Dom Spokojnej Starości. Gdzieś na świecie.
Odkąd był szczęśliwym pensjonariuszem Domu, nie opuszczał w nim swojego pokoju, chyba, że na posiłki. Jednak nadszedł taki dzień, w którym zdecydował się wyjść do ogrodu. To był piękny poranek. Zawitała wiosna. Było ciepło. Wtedy zobaczył drogi samochód wjeżdżający na teren ośrodka. Kiedy zaparkował, z pomocą jakiegoś młodzieńca, wysiadła z niego kobieta. Wyglądała dośc młodo, jak mało która w tym Domu. Spontanicznie postanowił podejść i przywitać nową pensjonariuszkę. Młodzieniec ucałował ją serdecznie, po czym wsiadł do samochodu i odjechał. On szedł powoli, nie odrywając oczu od kobiety. Wtedy prawie zamarł. Odwróciła się i chwilę tak patrzyli sobie w oczy. Obojgu zeszkliły się one od łez. Znali się. Nie widzieli się czterdzieści lat.
- Margarett...
- John...
- To ty. To ty zerwałaś mnie dziś rano ze snu i to ty sprawiłaś, że tu przyszedłem po ciebie.
- To ty przypomniałeś mi się w małej krztynie nadziei, kiedy tu jechałam, że znów cię spotkam.
- To już czterdzieści lat...
Margarett roześmiała sie radośnie.
- Tak się cieszę, że cię widzę! - Przetarła oczy.
- Byliśmy wtedy młodzi. Ja przeszedłem kilka tysięcy kroków, kiedy odeszłaś... kiedy los nas zmusił do rozłąki.
- A ja nigdy ci nie powiedziałam, jak bardzo cię kochałam. To było dla mnie zbyt oczywiste, myślałam, że to wiesz.
- To już nie jest ważne, czy wtedy wiedziałem, czy nie. Teraz wiem. To jest ważne.
- Tak. Teraz jest najważniejsze.
I poszli. Poszli w jedną stronę. Rozmowy kleiły im się, jakby przez te czterdzieści lat widywali się codziennie. Tak, ot prosta historia. Bo kochające serca, słowami najpiękniejszymi, niewypowiedzianymi są proste. I takie pozostają.
Zainspirowane wierszem J. Barana "Spóźnione wyznanie".
Odkąd był szczęśliwym pensjonariuszem Domu, nie opuszczał w nim swojego pokoju, chyba, że na posiłki. Jednak nadszedł taki dzień, w którym zdecydował się wyjść do ogrodu. To był piękny poranek. Zawitała wiosna. Było ciepło. Wtedy zobaczył drogi samochód wjeżdżający na teren ośrodka. Kiedy zaparkował, z pomocą jakiegoś młodzieńca, wysiadła z niego kobieta. Wyglądała dośc młodo, jak mało która w tym Domu. Spontanicznie postanowił podejść i przywitać nową pensjonariuszkę. Młodzieniec ucałował ją serdecznie, po czym wsiadł do samochodu i odjechał. On szedł powoli, nie odrywając oczu od kobiety. Wtedy prawie zamarł. Odwróciła się i chwilę tak patrzyli sobie w oczy. Obojgu zeszkliły się one od łez. Znali się. Nie widzieli się czterdzieści lat.
- Margarett...
- John...
- To ty. To ty zerwałaś mnie dziś rano ze snu i to ty sprawiłaś, że tu przyszedłem po ciebie.
- To ty przypomniałeś mi się w małej krztynie nadziei, kiedy tu jechałam, że znów cię spotkam.
- To już czterdzieści lat...
Margarett roześmiała sie radośnie.
- Tak się cieszę, że cię widzę! - Przetarła oczy.
- Byliśmy wtedy młodzi. Ja przeszedłem kilka tysięcy kroków, kiedy odeszłaś... kiedy los nas zmusił do rozłąki.
- A ja nigdy ci nie powiedziałam, jak bardzo cię kochałam. To było dla mnie zbyt oczywiste, myślałam, że to wiesz.
- To już nie jest ważne, czy wtedy wiedziałem, czy nie. Teraz wiem. To jest ważne.
- Tak. Teraz jest najważniejsze.
I poszli. Poszli w jedną stronę. Rozmowy kleiły im się, jakby przez te czterdzieści lat widywali się codziennie. Tak, ot prosta historia. Bo kochające serca, słowami najpiękniejszymi, niewypowiedzianymi są proste. I takie pozostają.
Zainspirowane wierszem J. Barana "Spóźnione wyznanie".
0 KOMENTARZY:
Prześlij komentarz