Rankiem wyszedłem na zewnątrz. Przełajka, na której mieściła się sadyba, cudnie zalana porannym słońcem dodała mi nieco ciepła i otuchy. Szeroko uśmiechnąłem się na wspomnienia poprzedniego wieczora i nocy z Novą. Przysiadłem na pieńku do rąbania drzewa, by ciszą się nasycić i zasięgnąć metafizycznej aury miejsca. A tam gdzieś na północy i zachodzie ponura wojna zalewała betonem i płynną stalą marzenia maruderów. „Mądra wojna” tego świata…
Nie ma mądrych wojen. Dawniej praludzie w swoich kastach i plemionach potrafili się bez nich obyć. Uprawiali swe rytuały. Z pieczą, prawdziwą pieczą, pasją dbali o tradycje. Pamiętali o rodowodach. Wywyższali rówieśniczych mężów, okazując im szacunek. A kiedy tamci umierali, zgoła od nowiu do pełni wspominali czyny najpiękniejsze i opłakiwali ciszę po ich oddechach. Świecami rozświetlali ciemność po ich spojrzeniach. I zamykali oczy przed pustką po ich uśmiechach.
Postęp. Miał być poddany człowiekowi. Ludzie byli jego kowalami, prekursorami. Geniusz i światła nauka służyły. Czynili ludzie ziemię sobie poddaną czerpiąc z jej dobroci pełnymi garściami. Urodzajne pola, wzniosłe lasy, urokliwe jeziora , bystre rzeki i ich piękno nie były gładzone. Postęp potrafił je przyozdabiać. Wodne młyny pochylone nad strumieniami. Wiatraki pod skromnymi gospodarstwami spoglądające na uległe im zboża tuż przed żniwami. Tartaki w sercach lasów i drwale, niczym lekarze starych i chorych drzew. Ale postęp nie może się zatrzymać. To byłoby nielogiczne.
Potem ludzie wymyślili wielką politykę. Zaczęli bredzić o powołaniu, wyższych celach, mniejszych i większych złach, dobrych i złych wojnach, rozkładzie i śmierci. Jak do tego doszło? Że na początku dwudziestego pierwszego wieku, zabija nas wojna ekonomiczna? Rady bezpieczeństwa, zjednoczone unie dla lepszego świata… panowanie rasy nadludzi. Czy zło przestaje być złem, gdy zamiast dosłownej i jednoznacznej śmierci idzie za nim tylko pieniądz? Nie. Śmierć odbiera wszystko bezsprzecznie. Jej ofiara już więcej zła nie doświadczy. A pieniądz? Czyni nędznym i bezdusznym. Pieniądz zabiera szczęście, jeśli posłuży się nim wróg, prawo rynku i wszelkie zjawiska wymyślone przez możnych tego świata, takie jak inflacja, bessa, popyt i dopłata. Iście prawdziwy hufiec demonów.
Dawno chwytałem ponadczasowy sens baśni, mitów i neverlandów. Wyciągnąłem z nich to, że w jakimkolwiek czasie i przestrzeni żyjemy należy bronić ostatnich ideałów, dziś zwanych słabościami. Nauczyli mnie tego wielcy bohaterowie, outsiderzy i maluczcy odważni Ludkowie żyjący w innych czasach i światach. Bo odkąd i dla mnie miejsca wśród zjaw i ekonomistów zabrakło, zacząłem wierzyć w przeznaczenie, w to, że nie trzeba mieć prądu, Internetu i telefonu komórkowego, by zaspokajać pragnienia szczęścia i wolności. Ich źródła są głęboko w każdym z nas, wolnych, ostatnich łagodnych ludziach. I tego żadna waluta ani broń jądrowa zabrać nie może. Żadna antyludzka nienawiść i nadludzka polityka. Tyle, że nienawiść może dopaść wszędzie. Ci, co zabrali światu harmonię, zapomnieli o tradycjach, moralności i świętości, bez problemu mogą jednym słowem rozkazać spalić ten las, zburzyć sadybę i zniewolić Ludzi Gór…
Nie wiem, gdzie w tych myślach zabrnąłbym dalej, gdyby nie Ona. Podeszła. Położyła dłonie na moich ramionach… i zapytała.
- Co robisz?
- Uciekam przed nienawiścią.
1 KOMENTARZY:
"- Co robisz?
- Uciekam przed nienawiścią."
Gdyby nie to, że za oknem mam bezczelnie świecące Słońce, pewnie bym płakała. To znaczy, płaczę, ale inaczej. Któregoś wieczora przeczytam to jeszcze raz.
Prześlij komentarz