Dziś zacznę dialogiem wyjętym z filmu Witolda Leszczyńskiego "Siekierezada", ekranizacji powieści Edwarda Stachury o tym samym tytule. Michał Kątny opowiada Jankowi Pradera rozmowę, jaką przeprowadził z pewnym chłopcem, jadąc w pociągu.
Michał Kątny: Zdarzyło mi się, że poczułem się na zewnątrz wszystkiego, jakby poza elipsą galaktyki. I stamtąd, spoza ujrzałem jak na tacy całą jaskrawość.
Janek Pradera: Całą jaskrawość mówisz...
Michał Kątny: To nie ja, to on mówił. A na tacy jak owoce: melony, arbuzy, jabłka śliwki i... wszystkie ciała niebieskie. I gdzieś tam wśród tej ciżby Ziemia nasza, malutka jak wisienka. I wtedy, gdy byłem poza, daleko poza, ujrzałem całą jaskrawość tego, że to w ogóle nie chodzi o to, co się na wisience dzieje. Żyje, śmierć, miłość, nienawiść, dobro, zło i tak dalej, i tak dalej, ale o to wszystko razem wzięte i podane jak na tacy.
Janek Pradera: To może i jest jakieś boskie, ale... straszliwie nieludzkie.
Michał Kątny: Masz rację, bo tam poza elipsą bardzo rzadko się bywa. Przeważnie jest się tu, na wisience. I wtedy to już jednak idzie o życie, o miłość, o dobro, o sprawiedliwość, i tak dalej, i tak dalej. I o to trzeba się bić. I taka jest tu cała jaskrawość.
Wczytując się w postawę człowieka, który jest na zewnątrz wszystkiego, poza wspomnianą w dialogu "elipsą wrzechświata", nie jednokrotnie zaczynam marzyć o podobnym stanie. Spojrzeć na wszystko z miejsca, gdzie każdy pozostawiony na Ziemi ślad jest w ogóle nie istotny, a istotna jest całość, czyli jakby miejsce, gdzie ten ślad prowadzi. Mniemam jednak, znając dość język metafor Edwarda Stachury, iż chodzi tu o obłęd. O człowieka, który dąży do autodestrukcji. Człowieka nadwrażliwego, dla którego świat to może za mało, albo zdecydowanie za dużo. I to, co na nim się dzieje i co pobudza do "ucieczki". Cała jaskrawość tego, czego się doświadcza na świecie. Może tu "niszczeje wszystko i nie masz tu nic". Ten, który przebywa poza elipsą wszystkiego jest to jakby Ikar. Spogląda na wszystko z góry, co pod jego skrzydłami wydaje się być małe i nieistotne. A potem spada. Upadek jego jest wielki, bo dostrzega, iż zaczyna już chodzić o to wszystko, co na dole się dzieje... co z daleka maleńkie, teraz zdaje się dotkliwie wielkie i straszne. Tylko, że próba mądrego wyjaśnienia sensu życia człowiekowi w obłędzie jest totalną głupotą.
Michał Kątny: Zdarzyło mi się, że poczułem się na zewnątrz wszystkiego, jakby poza elipsą galaktyki. I stamtąd, spoza ujrzałem jak na tacy całą jaskrawość.
Janek Pradera: Całą jaskrawość mówisz...
Michał Kątny: To nie ja, to on mówił. A na tacy jak owoce: melony, arbuzy, jabłka śliwki i... wszystkie ciała niebieskie. I gdzieś tam wśród tej ciżby Ziemia nasza, malutka jak wisienka. I wtedy, gdy byłem poza, daleko poza, ujrzałem całą jaskrawość tego, że to w ogóle nie chodzi o to, co się na wisience dzieje. Żyje, śmierć, miłość, nienawiść, dobro, zło i tak dalej, i tak dalej, ale o to wszystko razem wzięte i podane jak na tacy.
Janek Pradera: To może i jest jakieś boskie, ale... straszliwie nieludzkie.
Michał Kątny: Masz rację, bo tam poza elipsą bardzo rzadko się bywa. Przeważnie jest się tu, na wisience. I wtedy to już jednak idzie o życie, o miłość, o dobro, o sprawiedliwość, i tak dalej, i tak dalej. I o to trzeba się bić. I taka jest tu cała jaskrawość.
Wczytując się w postawę człowieka, który jest na zewnątrz wszystkiego, poza wspomnianą w dialogu "elipsą wrzechświata", nie jednokrotnie zaczynam marzyć o podobnym stanie. Spojrzeć na wszystko z miejsca, gdzie każdy pozostawiony na Ziemi ślad jest w ogóle nie istotny, a istotna jest całość, czyli jakby miejsce, gdzie ten ślad prowadzi. Mniemam jednak, znając dość język metafor Edwarda Stachury, iż chodzi tu o obłęd. O człowieka, który dąży do autodestrukcji. Człowieka nadwrażliwego, dla którego świat to może za mało, albo zdecydowanie za dużo. I to, co na nim się dzieje i co pobudza do "ucieczki". Cała jaskrawość tego, czego się doświadcza na świecie. Może tu "niszczeje wszystko i nie masz tu nic". Ten, który przebywa poza elipsą wszystkiego jest to jakby Ikar. Spogląda na wszystko z góry, co pod jego skrzydłami wydaje się być małe i nieistotne. A potem spada. Upadek jego jest wielki, bo dostrzega, iż zaczyna już chodzić o to wszystko, co na dole się dzieje... co z daleka maleńkie, teraz zdaje się dotkliwie wielkie i straszne. Tylko, że próba mądrego wyjaśnienia sensu życia człowiekowi w obłędzie jest totalną głupotą.
3 KOMENTARZY:
Też myślę, że czasem warto znaleźć się gdzieś poza. Gdzieś gdzie wszystko wygląda z daleka, ale jednak pełniej. Pozostaje właśnie to pytanie o sens życia. Pytanie o to, czy to co zrobimy tu, ta miłość, dobro, nienawiść, zło, czy te wszystkie rzeczy wielkie i ogromne, mają jakikolwiek wpływ na widok z perspektywy lecącego Ikara?
Właśnie, nie mają. Jednak lot Ikara kończy się zawsze tak samo. I co wtedy...
Może więc nawet z perspektywy Ikara te wszystkie przyziemne sprawy mają sens? Może tylko Ikar ich nie dostrzega? W końcu on też jest człowiekiem. Czy człowiek, patrzący z Boskiej perspektywy będzie widział tyle ile widzi Bóg z Boskiej perspektywy? Człowiek jest stworzony do widzenia z bliska. Może dlatego lot Ikara musi skończyć się upadkiem?
Prześlij komentarz