Mijają nieubłaganie. Gdzieś za mną kilka miesięcy pomaturalnej beztroski. Tyle czasu wolnego na kształtowanie swojego "ja", refleksję, twórcze spełnianie się, w końcu rozrywkę prostą, jak film z kilkoma butelkami piwa i paczką chipsów (nie zasłużona kara dla wątroby), albo "nolifowanie" w wirtualnym świecie World Of Warcraft. Są też chwile, kiedy zgodnie z piosenką Gruz Brothers wtorek przechodzi w sobotę nie wiadomo kiedy, a w kieszeni znajduje się ze zdziwieniem pustą paczkę po prezerwatywach*.
Są snujące się wieczory różowawym niebem, czerwone poranki, wschody słońca charakteryzujące się śpiewem wesołej kompanii wracajacej z całonocnej popijawy. A nie słychać wtedy ptaków. Zdarza się czasem romantyczne tchnienie, kiedy nagle przy sprzątaniu pokoju wypada zakurzone zdjęcie, na której jakieś dziwne medium obejmuje czule tę wciąż Niepoznaną. W ostateczności i pokój i dusza zostają nie posptrzątane. Tak miłość odwleka swoje przyjście. Jednak, czy odwleka do wieczności, czy... chce uderzyć gromowładną nawałnicą? Tego nie wie nikt. Jeszcze wczoraj mówiłem sobie "cierpliwości, nadejdzie ten czas". Dziś przy szklaneczce godzę się z ostateczną porażką. Wszak żołnierz nie składa karabinu przed wrogiem, jeno przed samym sobą. Godzić się z kleską, to przekreślenie wszelkich szans, na ewentualną rispotę. Na szczęście, bądź nieszczescie mam tendencję do szybkich zmian obranego kursu.
No i Bóg. Jego twarz chyba stała się najbardziej obca ostatnimi czasy. Być może za dużo pytań? Czy też zwyczajne zdrowe wątpliwości? Chyba jednak nie takie zdrowe, skoro ostatniej nocy ból głowy przekrzykiwał senność, zalewając mnie całego zimnym potem. I choć trwa we mnie przekonanie i pewność, że On pierwszy otwiera mi drzwi do pojednania, gotów wybaczyć i znów pozwolić Siebie przyjąć, tym trudniej jest mi podnieść łeb i spojrzeć Mu w oczy. O wiele trudniej jest wrócić do Boga mając gwarancję, że przebaczy, aniżeli dowiedzieć się o tym po raz pierwszy. Dla mnie.
No i świeżość. Nowa szata graficzna jest po to, by znów coś zmienić. Zamknąć jakiś rozdział i otworzyć kolejny. Patrzę na datę poprzedniego wpisu i wnioskuję, że zamykam rozdział milczenia. Być może moje własne bańki mydlane będą teraz jeszcze bardziej mi i Wam niezbędne do życia. Z wielu źródeł dostrzegam, że mój blog nie rzadko wyświetla się po frazie "Jan Rybowicz". Teraz odszukanie niewielkich strzępów jego twórczości stanie się łatwiejsze, dzięki wyszukiwarce, a także kanałom RSS.
Dziękuję po raz wtóry za wiele ciepłych słów, jakie piszecie do mnie w mailach, na gadu-gadu, a także w komentarzach. Cieszę się, że mogę Wam jakoś pomóc. To trzyma moje literowo-refleksyjne oblicze wciąż przy życiu.
* - po prostu poczucie humoru imprezowiczów bywa czasem przerażające...
Są snujące się wieczory różowawym niebem, czerwone poranki, wschody słońca charakteryzujące się śpiewem wesołej kompanii wracajacej z całonocnej popijawy. A nie słychać wtedy ptaków. Zdarza się czasem romantyczne tchnienie, kiedy nagle przy sprzątaniu pokoju wypada zakurzone zdjęcie, na której jakieś dziwne medium obejmuje czule tę wciąż Niepoznaną. W ostateczności i pokój i dusza zostają nie posptrzątane. Tak miłość odwleka swoje przyjście. Jednak, czy odwleka do wieczności, czy... chce uderzyć gromowładną nawałnicą? Tego nie wie nikt. Jeszcze wczoraj mówiłem sobie "cierpliwości, nadejdzie ten czas". Dziś przy szklaneczce godzę się z ostateczną porażką. Wszak żołnierz nie składa karabinu przed wrogiem, jeno przed samym sobą. Godzić się z kleską, to przekreślenie wszelkich szans, na ewentualną rispotę. Na szczęście, bądź nieszczescie mam tendencję do szybkich zmian obranego kursu.
No i Bóg. Jego twarz chyba stała się najbardziej obca ostatnimi czasy. Być może za dużo pytań? Czy też zwyczajne zdrowe wątpliwości? Chyba jednak nie takie zdrowe, skoro ostatniej nocy ból głowy przekrzykiwał senność, zalewając mnie całego zimnym potem. I choć trwa we mnie przekonanie i pewność, że On pierwszy otwiera mi drzwi do pojednania, gotów wybaczyć i znów pozwolić Siebie przyjąć, tym trudniej jest mi podnieść łeb i spojrzeć Mu w oczy. O wiele trudniej jest wrócić do Boga mając gwarancję, że przebaczy, aniżeli dowiedzieć się o tym po raz pierwszy. Dla mnie.
No i świeżość. Nowa szata graficzna jest po to, by znów coś zmienić. Zamknąć jakiś rozdział i otworzyć kolejny. Patrzę na datę poprzedniego wpisu i wnioskuję, że zamykam rozdział milczenia. Być może moje własne bańki mydlane będą teraz jeszcze bardziej mi i Wam niezbędne do życia. Z wielu źródeł dostrzegam, że mój blog nie rzadko wyświetla się po frazie "Jan Rybowicz". Teraz odszukanie niewielkich strzępów jego twórczości stanie się łatwiejsze, dzięki wyszukiwarce, a także kanałom RSS.
Dziękuję po raz wtóry za wiele ciepłych słów, jakie piszecie do mnie w mailach, na gadu-gadu, a także w komentarzach. Cieszę się, że mogę Wam jakoś pomóc. To trzyma moje literowo-refleksyjne oblicze wciąż przy życiu.
* - po prostu poczucie humoru imprezowiczów bywa czasem przerażające...
1 KOMENTARZY:
Dawidzie, myślę sobie, ze to bardzo dobrze, że znajdujesz czas na chwile refleksji... W tym pędzącym świece to bardzo ważne:)
Jeśli chodzi o przebaczenie od Boga... On mieszka w twoim wnętrzu.. Jego wewnętrzna siła oświetla całe Twoje zycie:) On zawsze przebacza, jeśli tylko widzi prawdziwna skruchę.. On czeka na każdego z nas :)
-d.
Prześlij komentarz