Poczuł na sobie dotyk scenicznej aury zaraz, kiedy wkroczył w objęcia kolorowych świateł. Towarzyszyło mu to samo skrępowanie, co zawsze. On – spocony od potęgi lamp, w całości oświetlony, przeniknięty barwami stał przed publicznością, jurorami, jak ten winny. W dodatku blaski sceny raziły go, że ledwie widział ludzkie sylwetki na widowni.
Jednak nie dał zdradzić się podczas grania i śpiewania. Nie grał dla sceny. Nie dla jurorów, ani żadnych innych katów, czy mądrali. Grał dla tych kilku ludzi, którzy serca otwierali na słowo. Nie na sukces.
Skończył. Po kolei schodziły z niego spojrzenia spłukiwane brawami, na które nie zwracał uwagi. Ukłonił się lekko, po czym zmierzył w stronę żelaznej kurtyny, za którą czekało bezpieczeństwo.
Kiedy minęła ta irytacja scenicznymi wygłupami, zaczął zastanawiać się kto, kiedy i po co wymyślił scenę. Jeśli sztuka poezji śpiewanej ma być wyrazem szczerości serca i wrażliwości, nie potrzebna jej scena i inne aktorskie elementy.
Doczekał się werdyktu jury, z którego wynikało poparcie dla makijażu i czarnej kiecki, pogratulował w duchu zwycięskiemu manekinowi, choć nie wiedział czego. Pieniędzy, może szczęścia i poszedł do alkierzu, gdzie siadł przy piwie, zakąszając je badawczym spojrzeniem na umalowaną barmankę, która w wycieranie lady wkładała więcej uczucia i pasji niż ta laureatka w swoją sztukę. Pseudo-sztukę. Uśmiechnął się do niej śmiertelnie przekonany, iż tego nie zauważy, ale wręcz przeciwnie. Omiotła bufet ulotnym zainteresowaniem, przykuwając je na końcu do uśmiechu Konrada, natychmiast odwzajemniając go szczerze. Artyście zgrzytnęło nieśmiałe serce i utopił wzrok w bursztynie piwa, jakby szukał na dnie kufla pępka świata. Ostentacyjnie sięgnął po serwetkę i nerwowo wyjętym z kieszeni koszuli ołówkiem, zaczął przelewać pamięć swego wzroku na papier. Swoje myśli.
Barmanka wyglądała na bardzo młodą dziewczynę, w wieku licealnym. Co jakiś czas rzucała krótkie spojrzenia na pogrążonego w pisaniu Konrada. On także raz po raz rzucał okiem na każdy ruch ciemnowłosej piękności, wciąż wycierającej ladę, choć od dawna była wyglancowana. Obiecał sobie, że jeśli ich spojrzenia się spotkają, odważnie ruszy do przodu.
Napisał pierwszą strofę wiersza, odłożył ołówek i popatrzył za okno. Był już późny wieczór. Chcąc na krótko spojrzeć w stronę baru, ujrzał mimochodem dziewczynę opartą o ladę i wlepiającą w niego, teraz już bezustannie niezidentyfikowany typ spojrzenia. I stało się. Wstał ruszając od alkierza. Zostawił niedopite piwo, które osamotnione jakby traciło za nim barwę. Nim zdążył cokolwiek wykrztusić, oznajmiła…
- Zamykamy.
Westchnął ciężko w połowie drogi do słowa, totalnie rozbity, pozbawiony równowagi.
- Tak… późno jest, rzeczywiście czas zamykać. – Zrezygnowany udał się w stronę garderoby i narzuciwszy płaszcz, szybko wrócił. – Powiedz mi chociaż, jak…
- Przepraszam bardzo, ale śpieszy mi się. – Dziewczyna jakby podniosła lekko głos.
Konrad zrezygnowany jeszcze bardziej wziął tylko pokrowiec z gitarą i szybkim krokiem udał się w stronę wyjścia mówiąc przez ramię na odchodne…
- Dobranoc.
Odpowiedzi się nie doczekał.
Ostatnie łyki bezbarwnego już piwa ciemnowłosa barmanka wylała do zlewu. Miała chwile potem wychodzić, jednak zauważyła na stoliku zapisaną miękkim ołówkiem serwetkę. Przeczytała dokładnie strofę niedokończonego wiersza Konrada i zarumieniła się. Słowa brzmiały tak:
Jednak nie dał zdradzić się podczas grania i śpiewania. Nie grał dla sceny. Nie dla jurorów, ani żadnych innych katów, czy mądrali. Grał dla tych kilku ludzi, którzy serca otwierali na słowo. Nie na sukces.
Skończył. Po kolei schodziły z niego spojrzenia spłukiwane brawami, na które nie zwracał uwagi. Ukłonił się lekko, po czym zmierzył w stronę żelaznej kurtyny, za którą czekało bezpieczeństwo.
Kiedy minęła ta irytacja scenicznymi wygłupami, zaczął zastanawiać się kto, kiedy i po co wymyślił scenę. Jeśli sztuka poezji śpiewanej ma być wyrazem szczerości serca i wrażliwości, nie potrzebna jej scena i inne aktorskie elementy.
