Coraz więcej wkoło ludzi
O Człowieka coraz trudniej
Moja bardzo wielka wina
Edward Stachura
Strasznie
przytłaczał go chaos, jaki panował w wagonie. Nie lubił
podróżować w tłoku, co na szczęście rzadko zdarzało się
rzadko. Tamtego popołudnia natomiast nie słyszał nawet własnych
myśli. Trzydziestka, może czterdziestka młodych ludzi,
najwyraźniej wracała z jakiejś szkolnej wycieczki. Nauczyciele,
nawet jeżeli jeszcze żyli, nie mieli żadnego wpływu na
rozwrzeszczaną, szeleszczącą i zupełnie niezmęczoną bandę
gówniarzy.
Konrad westchnął
ciężko i sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki, by wydobyć z
niej odtwarzacz MP3 owinięty słuchawkami. Prawie zaklął, kiedy
niestety okazało się, że bateria jest rozładowana, a nie ma
żadnej zapasowej. Wtedy spostrzegł, że ktoś siadł naprzeciw
niemu, uśmiechając się porozumiewawczo.
- Cześć. – Odezwał
się nieznajomy.
Konrad kiwnął
jedynie głową, mierząc nowego towarzysza podróży swoim rutynowym
spojrzeniem, by ocenić po wyglądzie poziom ewentualnej konwersacji.
Mężczyzna zdawał się być prostym, zupełnie przeciętnym
człowiekiem, prawdopodobnie wracającym z pracy do domu. Nosił
brązową sztruksową kurtkę, pod nią kremowy golf i ciemno
granatowe jeansy. Zza przymkniętych powiek płynął czysty
szafirowy kolor, maskując spojrzenie, jak gdyby nieznajomy bronił
się przed siłą oczu i możliwością dostrzeżenia w nich
wszystkiego. Na czole znajdowała się stara blizna, chyba po drucie
kolczastym. Ręce mocno splecione na piersi sugerowały postawę
zamkniętą, mimo to jednak mężczyzna odezwał się pierwszy i
sprawiał wrażenie, jakby czekał na identyczny odzew, gdyż
skinięcie głową w ramach odpowiedzi nie wystarczało.
- Myślałem, że może
rozmowa pozwoli odwrócić uwagę od tej rozkrzyczanej młodzieży…
- Cześć. – Odrzekł
w końcu Konrad zachrypniętym głosem. – Chyba zbytnio przywykłem
do spokoju. Drażni mnie byle szum.
Nieznajomy skrzywił
usta w lichym uśmiechu i zerknął do góry na bagażówkę. Leżała
tam gitara Konrada zamknięta w mocnym, sarkofagowym futerale.
- Nic dziwnego, skoro
jesteś artystą. Mam na imię Jerzy.
- Konrad.
- Miastowy outsider?
- Raczej drogowy
obserwator. Lubię jeździć pociągami. Widzieć w nich różnych
ludzi, patrzeć na nich, odgadywać ich sumienia, osobowości. Pisać
o nich.
- O, to ciekawe. O
wiele ciekawsze od nie zwracających na nic uwagi przejezdnych.
Trafnie
scharakteryzowany jako artysta, Konrad rozmyślał nad wyrazem twarzy
Jerzego. Człowiek ten nie miał zbyt wielu okazji do rozmów
przedziałowych. W zasadzie Konrad nie miał nic przeciwko takowym, a
temat padł już wcześniej. Miało popłynąć wyjaśniające wiele
rzeczy opowiadanie o zapętlonych, jak piosenka w odtwarzaczu artysty
myślach tych wspomnianych, przezroczystych przejezdnych.
- Tak mnie
zastanawia... - Jerzy zaczął pierwszy. - Co bystre oko artysty
może zauważyć w obcych twarzach?
- Raczej, co może
odgadnąć. Trudno jest coś zauważyć, ogarnąć którymś
zmysłem, nie zamieniając z obserwowaną osobą słowa. A ja raczej
nie rozmawiam. Zamykam przypuszczenia i oceny wewnątrz siebie. -
Konrad spojrzał z ukosa na dwie młode dziewczyny, wycieczkowiczki
stojące na korytarzu pociągu. Uśmiechnął się lekko. - To
fascynujące, jeżeli zostawiasz dla siebie pewne wnioski.
- Sporo ludzi nie ma
czasu na myślenie o swoim życiu prywatnym,a co dopiero myśleć o
obcych. - Zauważył Jerzy.
- Rozmyślania nad
swoim życiem zwykle kończą się tak samo. Nikt nie jest sam, bo
wszyscy żyją w jakiejś społeczności. Kiedy zagłębiam się w
trudne pytania o sobie samym, odpowiedzi albo nie znajduję, albo
powraca wiecznie ta sama, którą usłyszeć chce moje ego. Lepiej
poznasz siebie, odgadując wnętrze innych.
