskiego taksówkarza:

"Przyjechałem pod adres do klienta, i zatrąbiłem. Po odczekaniu kilku minut, zatrąbiłem ponownie. Miał być to mój ostatni kurs tego wieczoru i pomyślałem że wrócę do "bazy", ale zamiast tego zaparkowałem samochód, podszedłem do drzwi i zapukałem. "Minutkę!", odpowiedział wątły, starszy głos. Usłyszałem odgłos tak jakby coś było ciągnięte po podłodze...

Po długiej przerwie, otworzyły się drzwi. Stała przede mną niska , na oko dziewięćdziesięcioletnia kobieta. Miała na sobie kolorową sukienkę i kapelusz z dopiętym welonem; wyglądała jak ktoś z filmu z lat czterdziestych.

U Jej boku była mała nylonowa walizka. Mieszkanie wyglądało tak, jakby nikt nie mieszkał w nim od lat. Wszystkie meble przykryte były płachtami materiału.

Nie było zegarów na ścianach, żadnych bibelotów ani naczyń na blacie. W rogu stało kartonowe pudło wypełnione zdjęciami i szkłem.

"Czy mógłby Pan zanieść moją torbę do samochodu?", zapytała. Zabrałem walizkę do auta, po czym wróciłem aby pomóc kobiecie.

Wzięła mnie za rękę i szliśmy powoli w stronę krawężnika.

Trzymała mnie za ramię, dziękując mi za życzliwość. "To nic", powiedziałem, "Staram się traktować moich pasażerów w sposób, w jaki chciałbym aby traktowano moją mamę."

"Och, jesteś takim dobrym chłopcem" , odrzekła. Kiedy wsiedliśmy do samochodu, dała mi adres, a potem zapytała: "Czy mógłbyś pojechać przez centrum miasta?

"To nie jest najkrótsza droga", odpowiedziałem szybko, włączając licznik opłaty.

"Och, nie mam nic przeciwko temu", powiedziała. "Nie spieszę się. Jestem w drodze do hospicjum..."

Spojrzałem w lusterko. Jej oczy lśniły. "Nie mam już nikogo z rodziny", mówiła łagodnym głosem. "Lekarz mówi, że nie zostało mi zbyt wiele..."

Wyłączyłem licznik... "Którędy chce Pani jechać?"

Przez następne dwie godziny jeździliśmy po mieście. Pokazała mi budynek, gdzie kiedyś pracowała jako operator windy.

Jechaliśmy przez okolicę, w której żyła z mężem jako nowożeńcy. Poprosiła bym zatrzymał się przed magazynem meblowym który był niegdyś salą balową, gdzie chodziła tańczyć jako młoda dziewczyna.

Czasami prosiła by zwolnić przy danym budynku lub skrzyżowaniu, i siedziała wpatrując się w ciemność, bez słowa.

Gdy pierwsze promienie Słońca przełamały horyzont, powiedziała nagle "Jestem zmęczona. Jedźmy już proszę". Jechaliśmy w milczeniu pod wskazany adres. Był to był niski budynek z podjazdem, tak typowy dla domów opieki.

Dwaj sanitariusze wyszli na zewnątrz gdy tylko zatrzymałem się na podjeździe. Musieli się jej spodziewać. Byli uprzejmi i troskliwi..

Otworzyłem bagażnik i zaniosłem małą walizeczkę kobiety do drzwi. Ona sama została już usadzona na wózku inwalidzkim.

"Ile jestem panu winna?" Spytała, sięgając do torebki.

"Nic", powiedziałem.

"Trzeba zarabiać na życie", zaoponowała.

"Są inni pasażerowie," odpowiedziałem.

I nie zastanawiając się kompletnie nad tym co robię, pochyliłem się i przytuliłem Ją. Objęła mnie mocno.

"Dałeś staruszce małą chwilę radości", powiedziała. "Dziękuję".

Uścisnąłem jej dłoń, a następnie wyszedłem w półmrok poranka .. Za mną zamknęły się drzwi - był to dźwięk zamykanego Życia ..

Tego ranka nie zabierałem już żadnych pasażerów.Jeździłem bez celu, zagubiony w myślach. Co jeśli do kobiety wysłany zostałby nieuprzejmy kierowca, lub niecierpliwy aby zakończyć jego zmianę? Co gdybym nie podszedł do drzwi, lub zatrąbił tylko raz, a następnie odjechał?

Myśląc o tym teraz, nie sądzę, abym zrobił coś ważniejszego w całym swoim życiu.

Jesteśmy uzależnieni od poszukiwania emocjonujących zdarzeń i pięknych chwil, którymi staramy się wypełnić nasze życia.

Tymczasem Piękne Chwile mogą przydarzyć się nam zupełnie nieoczekiwanie, opakowane w to, co inni mogą nazwać rutyną. Nie przegapmy ich.."
W ciemnych pokojach, punktowe światełka liżące blat. Mleczne smugi szklanych ekranów. Stukają opuszki palców miarowo i powoli. Jedyna pociecha w tym, że zabierają im czas i prowadzą jeszcze głębiej w noc. Piętro wyżej jakieś kroki, piętro niżej sen. Oni są cholernymi introwertykami. Używają tych samych słów, co ci drudzy i darzą siebie identycznymi gestami, tylko po to aby ich unikać za chwilę. Szukają zbywającego czasu, który niczym nie różni się od czasu prawdziwie wolnego. Kilka prostych, uroczych słów na smugach ekranów i jakieś nikłe cienie w punktowym świetle żarówek. A cała reszta idzie naprzód swoim tempem. A oni tacy nie na temat...