"GDYBY TAK POWIAŁO ZDROWO...
TO BYM JESZCZE RAZ POFRUNĄŁ..."

PSI REBORN - fragment I

By | 11:34 Leave a Comment



 z pamiętnika Konrada

   Zima w tych górach jest dla twardzieli. Ja nim nie jestem. I bynajmniej nie dlatego, że prawdopodobnie po szkliwie zębów został proszek, który co chwila omiatam językiem. Również nie dlatego, że tutejsi widząc jak drżę, śmieją się, że mam alkoholowe drgawki. Zima w górach jest jak silnie żrący kwas. Definitywnie wyżera resztki brudów, kończy odwieczny cykl życia, wypala smętne owoce przekwitu i na długi czas czyni byt nietykalnym. Albo czyni niebyt. Jednak nawet kwas nie potrafi być bezwzględny bezgranicznie. Szkło jest odporne na kwasy - uczyli mnie w szkole. Nie powiedzieli, że uczucia też. I właśnie dlatego zima jest dla twardzieli. A nauka ma granice.
   Tutejsi mawiają, że kiedy nawet ubierzesz się najcieplej jak możesz, to tylko oszukujesz członki. To sprawia, że każda jedna warstwa odzieży mniej, czyni je jeszcze bardziej podatnymi na mróz. Koniec i kropka. Zima jest i być musi. Lepiej do tego przywyknij, albo oszukuj się dalej i złorzecz na aurę, aż sam zajdziesz w głowę, co ci bardziej przydatne.
   Nie pierwsza to moja zima w górach, ale pierwsza odczuwalna. Mus ruszyć na przełęcze, potem dalej na Wschód, i dalej ku Gorgonom. Wciąż w jednym celu. A przełęcze zawalone śniegiem, nie tarmoszą się już tamtędy furmanki, ani nawet ciężarówki, bo dróg nie odśnieża nikt. Zbyt sporadyczny ruch za wschodnią granicę, by wypuszczać pługi. Tam nie zapuszczają się porządni i rozsądni ludzie. Ale ja nigdy nie byłem poprawny, mainstreamowy i zawsze z lekkim uśmieszkiem drwiny szedłem pod prąd. Tam, gdzie rozsądek stawia kropkę, nadzieja zawsze dostawia jeszcze dwie.
   I powoli stawałem się tym, kogo zrobić ze mnie chcieli. Im dziksze, oderwane od reszty świata sioła odwiedzałem, tym bardziej przekonywałem się, że kropka rozsądku zawsze jest tą pierwszą w wielokropku, a nadzieja miała zbyt poważnie naiwną przewagę dwóch kolejnych. Spoglądali na mnie spode łba ostatni żyjący Łemkowie, Bojkowie i dbający o rodowód Huculi, jakbym przybył z innego kontynentu, a prawo bytu w ich górach nie przewidywało miejsca dla jakiegoś kiepa. Gdyby tylko te zapadnięte, zawszone dziury, gdzie bękarty walają się w błocie wśród uryny i rzygowin ich psów nie znajdowały się na mojej drodze, sprzedałbym współrzędne tych wiosek pierwszej lepszej napotkanej zjawie z najbliższej cytadeli i pluł na zgwałcone chwilę później, ledwie przytomne śledzie tych ksenofobicznych zdzir. Gdybym tylko wiedział, jak traktuje się pielgrzyma, który poza wiktem, miską kaszy i kubkiem kompotu w zamian za porąbanie drzewa do węglowych retort, niczego od nich nie chce. Nie zdziwiłbym się, gdyby te świnie umierały wciąż na tyfus. Oj, nie. Bez gniewu przemierzyłem czerwony szlak, jedyne swoje mienie skarbiąc pod koszulą, w piersi, aż dojrzałem do myśli, że na tym szlaku wypluwa się krew i zostawia zdrowie. Zbyt długo byłem cieniem, prochem i złudzeniem wszystkich mnie mijających. "Córciu, idź