Doczekał się werdyktu jury, z którego wynikało poparcie dla makijażu i czarnej kiecki, pogratulował w duchu zwycięskiemu manekinowi, choć nie wiedział czego. Pieniędzy, może szczęścia i poszedł do alkierzu, gdzie siadł przy piwie, zakąszając je badawczym spojrzeniem na umalowaną barmankę, która w wycieranie lady wkładała więcej uczucia i pasji niż ta laureatka w swoją sztukę. Pseudo-sztukę. Uśmiechnął się do niej śmiertelnie przekonany, iż tego nie zauważy, ale wręcz przeciwnie. Omiotła bufet ulotnym zainteresowaniem, przykuwając je na końcu do uśmiechu Konrada, natychmiast odwzajemniając go szczerze. Artyście zgrzytnęło nieśmiałe serce i utopił wzrok w bursztynie piwa, jakby szukał na dnie kufla pępka świata. Ostentacyjnie sięgnął po serwetkę i nerwowo wyjętym z kieszeni koszuli ołówkiem, zaczął przelewać pamięć swego wzroku na papier. Swoje myśli.
Barmanka wyglądała na bardzo młodą dziewczynę, w wieku licealnym. Co jakiś czas rzucała krótkie spojrzenia na pogrążonego w pisaniu Konrada. On także raz po raz rzucał okiem na każdy ruch ciemnowłosej piękności, wciąż wycierającej ladę, choć od dawna była wyglancowana. Obiecał sobie, że jeśli ich spojrzenia się spotkają, odważnie ruszy do przodu.
Napisał pierwszą strofę wiersza, odłożył ołówek i popatrzył za okno. Był już późny wieczór. Chcąc na krótko spojrzeć w stronę baru, ujrzał mimochodem dziewczynę opartą o ladę i wlepiającą w niego, teraz już bezustannie niezidentyfikowany typ spojrzenia. I stało się. Wstał ruszając od alkierza. Zostawił niedopite piwo, które osamotnione jakby traciło za nim barwę. Nim zdążył cokolwiek wykrztusić, oznajmiła…
- Zamykamy.
Westchnął ciężko w połowie drogi do słowa, totalnie rozbity, pozbawiony równowagi.
- Tak… późno jest, rzeczywiście czas zamykać. – Zrezygnowany udał się w stronę garderoby i narzuciwszy płaszcz, szybko wrócił. – Powiedz mi chociaż, jak…
- Przepraszam bardzo, ale śpieszy mi się. – Dziewczyna jakby podniosła lekko głos.
Konrad zrezygnowany jeszcze bardziej wziął tylko pokrowiec z gitarą i szybkim krokiem udał się w stronę wyjścia mówiąc przez ramię na odchodne…
- Dobranoc.
Odpowiedzi się nie doczekał.
Ostatnie łyki bezbarwnego już piwa ciemnowłosa barmanka wylała do zlewu. Miała chwile potem wychodzić, jednak zauważyła na stoliku zapisaną miękkim ołówkiem serwetkę. Przeczytała dokładnie strofę niedokończonego wiersza Konrada i zarumieniła się. Słowa brzmiały tak:
Wypatrujesz uczuć
Jak drogocennych kamieni na ulicy
A nawet choćby tam leżały gdzieniegdzie
Ocienione nocą serce sprawi
Że potraktujesz je jak przeszkadzające skałki
I będziesz je kopać
Tak kopniesz leżący przed tobą szmaragd
By się stracił w ciemności na zawsze
Jak drogocennych kamieni na ulicy
A nawet choćby tam leżały gdzieniegdzie
Ocienione nocą serce sprawi
Że potraktujesz je jak przeszkadzające skałki
I będziesz je kopać
Tak kopniesz leżący przed tobą szmaragd
By się stracił w ciemności na zawsze
Zaraz zaczęła żałować, że tak szybko odprawiła swego ciemnookiego klienta, który zupełnie skreślony zapomniał o serwetce z bufetu, na którym trafnie przewidujące przyszłość kładły się litery, słowa, dusza, piękno i smutek, udzielający się nagle barmance. W pamięci jego twarz, oczy tak po prostu bez żadnych wysiłków doszukujące się w niej wszystkich promyków słońca i nadziei, wiary w miłość, która potrafi zaskoczyć.
Mimo iż dziewczyna wiedziała, że nie powinna, schowała serwetkę do kieszeni i chcąc spróbować odnaleźć artystę, poszła w mrok śpiącego miasta szukać straconego szmaragdu, choć doskonale wiedziała, że takie oczy, w których można się utopić dane jej było ujrzeć tylko ten jeden raz. Bo nie posłuchała serca, nim powiedziała „zamykamy”. I zamknięto drzwi.
Podziwiając rozmywający się już obraz z portretem uśmiechniętej dziewczyny zza baru, Konrad wsiadł w nocny pociąg i pojechał dalej szukać poezji.
Byliby ze sobą bardzo szczęśliwi. Już nigdy więcej się nie spotkali.
Mimo iż dziewczyna wiedziała, że nie powinna, schowała serwetkę do kieszeni i chcąc spróbować odnaleźć artystę, poszła w mrok śpiącego miasta szukać straconego szmaragdu, choć doskonale wiedziała, że takie oczy, w których można się utopić dane jej było ujrzeć tylko ten jeden raz. Bo nie posłuchała serca, nim powiedziała „zamykamy”. I zamknięto drzwi.
Podziwiając rozmywający się już obraz z portretem uśmiechniętej dziewczyny zza baru, Konrad wsiadł w nocny pociąg i pojechał dalej szukać poezji.
Byliby ze sobą bardzo szczęśliwi. Już nigdy więcej się nie spotkali.
2 KOMENTARZY:
Hm, prawdziwe to. Ludzie często boją się czytać takie znaki w czasie, kiedy się pojawiają. Potem jest już najczęściej za późno...
Tak! Znam to z autopsji. Z resztą inaczej bym nie napisał...
Prześlij komentarz