"GDYBY TAK POWIAŁO ZDROWO...
TO BYM JESZCZE RAZ POFRUNĄŁ..."

Apoteoza dosłowności

By | 00:45 Leave a Comment
   Zaczęły nam się tworzyć scenariusze, jakie przed laty słyszeliśmy od naszych dziadków. Las, pierwsi i ostatni zarazem partyzanci w walce o wolność, zacieranie śladów, ogniska z wartą pośród nocy, unikanie oznak cywilizacji, improwizowane szałasy na przełęczach i w dzikich dolinach. Dziś na myśl mi przychodzą tylko wyssane z palca opowieści bajarzy i pisarzy. Jednak właśnie w tej chwili my tworzymy historię, którą kiedyś być może zainteresują się potomni. Od gór napływają pierwsze oddechy zimy. Przede mną pierwsza zima na surowym szlaku. Nie wiem dokąd pójdziemy, jak długo będziemy szli razem, co, albo kto nas rozdzieli.
   Enklawa jest tam, gdzie my, ale co dalej? Nova i Czarna zostały w sadybie. Ja, Miro, Mundo i Iwo w myśl indiańskiej zasady mężczyzn łowców, naiwnie udaliśmy się... "gdzieś" (tak, to dobre słowo) poszukać czegoś do jedzenia.
   - Podobno Zjawy już obserwują rogatki za Leskiem. - Szepnął mi na ucho Miro, kiedy schyleni forsowaliśmy jakieś krzaki. - W stronę Soliny i Polańczyka. Znaczy się ogólnie interesują się coraz bardziej górnym bieszczadem.
   - A skąd ty to wiesz? - Zapytałem podejrzliwie.
   - Logika. Słonina wspomniał... wiesz ten spory gość w Enklawie za szynkwasem wspomniał, że w Sanoku miesiąc temu zabroniono udzielać noclegu włóczęgom. Tylko turyści mający dowód osobisty...
   - Kurwa, jak to brzmi. - Musiałem. - Czy to aby nie śmieszne Mirku?
   - Sam widzisz do czego doszło. Uciekliśmy. By nas nie znano, nie kojarzono, nie odsyłano rodzinom w razie co, pozbyliśmy się tożsamości. Jesteśmy ujemnym bilansem w tym kraju. Nie pracujemy, nie płacimy podatków, ale kradniemy tlen. Intruzi z nas jak cholera.
   - I co? Znajdą nas, zaraz nas ponazywają, dadzą pesele, nipy, sripy i poślą do fabryki na taśmociągi i palety? Zbawi ich to?
   - Konrad... tu nie o to chodzi. Ten krzak, który właśnie podlewa Mundo jest prywatny. Należy do jakiegoś garniaka. Te rydze, których nazbierałeś są własnością jakiejś zjawy. "Enklawa" należała kiedyś do jakiegoś Łemka. Teraz należy do króla sedesów i odkąd do niego należy, grozi zawaleniem. Wyburzą ją w pizdu i jebną tam tartak. Wykarczują drzewa, sprzedadzą do retort na wypał węgla. Ale już nie miejscowi rębacze i wypalacze się tym zajmą. Ale prywatni pracownicy fizyczni za najniższą krajową. Przyzwyczaj się, że jesteśmy wrzodami na dupach u niektórych.
   - Pierdoły...
   - Świat składa się z pierdół. Konrad, żyjemy w jakiejś apoteozie dosłowności. Jesteśmy dosłownie żebrakami. Wolność uprawiamy dosłowną. To wystarczy, by dosłownie być traktowanym jak przestępca. Możesz kochać muzykę i poezję, jeśli codziennie po osiem godzin zapierdalasz jak motorek. Możesz chodzić po górach, szlakach z kijami trekkingowymi, w sandałach, w szpilkach, adidasach, jeśli robisz to przez góra dwa tygodnie w roku. Możesz czuć się wolny, ale w jasno określonych ramach podatkowych. Masz prawo uprawiać seks po ciszy nocnej po bożemu, do spustu i koniec, bez dźwięku, całkowicie z obowiązku prokreacji. Jeżeli natomiast to wszystko zajmuje całe twoje życie, w dodatku poza określonymi normami, wówczas będziesz leniem, brudasem, oszołomem i erotomanem. Konrad. Jesteśmy więźniami dosłowności z każdej strony.
   - My tę dosłowność wybraliśmy, bo nie chcieliśmy żyć w półsłówkach. Chcemy sobie i innym udowodnić, że w dosłowności drzemie wolność. Jeżeli taka wolność jest więzieniem, będę jej więźniem do końca życia.
   - Mówisz, jak dzieciak co się naczytał Wiedźmina, Władcy Pierścieni, Siekierezady i naoglądał Marzyciela, Piratów z...
   - Bo tak jest. Ale jak widać nie dorosłem. Mam dwadzieścia trzy lata i starzeję się nie doroślejąc. A ty, co chcesz mi powiedzieć przez tak nagłą sceptyczność?
   Miro spochmurniał. Posmutniał. Zgasł.
   - Tylko tyle, że w dosłowności też trzeba być wytrwałym. A ja, kiedy bolą mnie nogi, wciąż myślę o łóżku przed telewizorem. O miejskich ulicach, po których chodzą łatwe do zbajerowania laski. O pieniądzach, który mógłbym legalnie co miesiąc zarabiać. Chcę ci powiedzieć, że tęsknię za światem zjaw coraz bardziej i nie wiem ile wytrzymam w tej naszej nibylandii. Lojalnie ci mówię, jak najlepszemu kumplowi, że pewnego dnia mogę wejść na asfaltową drogę. I jeszcze martwię się...
   - czym? No mów...
   - Martwi mnie, że w twoich myślach tej tęsknoty nie widzę. Widocznie jestem słaby.
   Nadszedł zdecydowanym krokiem Mundo i sprowadził nas na pełną szykan przeprawę słowami...
   - Dobra, przestańcie pierdolić, wracamy. Gówno tu można upolować. Gadzinę spłoszyły jakieś chachary i pitła w ciul. Idymy nazad.
Nowszy post Starszy post Strona główna

0 KOMENTARZY: