"GDYBY TAK POWIAŁO ZDROWO...
TO BYM JESZCZE RAZ POFRUNĄŁ..."

PSI REBORN - fragment II

By | 00:36 Leave a Comment

z pamiętnika Konrada

   Ci, którzy wyśmiali moją podatność na mróz, byli jedynymi, z którymi zamieniłem przed kilkoma dniami ostatnie jak dotąd słowa.
   - Słyszelimy o Ludziach Gór. - Sapał cuchnący próchnem dziad. Ale całkiem sympatyczny. - Ale to to Gorce bardziej, nie? Czy już bieszczad sanocki?
   - Nawet bliżej. - Miałem wrażenie, że moja zerowa od zimna dykcja czyni mnie w oczach starucha największą sierotą świata. - Ostatnie większe siedlisko, to dawne schronisko "Enklawa". Przełajka na płaskiej misie między Polańczykiem, a Wołkowyją. Tego pan może nie wiedzieć. Ale tamta konfraternia była niezwykle związana. Nie bez trudu udało mi się od nich odłączyć.
   Dziad zasępił się i zabuczał ponuro. Chyba słyszał więcej niż można było się spodziewać.
   - Iście bida. - Mruknął. - Jak już ostatnie sztandary braterstwa i honoru same się rozdzierają.
   Naprawdę było zimno. Niecierpliwiłem się.
   - Proszę pana, nie mam czasu na refleksje nad ideałami.
   - Myślałem, że to bujda. - Wyjaśnił starzyk. - Alem rychtyk słyszał o nowych ustawach kiepów, które głoszą, że każdego w rewirze Podkarpacia napotkanego łazika niezwłocznie doprowadzić do cytadeli, a samym zjawom nakazano ujmować łazików natychmiastowym nakazem pracy. Ponoć wielu z was połapali, jak zaczęli często dybać ze wzgórków do mieścin, gdzie chleba i prowiantów nakradli. - Zmierzył mnie uważnym, prawie policyjnym wzrokiem. - Ale w imię czego to tak czyniliście?
   - Dziadu, zamarznę zaraz kurwa, naprawdę mi nie w ząb tłumaczyć idee, mówiłem już.
   Stary zarechotał jak zdychająca ropucha.
   - Aaaa! Żeś w sedno utrafił młodziku! Dyć nie w ząb, bo zębów ci braknie zarozki! - Rozbroił mnie jego szczery, poczciwy, dobry uśmiech. Prawie o takim już zapomniałem. - Właźże do chałupy, żywo! Moja Łemkynia nagotowi herbaty jakiej i pajdy z kunserwą zrobi. Wchodź, wchodź. Jedna nocka cię nie zbawi, a musisz pomocy konkretnej potrzebować, skoroś w portki nie narobił idąc tu.
   Wprowadził mnie do swojej skansenowej chaty.
   Krostą skansenu chałupa była jedynie z zewnątrz. W środku tętniła życiem spójna nowoczesność, bez znamion przeżytku i wyrwanych z kontekstu aranżacji. Stary najwyraźniej nie był tylko wypalaczem węgla, przynajmniej nie zwykłym. Retorty i wszystkie polanki ze ścinką w okolicy, po prostu należały do niego. Zawahałem się, kiedy zostałem zaproszony do sporego dziennego pokoju, gdzie z rozdziawioną gębą spoglądał na mnie ogromny telewizor feerią, jaskrawych barw i ostrym obrazem. Siadłem przy szklanym stole na metalowym, obitym skórą, wysokim krześle. Przez ścianę za telewizorem chciały uciec trzy sfotografowane dziewczyny. To były bardzo dobre, miękkie portrety całych, idealnych wręcz sylwetek. Nad oliwkową sofą, na zachodniej ścianie, fałszywe okna chciały być otwarte na modernistyczną panoramę nowego miasta, a metr dalej Katarzyna II czuła się prawdziwie carsko, wraz z Wilhelmem II rysując grubą kreskę na mapie, tak dobrze mi znanej, a mapa chyba chciała wyć, jak ciało, bez znieczulenia połowione skalpelem. Reszta ścian nie znała żadnych twarzy, czy kwiatów, a nawet scenek rodzajowych i fotograficznych wariacji światłem, a jedynie ściana południowa usiłowała zatrzymać czas w obecnie obowiązującej strefie. Bezskutecznie, a jakże.
   Przewiesiłem grubo łatany płaszcz przez oparcie krzesła i czekałem. Ten człowiek mógłby teraz telefonować do najbliższej cytadeli, gdzie zjawy dobrze nagradzały tych, co pomagają łapać bezrobotnych włóczęgów. Ale ja nie miałem nic do stracenia, a ostry jak brzytwa sopel lodu topniał na otuchę, płatek róży ożywał szczerą czerwienią. Kiedy zobaczyłem, jak wysoka, blada kobieta o twarzy hardej mimozy wnosi na sporym talerzu kromki chleba, posmarowane świeżym masłem i od serca przełożone konserwą, tuńczykiem, żółtym serem, pomidorem i papryką, poczułem że chyba mam swoje osobiste prawo zapomnieć na jakiś czas o tej zimie, wielokropku nie kończącym złożonego zdania i od uspokojenia akcji serca rozpocząć nowy akapit. Nieoczekiwanie jakaś irracjonalna wdzięczność... zupełnie irracjonalna i nienormalna wdzięczność wypłynęła mi ze zmęczonych oczodołów. Łemkynia patrzyła na mnie zupełnie bez wyrazu, że aż zacząłem wątpić w jej człowieczeństwo. I nie wiedziałem, co się stało. Po prostu jadłem kanapki, doprawiając je płynną solą łez.
Nowszy post Starszy post Strona główna

0 KOMENTARZY: