"GDYBY TAK POWIAŁO ZDROWO...
TO BYM JESZCZE RAZ POFRUNĄŁ..."

Artysta i Człowiek

By | 12:16 2 comments
Coraz więcej wkoło ludzi
O Człowieka coraz trudniej
Moja bardzo wielka wina
Edward Stachura

Strasznie przytłaczał go chaos, jaki panował w wagonie. Nie lubił podróżować w tłoku, co na szczęście rzadko zdarzało się rzadko. Tamtego popołudnia natomiast nie słyszał nawet własnych myśli. Trzydziestka, może czterdziestka młodych ludzi, najwyraźniej wracała z jakiejś szkolnej wycieczki. Nauczyciele, nawet jeżeli jeszcze żyli, nie mieli żadnego wpływu na rozwrzeszczaną, szeleszczącą i zupełnie niezmęczoną bandę gówniarzy.
Konrad westchnął ciężko i sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki, by wydobyć z niej odtwarzacz MP3 owinięty słuchawkami. Prawie zaklął, kiedy niestety okazało się, że bateria jest rozładowana, a nie ma żadnej zapasowej. Wtedy spostrzegł, że ktoś siadł naprzeciw niemu, uśmiechając się porozumiewawczo.
   - Cześć. – Odezwał się nieznajomy.
  Konrad kiwnął jedynie głową, mierząc nowego towarzysza podróży swoim rutynowym spojrzeniem, by ocenić po wyglądzie poziom ewentualnej konwersacji. Mężczyzna zdawał się być prostym, zupełnie przeciętnym człowiekiem, prawdopodobnie wracającym z pracy do domu. Nosił brązową sztruksową kurtkę, pod nią kremowy golf i ciemno granatowe jeansy. Zza przymkniętych powiek płynął czysty szafirowy kolor, maskując spojrzenie, jak gdyby nieznajomy bronił się przed siłą oczu i możliwością dostrzeżenia w nich wszystkiego. Na czole znajdowała się stara blizna, chyba po drucie kolczastym. Ręce mocno splecione na piersi sugerowały postawę zamkniętą, mimo to jednak mężczyzna odezwał się pierwszy i sprawiał wrażenie, jakby czekał na identyczny odzew, gdyż skinięcie głową w ramach odpowiedzi nie wystarczało.
   - Myślałem, że może rozmowa pozwoli odwrócić uwagę od tej rozkrzyczanej młodzieży…
  - Cześć. – Odrzekł w końcu Konrad zachrypniętym głosem. – Chyba zbytnio przywykłem do spokoju. Drażni mnie byle szum.
   Nieznajomy skrzywił usta w lichym uśmiechu i zerknął do góry na bagażówkę. Leżała tam gitara Konrada zamknięta w mocnym, sarkofagowym futerale.
   - Nic dziwnego, skoro jesteś artystą. Mam na imię Jerzy.
   - Konrad.
   - Miastowy outsider?
   - Raczej drogowy obserwator. Lubię jeździć pociągami. Widzieć w nich różnych ludzi, patrzeć na nich, odgadywać ich sumienia, osobowości. Pisać o nich.
   - O, to ciekawe. O wiele ciekawsze od nie zwracających na nic uwagi przejezdnych.
   Trafnie scharakteryzowany jako artysta, Konrad rozmyślał nad wyrazem twarzy Jerzego. Człowiek ten nie miał zbyt wielu okazji do rozmów przedziałowych. W zasadzie Konrad nie miał nic przeciwko takowym, a temat padł już wcześniej. Miało popłynąć wyjaśniające wiele rzeczy opowiadanie o zapętlonych, jak piosenka w odtwarzaczu artysty myślach tych wspomnianych, przezroczystych przejezdnych.
   - Tak mnie zastanawia... - Jerzy zaczął pierwszy. - Co bystre oko artysty może zauważyć w obcych twarzach?
   - Raczej, co może odgadnąć. Trudno jest coś zauważyć, ogarnąć którymś zmysłem, nie zamieniając z obserwowaną osobą słowa. A ja raczej nie rozmawiam. Zamykam przypuszczenia i oceny wewnątrz siebie. - Konrad spojrzał z ukosa na dwie młode dziewczyny, wycieczkowiczki stojące na korytarzu pociągu. Uśmiechnął się lekko. - To fascynujące, jeżeli zostawiasz dla siebie pewne wnioski.
   - Sporo ludzi nie ma czasu na myślenie o swoim życiu prywatnym,a co dopiero myśleć o obcych. - Zauważył Jerzy.
   - Rozmyślania nad swoim życiem zwykle kończą się tak samo. Nikt nie jest sam, bo wszyscy żyją w jakiejś społeczności. Kiedy zagłębiam się w trudne pytania o sobie samym, odpowiedzi albo nie znajduję, albo powraca wiecznie ta sama, którą usłyszeć chce moje ego. Lepiej poznasz siebie, odgadując wnętrze innych.
