Wiały marcowe wiatry. I prowokowały morze. Nie umiało być spokojne na początek przedwiośnia. Uderzało falami w podlizany brzeg plaży. Kryło wiele zimowych tajemnic i snów. Lody się rozpłynęły, więc wzburzone chciało wiele wykrzyczeć. Natomiast zupełnie obojętne było wobec smukłej panny w białej sukni. Resztki fal zaledwie muskały jej bose stopy. Ona otulała się rękami. Przez zamknięte oczy podziwiała najcenniejsze wspomnienia. Lekko uśmiechnięta. Ani nie zadrżała z chłodu. Znajdowała się blisko czegoś, w co nie wierzyła. Pewnie dlatego tak naiwnie zadała to pytanie:
- Jak mnie znalazłeś?
- Jeżeli to przeznaczenie, to nie wiem. - Odpowiedział On, stojący kilka kroków za nią. - A jeżeli to wyłącznie moja determinacja, to znaczy, że... to przeznaczenie.
Odpowiedź ją niejako rozbawiła. Trudna i niejasna. Zupełnie jak słowa na tamtej serwetce w kantynie. Pobiegła z głośnym śmiechem na ustach, by wpaść w Jego ramiona. Chciał ją chwycić, ale brakło dłoni. Morska fala natychmiast urosła demonicznie uderzając Go w twarz. Rozpływały się Jego wzrok i świadomość. Za ścianą spływającej po twarzy wody widniały dwie postacie. Coś mówiły.
Konrad!
I szum. Panie Pawłowski!
Pisk hamującego pociągu. Jezu... co to za sen?
W ciszy manipulującej echem, tylko Jej słowa. W jakimś obcym języku.
* * *
Tomasz Kujawski był doświadczonym maszynistą państwowych kolei. Całą karierę prowadził lokomotywy pociągów towarowych. Często zdarzało mu się nawet pracować w nadgodzinach. Dla wyższych zarobków i po części dlatego, że nie miał gdzie po trasie wracać. Zdarzało mu się także przedłużać swój czas pracy nielegalnie. Tak jak tamtej nocy.
Miał za sobą dwadzieścia pięć godzin pracy. Na poprzedniej stacji docelowej, winien był zdać dokumentację objęcia pierwszej lokomotywy, czego nie uczynił. I tak wraz ze swym pomocnikiem, Jerzym Raczkowskim czekali teraz na doczepienie składu piętnastu pustych węglarek.
Maszynista patrzył jak zahipnotyzowany na semafor, na którym wciąż widniał sygnał "stój". Minął kwadrans i lokomotywa ET-22 była już złączona ze składem. Noc jawiła się mglista i chłodna. Kujawskiemu oczy zamknęły się same. Był jednak świadomy i szybko się wzdrygnął, wciągając głęboko powietrze przez nos. Rzucił okiem na sygnalizator, po czym pociągnął za nastawnik. Kilkuset tonowy skład ruszył.
Na semaforze jednak sygnał się nie zmienił...
Pociąg towarowy rozpędzony do prędkości pięćdziesięciu kilometrów na godzinę sunął przez mrok w stronę U. Po już dziesiątym przyciśnięciu czuwaka (urządzenia sprawdzającego czujność maszynisty, na które brak reakcji powoduje natychmiastowe hamowanie lokomotywy), Kujawski ujrzał przebijające się przez mgłę dwa światełka. Przetarł oczy w raptownym przerażeniu. Wtedy do głównego kokpitu wszedł Raczkowski. Widząc bladą twarz maszynisty nie reagującego na następny znak czuwaka, szybko uderzył w guzik.
- Jurek... - wyjąkał Kujawski. - Co to do cholery jest?!
Raczkowski spojrzał w szybę i zamarł. Teraz już obaj wiedzieli, że na przeciw nim sunie inny pociąg. Elektrowóz prowadzący skład pasażerski wył, rąbił a ten dźwięk, wydający się teraz odgłosem z piekieł narastał z każdą sekundą.
- Kurwa, jakieś dwieście metrów... - powiedział maszynista chwytając rączkę hamulca. - nie da rady... Jurek spierdalaj do tyłu, ratuj się! RATUJ SIĘ!
- A pan?!
Pociąg pośpieszny do P. był już zaledwie siedemdziesiąt metrów przed nimi.
- To nie ma sensu... NIEEEE!!!
Obaj rzucili się w tył kokpitu, do wąskiego korytarza lokomotywy najbardziej odpornego na zgniatanie. Ale było już za późno...
C.D.N.
0 KOMENTARZY:
Prześlij komentarz