"(...)Jaskier, rzucając niespokojne spojrzenia na Zerrikanki, czujnie krążące po pobojowisku, cucił wciąż nieprzytomnego Dorregaraya. Geralt smarował maścią i opatrywał poparzone kostki Yennefer. Czarodziejka syczała z bólu i mruczała zaklęcia.
Uporawszy się z zadaniem, wiedźmin wstał.
- Zostańcie tu - powiedział. - Muszę z nim porozmawiać.
Yennefer krzywiąc się wstała.
- Idę z tobą, Geralt - wzięła go pod rękę. - Mogę? Proszę, Geralt.
- Ze mną, Yen? Myślałem...
- Nie myśl - przycisnęła się do jego ramienia.
- Yen?
- Już dobrze, Geralt.
Spojrzał w jej oczy, które były ciepłe. Jak dawniej. Pochylił głowę i pocałował w usta, gorące, miękkie i chętne. Jak dawniej.
Podeszli. Yennefer, podtrzymywana, dygnęła głęboko, jak przed królem, ujmując suknię końcami palców.
- Trzy Kaw... Villentretenmerth... - powiedział wiedźmin.
- Moje imię w wolnym przekładzie na wasz język oznacza Trzy Czarne Ptaki - wyjaśnił smok.
Smoczątko, wczepione pazurkami w jego przedramię, podstawiło kark pod głaszczącą dłoń.
- Chaos i Ład - uśmiechnął się Villentretenmerth. - Pamiętasz, Geralt? Chaos to agresja, Ład to obrona przed nią. Warto pędzić na koniec świata, by przeciwstawić się agresji i złu, prawda, wiedźminie? Zwłaszcza, jak mówiłeś, gdy zapłata jest godziwa. A tym razem była. To był skarb smoczycy Myrgtabrakke, tej otrutej pod Hołopolem. To ona mnie wezwała, bym jej pomógł, bym powstrzymał grożące jej zło. Myrgtabrakke odleciała już, krótko po tym, gdy zniesiono z pola Eycka z Denesle. Czasu miała dość, gdy wy gadaliście i kłóciliście się. Ale zostawiła mi swój skarb, moją zapłatę.
Smoczątko pisnęło i zatrzepotało skrzydełkami.
- Więc ty...
- Tak - przerwał smok. - Cóż, takie czasy. Stworzenia, które wy zwykliście nazywać potworami, od pewnego czasu czują się coraz bardziej zagrożone przez ludzi. Nie dają już sobie rady same. Potrzebują Obrońcy. Takiego... wiedźmina.
- A cel... Cel, który jest na końcu drogi?
- Oto on - Villentretenmerth uniósł przedramię. Smoczątko pisnęło przestraszone. - Właśnie go osiągnąłem. Dzięki niemu przetrwam, Geralcie z Rivii, udowodnię, że nie ma granic możliwości. Ty też znajdziesz kiedyś taki cel, wiedźminie. Nawet ci, co się różnią, mogą przetrwać. Żegnaj, Geralt. Żegnaj, Yennefer.
Czarodziejka, chwytając mocniej ramię wiedźmina, dygnęła ponownie. Villentretenmerth wstał, spojrzał na nią, a twarz miał bardzo poważną.
- Wybacz szczerość i prostolinijność, Yennefer. To jest wypisane na waszych twarzach, nie muszę nawet starać się czytać w myślach. Jesteście stworzeni dla siebie, ty i wiedźmin. Ale nic z tego nie będzie. Nic. Przykro mi.
- Wiem - Yennefer pobladła lekko. - Wiem, Villentretenmerth. Ale i ja chciałabym wierzyć, że nie ma granicy możliwości. A przynajmniej w to, że jest ona jeszcze bardzo daleko.
(...)- Możesz przybrać każdą postać. Każdą, jaką zechcesz.
- Tak.
- Dlaczego więc człowiek? Dlaczego Borch z trzema czarnymi ptakami w herbie?
Smok uśmiechnął się pogodnie.
- Nie wiem, Geralt, w jakich okolicznościach zetknęli się po raz pierwszy ze sobą odlegli przodkowie naszych ras. Ale faktem jest, że dla smoków nie ma niczego bardziej odrażającego niż człowiek. Człowiek budzi w smokach instynktowny, nieracjonalny wstręt. Ze mną jest inaczej. Dla mnie... jesteście sympatyczni. Żegnajcie.(...)
niech ten cytowany fragment broni się sam. W baśniach tkwi głęboki morał wzięty z konsekwencji realnego życia codziennego. Zawsze w to będę wierzył. Nie jesteśmy sami i dla wszystkich jest miejsce. Dla wszystkich. Warto o tym nie zapominać.
0 KOMENTARZY:
Prześlij komentarz