"GDYBY TAK POWIAŁO ZDROWO...
TO BYM JESZCZE RAZ POFRUNĄŁ..."

Schronisko "Enklawa"

By | 21:56 1 comment
Konrad wyszedł ze szpitala. Był tam dwa miesiące. W międzyczasie wybuchła cicha wojna. Wojna, której nikt nie ośmielił się opisać i nazwać. Uderzono w inne materie, które człowiek traci bezpowrotnie. Potem, kiedy wyszedł ze szpitala, poszedł do domu. A potem znów poszedł. Poszedł... szedł.

Dokąd teraz pójdę, kiedy nie istnieją już narody
Zapomniany przez anioły, porzucony w środku drogi
Nie ma w kogo wierzyć, nie ma kochać, nienawidzieć kogo
I nie dbają o mnie światy
Martwy zmierzch nad moją drogą...
Jacek Kaczmarski "Powrót"

   Mrok został rozproszony na chwilę przez malutki płomień zapałki. Światło odbiło się w szklistych, jak heban czarnych oczach. Potem raz za razem migał żar palącego się papierosa. Cisza pochłaniała zaciągnięcia i wydechy palacza. Nie dawała się zmącić tak po prostu. Nie tutaj. Nie w sercu samotni Ludzi Gór. A samotnia spała. Cisza lasu była słuchowiskiem bardzo rzadkim tej zimy. Palacz nie marnował tego od kilku dni. Nadwątlonych sił nie przywracał mu sen, a spokojne ujarzmianie mroku i kilka w przeciągu jednej godziny wypalonych papierosów przemycanych z Drugiej Strony. Z takim prostym, prozaicznym i bądź co bądź trywialnym nastawieniem zalecał się do swych używek. Życie nic nie jest warte. Nie mam żadnej wdzięczności. Nie mam dla kogo dbać o to życie. A na sobie mi zbytnio nie zależy.
   Mundo. Wieloletni młody/stary obieżyświat. Człowiek Gór, jak to mawia się o nim na szlakach. O nim, i jeszcze o kilku wiecznych wędrowcach, którzy akurat spali. Uciekł w Góry kilkanaście lat wstecz. Był wtedy osamotnionym w domu pełnym rodzeństwa chłopcem. Bardzo niespokojnym chłopcem. Wiecznie gdzieś go nosiło. Pociągał dziki świat, o którym wiedział niewiele i nie chciał wiedzieć. Miarą wiedzy w jego zamyśle było poznanie, odkrycie, a nie półprawdy zasłyszane. Wreszcie spakował sobie najpotrzebniejsze drobiazgi, gotów jak sójka za morze, beztrosko udał się w świat, który go bardzo szybko i skutecznie przeraził, onieśmielił. Mając cel – uciec jak najdalej od ludzi, pomimo przerażenia konsekwentnie go realizował. I oddalał się. Wciąż oddalał, zamykając minione rozdziały beztroskiego życia dzieciaka. W ten sposób odnalazł po latach swą samotnię. Gdzie nikt nie miał więcej dotrzeć, nikt nie miałby zostać spotkany.
   Nic nie jest takie, jak bym chciał, żeby było – westchnął w duchu, zerkając na śpiących towarzyszy włóczęgi. Ale to i dobrze bratku. Do biesa z tą samotnością i znieczulicą. A wielu jeszcze tak jak ja ucieknie przed tym chorym światem? Wszak można w nim walczyć. Powiadają – miękkie serce masz? Twarde dupsko miej. Kiedy idzie o dobro, o miłość, można to trzymać, nikomu nie oddawać. Ale i uciec dobrze jest. Ucieczka to dobra rzecz. Dla mnie, dla tych śniących. Byle nie zostawiać tam na wojnie nikogo. Kiedy nie masz nic bratku, nie masz nikogo, albo kiedy masz, a cię nie chcą mieć, zwiewaj wtedy. Ulżyj sobie. Daj się potopić skurwysynom. Nie wybaczaj temu, kto wybaczeniem gardzi. Nie wolno wybaczać każdemu. Nie każdemu dobrem syp. Tylko zwiewaj. Uciekaj. Nie wbijaj noża, nie piaskuj oczu. Nie bądź jak zło. Po prostu przetnij je. Odetnij się. Zniknij bratku.
   Zgasił peta o lekko zmarzniętą korę sosny. Zamknął oczy i wciągnął górską aurę głęboko do piersi. Coś zarzęziło w oskrzelach. Słuch wyostrzony w mądrej ciszy nagle wyłapał bardzo mizerny szmer powolnych kroków. Jakieś sto, sto dwadzieścia metrów na północ. Mundo wyuczony dawnych indiańskich technik poruszania absolutnie cicho w każdych warunkach, jak akrobata zerwał się spod drzewa i czmychnął za nieopodal leżący, obalony pień starego drzewa. Kątem oka dostrzegł jeszcze trochę żarzące się węgle wspólnego ogniska, przy którym wieczerzali Ludzie Gór przed zmierzchem i domyślił się, że ledwie idąca postać ciągnie właśnie do ów wątłego światełka. Naoglądał się Mundo mnóstwo takich wyrzutków, troje z nich z resztą właśnie spało pod zaimprowizowanymi szałasami, był niemal pewien, że nowy przybłęda jest niegroźny, ostrożności jednak nigdy za wiele. Postanowił podejść go od tyłu i dokładnie obejrzeć, z kim będzie miał do czynienia.
