"Jaskółka" była schroniskiem typowo mieszczuszym. Takim miejscem dla
zjaw spędzających swoje urlopy. Wstąpiłem, bo z Enklawy wyszedłem na
głodniaka. W Polańczyku i Solinie zarobiłem do futerału paręnaście
złotych, więc na turystyczną drożyznę mogłem sobie jednorazowo pozwolić.
Sezon skończył się jakiś czas temu, więc alkierz stołówki nie był
zatłoczony. Kilka prawie przezroczystych twarzy, niewyraźnych spojrzeń i
śpiących plecaków gdzieś pod ścianą. Gwar zgoła powściągliwy snuł się
ledwie jak rozproszony dym papierosa. Wyjąłem dziurawy portfel ze skaju,
wysypawszy drobniaki skinąłem głową w stronę butelki wareckiego piwa,
poprosiłem o trzy pajdy ze smalcem z dwoma ogórkami kiszonymi. Dostawszy
zamówione jedzenie i piwo, zasiadłem na końcu długiego stołu z ławą.
Wiedziałem, że nie najem się tym po dwóch dniach łażenia i nocowania w
improwizowanych szałasach z igliwia. Starając się nie myśleć o widmie
dalszego głodu, myślami pobiegłem w stronę reszty świata. Zastanawiałem
się nad tym, dlaczego świat tak nienawidzi ludzi na wiecznym szlaku.
Dlaczego człowiek gór jest gorszy od szarego podatnika. Dosyć szybko
odpowiedziałem sobie na pytania. Przeciętność głęboko zakorzeniona w
prostolinijnej mentalności ludzi, nie nastawiona na głębsze przeżywanie
życia i nie myślenie o wartościach de facto nie jest ich winą. Olbrzymie
gmachy, potworne fabryki stresu wzniesione przez możnych tego świata,
fundament na taniej roboczej sile, praca bez perspektyw byle przeżyć
kolejny dzień, to wynalazek wielkiego pieniądza. Cała ta machina, by
robić pieniądze za pomocą trudnej pracy wielu małych trybików, zepchnęła
na margines tych, którzy na brak wolności byli uczuleni. Wtedy szarakom
wszczepiono myśl, że oto obdartusy mające czelność żyć i funkcjonować
zgodnie z własną wolnością, szwendają się po leśnych zadupiach, bez
historii, kont w bankach, numerów identyfikacji podatkowej i dowodów
osobistych. Co z tego, że nikogo nie zabijają, nie krzywdzą i prawie nie
pokazują się na oczy. Właśnie dlatego, że są niegroźni, można ich tępić
i poniżać. Uważani są za nieuczciwych leni, hedonistów i pasożytów.
Kradną powietrze, bo oddychają bez vatu i wkrótce nie będzie czego
zanieczyszczać. Prychnąłem pod nosem, kiedy ta ostatnia absurdalna myśl
mnie naszła. No bo nad czym ja się kurwa zastanawiam (zawsze się
nakręcam jak pomyślę o bezczelnej podłości i wyzysku).
Dopiłem piwo i poszedłem do alkierzyka dla palaczy. Miałem rzucić i
rzuciłem fajki, dym mi przeszkadza, natomiast przekonanie, że niektóre
fazy, myśli zwyczajnie trzeba zatruć, zasmolić, zwyczajnie spalić, nie
pozwoliło się rzucić. Paczka papierosów kupionych po słowackiej stronie.
Po dwóch zaciągnięciach sięgnąłem do kieszonki futerału i wydobyłem tom
opowiadań o Wiedźminie "Miecz przeznaczenia". Na ostatnich kartach
Geralt odnajduje Dziecko Przeznaczenia, Niespodziankę powierzoną mu
przez los. Dziewczynka miała na imię Cirilla. Chyba z pięć razy
przeczytałem ten fragment, myśląc znów o Novie. Spazmatycznie zadrgały
impulsy pamięci, pytania których zadać nie sposób. Bo Geralt miał
pewność, a przynajmniej w momencie odnalezienia jej, że Ciri chciała być
odnaleziona. Novy nie zabrało żadne zło. Odeszła sama. Zupełnie jakby
chciała zamknąć jakiś rozdział życia.
Myśli napotkały mur. Ale mur wysoki i długi. Nie byłoby problemem go
zburzyć. Mógłby jednak runąć wtedy na mnie, odkrywając odpowiedź, ale i
obnażając być może jej pewną intymność. Odłamki przy okazji mogłyby
zranić mnie, zapylając zmysły. Chyba postanowiłem nie próbować. Wszak,
jak powiedział Geralt, "lepiej bez celu iść naprzód, niż bez celu stać w
miejscu, a z pewnością o niebo lepiej, niż bez celu się cofać".
0 KOMENTARZY:
Prześlij komentarz