- No właśnie, jak to
jest? - Mężczyzna oparł głowę o okno dla większej wygody. -
Brak innego wyjścia, chcąc rozwiązać problem z sobą, czy też
strach przed potwornością marnego człowieczeństwa?
- Gdyby
człowieczeństwo nie było potworne, nie byłoby człowieczeństwem.
Zobacz, dla ilu gatunków jesteśmy potworami. To gatunki mniejsze,
których nigdy nie zrozumiemy, bez względu na to, jak dobrze wydaje
nam się, że je znamy. My z kolei obawiamy się gatunków
większych, które istotnie mogą nam zrobić krzywdę. Ale taka
jest natura niektórych. Człowiek ma zawsze wybór, choć i tak dla
świerszcza, mrówki, czy biedronki będzie potworem. - Konrad
sięgnął po butelkę coli stojącej na stoliczku przy oknie.
Pociągnął spory łyk. - Nie. Tego nie należy się obawiać. Nie
obawiać się żadnych potworności, zwłaszcza tych w nas. Trzeba
tylko wybierać dobrze i mądrze.
- A zatem, szukanie
źródeł swoich niezrozumiałych zachowań?
- Możliwe. - Artysta
cmoknął i sięgnął po papierosa. - Nie wyjaśnię ci do końca
na swoim przykładzie.
- Pierwsze zaciągnięcie
zawsze smakuje najgorzej. Konrad lekko się skrzywił i szybko popił
colą. Jerzy wyjął swoje papierosy, zapalił i też szybko się
zaciągnął. Ale artysta zauważył, że mężczyzna ma większą
wprawę w paleniu. Pół metra gęstego dymu wydmuchał jak parę z
ust na mroźnym powietrzu.
- Dobrze, Konradzie.
Pomijając już natury, powołania, potworności i zwyczaje
poszczególnych gatunków, po prostu powiedz mi, dlaczego
obserwujesz? Na to pytanie chyba znajdzie się nieskomplikowana
odpowiedź?
- Taki wybrałem
sposób na życie. Najkrócej.
- Dobrze... w takim
razie rozwiń, proszę.
- Widziałeś gitarę
na bagażówce. Na tej podstawie oceniłeś, że jestem artystą.
Ale sama gitara jeszcze nic nie znaczy. Może to prezent dla kogoś.
Może po prostu nie jest moja. Może gram od święta na jakichś
wiejskich potupajkach. Gitara jednak schowana w tym zmęczonym
sarkofagu nakierowała twoje myśli na pewne tory, więc nie jestem
dla ciebie powierzchownie tylko zwykłym kolesiem z gitarką.
Zobaczyłeś coś jeszcze. Zirytowanie tą bandą smarkaterii,
wymowna mimika mojej twarzy. Zajrzałeś dalej. Głębiej. I mój
życiowy kontur odgadłeś trafnie. I ja robię podobnie. Gitara,
słowo, pióro, papier i dzięki Bogu wciąż zdolne struny głosowe,
to mój sposób na życie. Ileż
można śpiewać o sobie i myśleć, z której strony by tu się
jeszcze wyidealizować. Zacząłem patrzeć na żegnające się w
spazmach wzruszenia i właśnie zasiewanej tęsknoty pary
zakochanych, pod wiatami brudnych peronów. W tych gestach
praktycznie obnażają się z emocji, które sypią się po kostce
brukowej i toczą do studzienek. Jakże mógłbym tej wartościowej
monety nie podnieść i schować tam, gdzie jej miejsce, czyli do
sztuki? Cholera, Jerzy, oni mogą się nie widzieć lata, bo poza
miłością nie mają nic, a on z tego tytułu jedzie na obczyznę
zrywać truskawki, by móc swoją tęsknotę wyrażać prezentami i
samą zarobioną gotówką dla niej. A tylu ludzi wkoło ma to w
nosie, nikt nie zwróci uwagi, nie zawiesi choćby cienia myśli na
nich, nie pochwali w duchu wzorowo okazanej sobie miłości w
przedłużającym się nazbyt pożegnaniu. Dlatego robię to ja.
Pewnie nie usłyszą o sobie nigdy piosenki. Ale ona będzie, jako
moja słowno-muzyczna fotografia, gdzie w kadrze nut i fraz, królują
oni. Ale nie każdego da się
odgadnąć. Czasami po prostu nie ma czego odgadywać. Czasem nie
wypada.
- Słowem, po prostu
szukasz Człowieka.
- Jest coraz trudniej.
Czy przykład tych dwojga jest dla ciebie czytelny?
- Trafny. Zrozumiały.
Au! Cholera...
Jerzy roztarł
wewnętrzną część lewej dłoni, sycząc z bólu. Zaraz potem,
dziwną bliznę na czole.
- Wszystko w porządku?
- Tak, tak. Mów
dalej.