dalej. Nikt tędy nie idzie. Nie zwlekaj patrząc na nikogo", "Zmierzcha już, nikogo nam pytać o godzinę i kierunki", "Kurwa w dupę pierdolona matka, ktoś mógłby się pojawić przed nami!". Tyle zwykle słyszałem od mijających mnie. "Ktoś" - czas teraźniejszy niedokonany, "Nikt" - najzwyklejszy przeczący zaimek. Nadzieja była najcieplejszą odzieżą, jaką teraz nosiłem i ostatnim ciepłem podtrzymującym przy życiu mój kurewsko przemarznięty stan. Nadzieja była ostatnim szlachetnym i dobrym uczuciem, jakie miałem  w sobie. Była jak płatek róży zamknięty w foremce do lodów, zalanej po brzegi wodą. Na krwawym szlaku szedłem bez gniewu zbyt długo.
   Aż w końcu postanowiłem założyć buty.
   Przyśnił mi się naukowiec jednej nocy pod śniegową kołdrą śpiąc. Ciekawy, wygłodniały wzrok, tępy, jakby po zażyciu kilku gramów amfetaminy. Wzrok mądrej kurwy w pośredniaku, mówiącej mi "spierdalaj" takim tonem, bym poczuł dreszczyk emocji na myśl o zbliżającej się wycieczce. Wiesz... typowe "sprawdź", "nigdy nie wiesz", "sprzedaj się mi, bo na tobie zarobię, a ja tu będę grzać swoje rodzynki w odbycie na wygodnym krzesełku".
   - Nikt normalny i zdrowy na umyśle nie wlazł w tą polsko-ruską Amazonię. - Mówił podnieconym głosem, bo chyba cała krew z mózgu spłynęła mu do kutasa. - Nie wiem, jaki masz cel, by forsować ten ostatni odcinek ery maczet, włóczni i szamanów, ale... - nerwowo przełknął ślinę, jakby cała nauka wchodziła mu głęboko w dupę łechcąc jakiś punkt "G". - ...ale jak już tam jesteś nawiąż kontakt, jakąś analizę poznawczą, zbadaj historię, legendy... a może oni tam inaczej wyglądają? Podobno Łemkynie są wysokie i napalone. Może strach przed całkowitym wymarciem tego słowiańskiego szczepu powoduje to? A potem opowiedz... albo nie! Świetnie piszesz! Napisz! Napisz i daj mi. Daj, a będzie nad czym spekulować na długie lata!
   - Byłbym zdrowy na umyśle, gdybym drżał z zimna na tym zadupiu w tym celu. Ale ty masz okulary, fartuszek i rumieńce onanisty spuszczającego się na fakty nowej anatomii, nie zrozumiesz tego, że te sioła są mi zwyczajnie obojętne, jak wzrost Łemkynii, łemkowskie pierogi i bojkowskie, czy łacińskie cerkwie. To tylko śmierdzące strzechy przy drodze, po której idę.
   - No to po cholerę tam jesteś? Tam dalej nic nie ma... nic. Tylko przeszłość i inna epoka.
   - Tak. Tam jest przeszłość i lepsza, dawna epoka. Ale nie w twoim znaczeniu.
   - Jebnięty... - stęknął, jakby podniecony, mądry kutas sflaczał podczas intelektualnej masturbacji.
   - Nie zrozumiesz. Nigdy. I niczym się nie różnisz od tych przygranicznych wieśniaków.
   Takie sny miewałem co noc. To tylko moja wyobraźnia i podświadoma pogarda do jajogłowych rysowała tego antagonistę w tak perwersyjnych barwach. Ale i tak nie miałem ochoty być kolejnym zjaranym Tonym Halikiem, ani charyzmatycznym Wołoszańskim i bynajmniej nie pogodnym Nowakowskim. I już chyba całkowicie byłem tym, kogo chcieli ze mnie zrobić ludzie. Czasem teraźniejszym niedokonanym i zaimkiem przeczącym.
Nowszy post Starszy post Strona główna

0 KOMENTARZY: