Konrad ledwie uchylił oczy, jakby powieki miał z ołowiu. Bardzo ciężko przełknął ślinę, chciał coś powiedzieć, ale z jego ust wydobył się jedynie wątły pomruk. Kiedy wreszcie udało mu się otworzyć oczy i ruszyć głowę, zobaczył stojącą nad nim kobietę w białym fartuchu. Z ledwością pozbierał świadomość, by stwierdzić, że znajduje się w szpitalu.
Natychmiast jednak stracił ją ponownie. Spowodowała to próba ustalenia dlaczego tu się znajduje. W chwili, kiedy chciał wrócić do przeszłości, stracił przytomność. Otwarły się drzwi sali i do środka wszedł doktor. Spojrzał na monitor kardiologiczny.
Natychmiast jednak stracił ją ponownie. Spowodowała to próba ustalenia dlaczego tu się znajduje. W chwili, kiedy chciał wrócić do przeszłości, stracił przytomność. Otwarły się drzwi sali i do środka wszedł doktor. Spojrzał na monitor kardiologiczny.
- Wybudza się. - Rzekł z ulgą.
- Na moment otworzył oczy. - Dodała pielęgniarka. Przyjrzała się uważnie twarzy Konrada.
- Powiedział coś?
- Próbował, ale nie dał rady.
- Wytężył mózg. Chciał spytać, gdzie jest i stracił znów przytomność. To dobrze. Znaczy, że wraca na dobre. Kiedy się obudzi i będzie w stanie nawiązać kontakt, proszę mnie wezwać.
- Dobrze doktorze.
Lekarz wyszedł, a pielęgniarka usiadła na krześle przy łóżku. Wciąż obserwowała twarz Konrada. Uśmiechała się.
Za pół godziny ponownie otworzył, tym razem już szeroko oczy. Spojrzał pytająco na kobietę.
- Proszę na razie nic nie mówić. - Powiedziała pospiesznie pielęgniarka, łapiąc artystę za rękę. - Zaraz przyjdzie pana lekarz prowadzący.
Wybiegła na korytarz, by zawołać lekarza. Kiedy wszedł do sali, Konrad próbował się podnieść.
- O nie, nie, nie... - zaprzeczył stanowczo doktor powstrzymując chorego od próby wstania. - Jest pan po śpiączce farmakologicznej. Dojście do formy wymaga czasu. Zadam teraz kilka pytań. Proszę nie mówić, tylko kiwać głową.
Konrad zacisnął zęby i przymknął oczy.
- Bolą pana kości? - Zapytał lekarz. Artysta skinął głową. - Głowa? - Tym razem zaprzeczył. - Może pan ruszać nogami? - Potwierdził. - Proszę spróbować... w porządku. Dalej. Pamięta pan, co się wydarzyło? - Konrad wyglądał jakby usilnie próbował sobie przypomnieć. - Dobrze. Dziękuję. Na razie wystarczy.
Doktor siadł na łóżku obok. Odetchnął głęboko i zaczął mówić.
- Jechał pan pociągiem z P. do U. Mniej więcej w połowie trasy pana pociąg zderzył się z nadjeżdżającym znad przeciwka składem towarowym. Na całe szczęście... o ile w ogóle można tak powiedzieć, znajdował się pan w trzecim wagonie. Gdyby był pan w pierwszym... no. Właściwie już by pana nie było. Nie byłoby czego zbierać. Pierwszy wagon po zderzeniu praktycznie przestał istnieć. Został zmiażdżony. Miał pan pękniętą czaszkę, silny wstrząs mózgu, złamane obie ręce i mocno poturbowane nogi. O licznych zadrapaniach i skaleczeniach nie wspomnę. Stan był nie do końca wiadomy, wprowadziliśmy więc pana w śpiączkę farmakologiczną na okres tygodnia. Teraz już wszystko jest w porządku, powoli wraca pan do zdrowia. Oczywiście minie jeszcze trochę czasu nim pan znów stanie na nogi, my zapewnimy rehabilitację. Próbowaliśmy się skontaktować z kimś z rodziny, ale niestety nie mogliśmy nikogo odnaleźć.
Konradowi napłynęły łzy do oczu. Otworzył usta i niespodziewanie wyjąkał jedno słowo, bardzo słabym półszeptem.
- Gitara...
- Proszę się nie martwić. - Lekarz uśmiechnął się serdecznie. - Instrument miał więcej szczęścia od pana, nic mu nie jest. Dobrze, że pan nosi go w tej trumnie. W porządku. Już pana nie męczę. Proszę spokojnie leżeć i odpoczywać. Pielęgniarka będzie do co jakiś czas zaglądała.
Artysta w podziękowaniu skinął głową, po czym zamknął oczy i niemal od razu zasnął. Przez kilkanaście kolejnych nocy śnił mu się jeden, ten sam obraz. Morskie fale i piękna nieznajoma w białej sukni.
Po dwóch miesiącach Konrad wyszedł ze szpitala. Świat okrywały płomienne dywany jesieni, co zdawało się zadziwiające, ponieważ artysta przywykł do obrazu ze snu, w którym przecież wiosna zbliżała się wielkimi krokami. W portfelu, w wewnętrznej kieszeni kurtki znalazł ostatnie dwieście złotych.
Próbowaliśmy się skontaktować z kimś z rodziny...
Postanowił wrócić na jakiś czas do domu, choć przez chwilę pobyć z ojcem, a potem ruszyć na utęsknione południe, w góry, gdzie o tej porze roku harmonie barw nastrajają, jak nic innego. Szybko wymazał z pamięci długi, zapowiadający tragedię pisk kolejowych hamulców i udał się na dworzec główny. Tam wsiadł w ciemno-brązowy pociąg i pojechał, gdzie zamierzył.
Przez cały czas spędzony w szpitalu, prawda o tym co się stało i co mogło stać się gorszego docierała doń powoli i odmieniała dotąd dzikie i niespokojne artystyczne serce. Dziękował Bogu za to, że żyje, że może grać dalej na swojej najwierniejszej gitarze. Może pisać i rozumieć świat tak, jak rozumiał go do tej pory. Czuł się prawdziwie wolny. Choć ubogi, bez stałego adresu, dachu nad głową, inny od bezbarwnych ludzi i betonowych zjaw, był szczęśliwy. Był sobą. Był po prostu nieśmiertelny. Bo najważniejsze i największe bogactwo posiadał tam... pod koszulą. W piersi. To serce i dusza.
Chwała temu, co bez gniewu idzie
Poprzez śniegi, deszcze, blaski, cienie
W piersi pod koszulą, całe jego mienie
Gloria, gloria!
Edward Stachura
1 KOMENTARZY:
"W piersi pod koszulą całe jego mienie" - moje ukochane słowa z "Glorii". Możesz przekazać Konradowi, że nawet nie wie, jak bardzo się cieszę, że jest : )
Prześlij komentarz