Przedział został
zalany w połowie czerwienią z wolna zachodzącego słońca, a w
połowie bladym, mocno kontrastowym punktowym światłem. Pociąg
zatrzymał się na zimnym dworcu wynaturzonego miasta. Boczne,
zachodnie światło omijało rampę peronu, po którym pasażer gęsto
się ścielił i rozkładał na oczach tych dwóch w przedziale.
Wiatr rozwiewał włosy w każdą stronę, a bezpańskie kundle
szarpały kości, jak na powitanie znienawidzonego pana.
Konrad otworzył oczy.
Wagon był pusty i cichy. Jerzy nadal tarł obolałą dłoń
posykując z cicha.
- Stare rany bolą
bardziej, niż nowe. Wysiadam na kolejnej stacji. Nigdy nie wysiadam
na dworcach. - Powiedział Jerzy.
- Widać.
- Coś odgadłeś we
mnie? - Uśmiechnął się, pochylił, opierając łokciem o kolano.
- Odgadując mnie i
słuchając mojej specyficznej mowy, której nie uświadczysz chyba
przez długi czas, o ile w ogóle, odgaduję głęboko zakorzeniony
strach przed brakiem Człowieka. Wysiadłbyś dużo wcześniej gdyby
nie ja, przez tych bachorów. Tyle wywnioskowałem, kiedy mnie
słuchałeś. Jak na ciebie patrzę, to jesteś chodzącym symbolem.
Z tą blizną i tą nie zagojoną raną sprzed lat. Długich lat.
Powracający ból, to ciągłe przypomnienie o końcu Człowieka.
Blizna i rany są widoczne i zwracają uwagę, ale szary przejezdny
jest wzrokowcem i nie powiąże ich z żadnym znaczeniem. Dla niego
to obraz bez treści. Niczym picie z pustej szklanki, bo jest ładna
i dobrze wygląda przechylana w stronę ust. Powierzchowność daje
ci w kość. No i jak w każdej podniesionej przeze mnie monecie
wartej ukrycia wewnątrz sztuki, jest w tobie coś więcej.
- Nic dodać, nic
ująć. Przynajmniej nie muszę się tego wstydzić. Więcej
zobaczyć z pewnością możesz, ale wydaje mi się, że nie chcesz?
- „Więcej” jest
tylko twoje. Nie mam prawa uzurpować tego nawet dla takiego sacrum,
jakim jest sztuka.
Pociąg zaczął
hamować. Dojeżdżał do małej, opuszczonej stacyjki, na której
nikt nie wsiądzie. Jerzy podniósł się powoli.
- Konradzie, kiedyś
Człowiek uciekł ode mnie. Czasem namiastka Człowieka, kiedy już
z nadzieją patrzę na powrót starych dni, rozpłynie się, bo
przestraszy historii wypisanej na tych dłoniach, na tym czole.
Trzeba było się spieszyć za każdym razem, by nie zdążyć się
zawieść. Przywykłem do tego, ale potem prawie opuściło mnie
poczucie sensu.
Nie tylko ty, towarzyszu
krótkiej podróży dzielisz ludzi na Człowieka i na zjawę. Byt
wędrowcy nie jest korzystny dziś dla świata, ale potrzebny dla
skrawka ziemi, po którym idziesz. Jest ostatnim śladem ratunku na
wszystkich szlakach, gdzie ucieka ostatni Człowiek. I ja tam
zmierzam, na spotkanie niespodziewane. Dziś nie musiałem się
nigdzie spieszyć. Zauważyłem, kto wie, może dzięki nieobecnej
już młodzieży, z kim dzielić będę przedział. Konradzie, jesteś
Człowiekiem, którego nie spotkałem dawno. „Dawno temu usilnie
myślałem o ratowaniu świata, potem ludzkości, a potem by się nie
narzucać ni światu, ni ludzkości, zacząłem mierzyć siły na
zamiary i postanowiłem ratować, co się da”.
- Piękna parafraza...
- Konrad uśmiechnął się pełen uznania.
- Wiedziałem, że nie
będzie ci obca. - Jerzy wyciągnął dłoń w stronę artysty. - To
była prawdziwa radość i uciecha dla serca poznać kogoś, kto
omija kurtuazyjne „nie znamy się jeszcze na tyle, by gadać o
duszy i wzruszeniach” i potrafi z Człowiekiem nie trwonić słów
na wymianę uwag na temat gustów, pochodzenia, ulubionych
zwyczajów, tylko przejść do rzeczy. Tak mało dziś rzeczowych
rozmów toczy świat. Ludzie wszystko chcieliby poznać i
zaszufladkować.
- Bywaj zdrów, Jerzy.
Moje „dziękuję” płynęło od samego początku
- Bywaj!
Konrad zaniósł się
milczeniem. I jechał dalej, szukać poezji.
2 KOMENTARZY:
piękny jesteś Ikarze
:)
Prześlij komentarz