   - No właśnie, jak to jest? - Mężczyzna oparł głowę o okno dla większej wygody. - Brak innego wyjścia, chcąc rozwiązać problem z sobą, czy też strach przed potwornością marnego człowieczeństwa?
   - Gdyby człowieczeństwo nie było potworne, nie byłoby człowieczeństwem. Zobacz, dla ilu gatunków jesteśmy potworami. To gatunki mniejsze, których nigdy nie zrozumiemy, bez względu na to, jak dobrze wydaje nam się, że je znamy. My z kolei obawiamy się gatunków większych, które istotnie mogą nam zrobić krzywdę. Ale taka jest natura niektórych. Człowiek ma zawsze wybór, choć i tak dla świerszcza, mrówki, czy biedronki będzie potworem. - Konrad sięgnął po butelkę coli stojącej na stoliczku przy oknie. Pociągnął spory łyk. - Nie. Tego nie należy się obawiać. Nie obawiać się żadnych potworności, zwłaszcza tych w nas. Trzeba tylko wybierać dobrze i mądrze.
   - A zatem, szukanie źródeł swoich niezrozumiałych zachowań?
  - Możliwe. - Artysta cmoknął i sięgnął po papierosa. - Nie wyjaśnię ci do końca na swoim przykładzie.
   - Pierwsze zaciągnięcie zawsze smakuje najgorzej. Konrad lekko się skrzywił i szybko popił colą. Jerzy wyjął swoje papierosy, zapalił i też szybko się zaciągnął. Ale artysta zauważył, że mężczyzna ma większą wprawę w paleniu. Pół metra gęstego dymu wydmuchał jak parę z ust na mroźnym powietrzu.
  - Dobrze, Konradzie. Pomijając już natury, powołania, potworności i zwyczaje poszczególnych gatunków, po prostu powiedz mi, dlaczego obserwujesz? Na to pytanie chyba znajdzie się nieskomplikowana odpowiedź?
   - Taki wybrałem sposób na życie. Najkrócej.
   - Dobrze... w takim razie rozwiń, proszę.
  - Widziałeś gitarę na bagażówce. Na tej podstawie oceniłeś, że jestem artystą. Ale sama gitara jeszcze nic nie znaczy. Może to prezent dla kogoś. Może po prostu nie jest moja. Może gram od święta na jakichś wiejskich potupajkach. Gitara jednak schowana w tym zmęczonym sarkofagu nakierowała twoje myśli na pewne tory, więc nie jestem dla ciebie powierzchownie tylko zwykłym kolesiem z gitarką. Zobaczyłeś coś jeszcze. Zirytowanie tą bandą smarkaterii, wymowna mimika mojej twarzy. Zajrzałeś dalej. Głębiej. I mój życiowy kontur odgadłeś trafnie. I ja robię podobnie. Gitara, słowo, pióro, papier i dzięki Bogu wciąż zdolne struny głosowe, to mój sposób na życie. Ileż można śpiewać o sobie i myśleć, z której strony by tu się jeszcze wyidealizować. Zacząłem patrzeć na żegnające się w spazmach wzruszenia i właśnie zasiewanej tęsknoty pary zakochanych, pod wiatami brudnych peronów. W tych gestach praktycznie obnażają się z emocji, które sypią się po kostce brukowej i toczą do studzienek. Jakże mógłbym tej wartościowej monety nie podnieść i schować tam, gdzie jej miejsce, czyli do sztuki? Cholera, Jerzy, oni mogą się nie widzieć lata, bo poza miłością nie mają nic, a on z tego tytułu jedzie na obczyznę zrywać truskawki, by móc swoją tęsknotę wyrażać prezentami i samą zarobioną gotówką dla niej. A tylu ludzi wkoło ma to w nosie, nikt nie zwróci uwagi, nie zawiesi choćby cienia myśli na nich, nie pochwali w duchu wzorowo okazanej sobie miłości w przedłużającym się nazbyt pożegnaniu. Dlatego robię to ja. Pewnie nie usłyszą o sobie nigdy piosenki. Ale ona będzie, jako moja słowno-muzyczna fotografia, gdzie w kadrze nut i fraz, królują oni. Ale nie każdego da się odgadnąć. Czasami po prostu nie ma czego odgadywać. Czasem nie wypada.
   - Słowem, po prostu szukasz Człowieka.
   - Jest coraz trudniej. Czy przykład tych dwojga jest dla ciebie czytelny?
   - Trafny. Zrozumiały. Au! Cholera...
   Jerzy roztarł wewnętrzną część lewej dłoni, sycząc z bólu. Zaraz potem, dziwną bliznę na czole.
   - Wszystko w porządku?