   Leżał w bezruchu starając się oddychać tak, by nie unosiła się para z ust i spokojnie czekał, aż włóczęga dobrnie do ogniska. Minęło pięć minut, nim zbliżył się na odległość pozwalającą określić płeć i wygląd zewnętrzny. Przyzwyczajone do ciemności oczy Mundo bez problemu scharakteryzowały go. Młody mężczyzna. Dłuższe, czarne włosy. Na plecach naga, zarysowana, miejscami dobrze obita gitara. Poza nią, przewieszona przez ramię czarna, niewielka skórzana torba, napełniona niczym.
   Hm… uciekinier – stwierdził nikłym szeptem Mundo, kiedy obcy padł z impetem na kolana przed resztkami ogniskowego żaru. Zrzucił torbę, zrzucił instrument. Jęknął ochryple, zachwiał się i upadł. Bardzo powoli odwrócił głowę w stronę ogniska, westchnął z ulgą i zasnął od razu. Nie zmącił snu reszty śpiącej w szałasach, śnili dalej, potężnie zmęczeni dwudniowym marszem bez ustanku. Mundo powstał zza obalonego drzewa, podszedł do obcego, przyjrzał mu się uważnie. Jego gitarę i torbę zabrał sprzed żaru i zaniósł do swego szałasu, by ciepło nie uszkodziło ich. Usiadł w nim wygodnie i aż do świtu nie spuszczał oka z nowo przybyłego gościa. Dumał. Palił papierosy.
   Nad ranem śpiących Ludzi Gór zbudził przenikliwy chłód zwiastujący nadchodzący świt. Pierwsza zbudziła się Nova. Niska, kasztanowłosa dziewczyna. Widząc leżącą w półmroku, przy zgasłym ognisku postać, przetarła oczy koloru szarego, w których nagle zagościło nie małe zdumienie. Nim zdecydowała się pobudzić resztę, przemówił ciągle siedzący w szałasie Mundo, uspokajając ją.
   - Nie bój się go. Dowlókł się w nocy. Resztkami sił. Padł przy ognisku niemal nieprzytomny.
   - Spokrewniony… - szepnęła ochryple kasztanowłosa.
   - Prawdopodobnie. Dobrze, że trafił do nas. Miał cholerne szczęście.
   Spokrewnieni – tak Ludzie Gór nazywali swych nieznajomych pobratymców, których odnajdywali na szlakach, albo którzy sami do nich jakoś trafiali. Z biegiem lat zaczęto bowiem wierzyć, że to ludzka chorobliwa wrażliwość każe udać się na banicję ze świata. W rytm kroków przeznaczenia trafiali tacy na równych sobie, po czym wzajem traktowali siebie wcale osobliwie.
   Ludzie Gór odeszli pewnego dnia na banicję, by znaleźć odwieczną samotność. Przeznaczenie na przekór zawsze kierowało ich do innych banitów, z którymi mieli związać się, by przed światem wojny uciekać wspólnie. Tak rodziło się ich pokrewieństwo dusz. Kiedy z biegiem czasu nabierali przeświadczenia, że owa wędrówka staje się sensem ostatecznym, zaczynali rozumieć dlaczego samotność nie została im przychylna.
   Towarzysze Mundo świadomi swego pokrewieństwa, nie dziwili się więc zbytnio, gdy kolejny zabłąkany trafiał do ich obozu niesiony przez przeznaczenie. Nova z wielkim zainteresowaniem oglądała obcego. Nie dostrzegła żadnych ran, co pozwalało przypuszczać, iż nie miał ciężkiej drogi, a w góry prawdopodobnie przyjechał pociągiem.
   - Rzeczywiście. – Rzekł Mundo odczytując zainteresowanie Novy. – Z daleka nie szedł. Pewnie przyjechał do Miasta. Dopiero stamtąd ruszył szlakiem.
   - I najwyraźniej zboczył. – Nova uśmiechnęła się porozumiewawczo do Mundo.
   Troskliwie okryła go kocem, pod którym sama wcześniej spała.
   - Mieszczuszek – dodała, wskazując obuwie zabłąkanego. – Ale urokliwy.
   - Mieszczuch, nie mieszczuch, niech teraz śpi. Zostaw go już i nie gap się na niego, nie myśl o nim… Nova! Gotowy zbudzić się zmącony twoją krzątaniną.
   - No dobra, dobra… po prostu ciekawa jestem.
   - Jak odpocznie, dowiemy się o nim więcej. Podłóż mu jeszcze pod głowę jaśka. Dobudź chłopaków, na stronie zastanowimy się gdzie idziemy dalej. Ja rozpalę nowe ognisko.

(...)
Nowszy post Starszy post Strona główna

1 KOMENTARZY:

Anonimowy pisze...

"Góry to ludzie, którzy je niosą w plecaku".

http://www.youtube.com/watch?v=si1r7UeakqY

Dobrze znowu widzieć Konrada :).