z pamiętnika Konrada
Ci, którzy wyśmiali moją podatność na mróz,
byli jedynymi, z którymi zamieniłem przed kilkoma dniami ostatnie
jak dotąd słowa.
- Słyszelimy o Ludziach Gór. - Sapał cuchnący
próchnem dziad. Ale całkiem sympatyczny. - Ale to to Gorce
bardziej, nie? Czy już bieszczad sanocki?
- Nawet bliżej. - Miałem wrażenie, że moja zerowa
od zimna dykcja czyni mnie w oczach starucha największą sierotą
świata. - Ostatnie większe siedlisko, to dawne schronisko
"Enklawa". Przełajka na płaskiej misie między
Polańczykiem, a Wołkowyją. Tego pan może nie wiedzieć. Ale tamta
konfraternia była niezwykle związana. Nie bez trudu udało mi się
od nich odłączyć.
Dziad zasępił się i zabuczał ponuro. Chyba
słyszał więcej niż można było się spodziewać.
- Iście bida. - Mruknął. - Jak już ostatnie
sztandary braterstwa i honoru same się rozdzierają.
Naprawdę było zimno. Niecierpliwiłem się.
- Proszę pana, nie mam czasu na refleksje nad
ideałami.
- Myślałem, że to bujda. - Wyjaśnił starzyk. -
Alem rychtyk słyszał o nowych ustawach kiepów, które głoszą, że
każdego w rewirze Podkarpacia napotkanego łazika niezwłocznie
doprowadzić do cytadeli, a samym zjawom nakazano ujmować łazików
natychmiastowym nakazem pracy. Ponoć wielu z was połapali, jak
zaczęli często dybać ze wzgórków do mieścin, gdzie chleba i
prowiantów nakradli. - Zmierzył mnie uważnym, prawie policyjnym
wzrokiem. - Ale w imię czego to tak czyniliście?
- Dziadu, zamarznę zaraz kurwa, naprawdę mi nie w
ząb tłumaczyć idee, mówiłem już.
Stary zarechotał jak zdychająca ropucha.
- Aaaa! Żeś w sedno utrafił młodziku! Dyć nie w
ząb, bo zębów ci braknie zarozki! - Rozbroił mnie jego szczery,
poczciwy, dobry uśmiech. Prawie o takim już zapomniałem. - Właźże
do chałupy, żywo! Moja Łemkynia nagotowi herbaty jakiej i pajdy z
kunserwą zrobi. Wchodź, wchodź. Jedna nocka cię nie zbawi, a
musisz pomocy konkretnej potrzebować, skoroś w portki nie narobił
idąc tu.
Wprowadził mnie do swojej skansenowej chaty.
Krostą skansenu chałupa była jedynie z zewnątrz.
W środku tętniła życiem spójna nowoczesność, bez znamion
przeżytku i wyrwanych z kontekstu aranżacji. Stary najwyraźniej
nie był tylko wypalaczem węgla, przynajmniej nie zwykłym. Retorty
i wszystkie polanki ze ścinką w okolicy, po prostu należały do
niego. Zawahałem się, kiedy zostałem zaproszony do sporego
dziennego pokoju, gdzie z rozdziawioną gębą spoglądał na mnie
ogromny telewizor feerią, jaskrawych barw i ostrym obrazem. Siadłem
przy szklanym stole na metalowym, obitym skórą, wysokim krześle.
Przez ścianę za telewizorem chciały uciec trzy sfotografowane
dziewczyny. To były bardzo dobre, miękkie portrety całych,
idealnych wręcz sylwetek. Nad oliwkową sofą, na zachodniej
ścianie, fałszywe okna chciały być otwarte na modernistyczną
panoramę nowego miasta, a metr dalej Katarzyna II czuła się
prawdziwie carsko, wraz z Wilhelmem II rysując grubą kreskę na
mapie, tak dobrze mi znanej, a mapa chyba chciała wyć, jak ciało,
bez znieczulenia połowione skalpelem. Reszta ścian nie znała
żadnych twarzy, czy kwiatów, a nawet scenek rodzajowych i
fotograficznych wariacji światłem, a jedynie ściana południowa
usiłowała zatrzymać czas w obecnie obowiązującej strefie.
Bezskutecznie, a jakże.
Przewiesiłem grubo łatany płaszcz przez oparcie
krzesła i czekałem. Ten człowiek mógłby teraz telefonować do
najbliższej cytadeli, gdzie zjawy dobrze nagradzały tych, co
pomagają łapać bezrobotnych włóczęgów. Ale ja nie miałem nic
do stracenia, a ostry jak brzytwa sopel lodu topniał na otuchę,
płatek róży ożywał szczerą czerwienią. Kiedy zobaczyłem, jak
wysoka, blada kobieta o twarzy hardej mimozy wnosi na sporym talerzu
kromki chleba, posmarowane świeżym masłem i od serca przełożone
konserwą, tuńczykiem, żółtym serem, pomidorem i papryką,
poczułem że chyba mam swoje osobiste prawo zapomnieć na jakiś
czas o tej zimie, wielokropku nie kończącym złożonego zdania i od
uspokojenia akcji serca rozpocząć nowy akapit. Nieoczekiwanie jakaś
irracjonalna wdzięczność... zupełnie irracjonalna i nienormalna
wdzięczność wypłynęła mi ze zmęczonych oczodołów. Łemkynia
patrzyła na mnie zupełnie bez wyrazu, że aż zacząłem wątpić w
jej człowieczeństwo. I nie wiedziałem, co się stało. Po prostu
jadłem kanapki, doprawiając je płynną solą łez.

0 KOMENTARZY:
Prześlij komentarz