   - Tak, tak. Mów dalej.
    Przedział został zalany w połowie czerwienią z wolna zachodzącego słońca, a w połowie bladym, mocno kontrastowym punktowym światłem. Pociąg zatrzymał się na zimnym dworcu wynaturzonego miasta. Boczne, zachodnie światło omijało rampę peronu, po którym pasażer gęsto się ścielił i rozkładał na oczach tych dwóch w przedziale. Wiatr rozwiewał włosy w każdą stronę, a bezpańskie kundle szarpały kości, jak na powitanie znienawidzonego pana.
    Konrad otworzył oczy. Wagon był pusty i cichy. Jerzy nadal tarł obolałą dłoń posykując z cicha.
  - Stare rany bolą bardziej, niż nowe. Wysiadam na kolejnej stacji. Nigdy nie wysiadam na dworcach. - Powiedział Jerzy.
   - Widać.
   - Coś odgadłeś we mnie? - Uśmiechnął się, pochylił, opierając łokciem o kolano.
   - Odgadując mnie i słuchając mojej specyficznej mowy, której nie uświadczysz chyba przez długi czas, o ile w ogóle, odgaduję głęboko zakorzeniony strach przed brakiem Człowieka. Wysiadłbyś dużo wcześniej gdyby nie ja, przez tych bachorów. Tyle wywnioskowałem, kiedy mnie słuchałeś. Jak na ciebie patrzę, to jesteś chodzącym symbolem. Z tą blizną i tą nie zagojoną raną sprzed lat. Długich lat. Powracający ból, to ciągłe przypomnienie o końcu Człowieka. Blizna i rany są widoczne i zwracają uwagę, ale szary przejezdny jest wzrokowcem i nie powiąże ich z żadnym znaczeniem. Dla niego to obraz bez treści. Niczym picie z pustej szklanki, bo jest ładna i dobrze wygląda przechylana w stronę ust. Powierzchowność daje ci w kość. No i jak w każdej podniesionej przeze mnie monecie wartej ukrycia wewnątrz sztuki, jest w tobie coś więcej.
  - Nic dodać, nic ująć. Przynajmniej nie muszę się tego wstydzić. Więcej zobaczyć z pewnością możesz, ale wydaje mi się, że nie chcesz?
  - „Więcej” jest tylko twoje. Nie mam prawa uzurpować tego nawet dla takiego sacrum, jakim jest sztuka.
    Pociąg zaczął hamować. Dojeżdżał do małej, opuszczonej stacyjki, na której nikt nie wsiądzie. Jerzy podniósł się powoli.
   - Konradzie, kiedyś Człowiek uciekł ode mnie. Czasem namiastka Człowieka, kiedy już z nadzieją patrzę na powrót starych dni, rozpłynie się, bo przestraszy historii wypisanej na tych dłoniach, na tym czole. Trzeba było się spieszyć za każdym razem, by nie zdążyć się zawieść. Przywykłem do tego, ale potem prawie opuściło mnie poczucie sensu.
   Nie tylko ty, towarzyszu krótkiej podróży dzielisz ludzi na Człowieka i na zjawę. Byt wędrowcy nie jest korzystny dziś dla świata, ale potrzebny dla skrawka ziemi, po którym idziesz. Jest ostatnim śladem ratunku na wszystkich szlakach, gdzie ucieka ostatni Człowiek. I ja tam zmierzam, na spotkanie niespodziewane. Dziś nie musiałem się nigdzie spieszyć. Zauważyłem, kto wie, może dzięki nieobecnej już młodzieży, z kim dzielić będę przedział. Konradzie, jesteś Człowiekiem, którego nie spotkałem dawno. „Dawno temu usilnie myślałem o ratowaniu świata, potem ludzkości, a potem by się nie narzucać ni światu, ni ludzkości, zacząłem mierzyć siły na zamiary i postanowiłem ratować, co się da”.
    - Piękna parafraza... - Konrad uśmiechnął się pełen uznania.
    - Wiedziałem, że nie będzie ci obca. - Jerzy wyciągnął dłoń w stronę artysty. - To była prawdziwa radość i uciecha dla serca poznać kogoś, kto omija kurtuazyjne „nie znamy się jeszcze na tyle, by gadać o duszy i wzruszeniach” i potrafi z Człowiekiem nie trwonić słów na wymianę uwag na temat gustów, pochodzenia, ulubionych zwyczajów, tylko przejść do rzeczy. Tak mało dziś rzeczowych rozmów toczy świat. Ludzie wszystko chcieliby poznać i zaszufladkować.
   - Bywaj zdrów, Jerzy. Moje „dziękuję” płynęło od samego początku
   - Bywaj!
   Konrad zaniósł się milczeniem. I jechał dalej, szukać poezji.

Nowszy post Starszy post Strona główna