"GDYBY TAK POWIAŁO ZDROWO...
TO BYM JESZCZE RAZ POFRUNĄŁ..."

Artysta i Nomad (ciąg dalszy)

By | 19:54 2 comments
   Konrad powoli ruszył w stronę ruchomych schodów peronu, które nigdy w istocie nie były ruchome i po chwili dokładnie stamtąd wyłoniła się postać w dżinsowej kurtce, z papierosem w ustach, głębią mroku w oczach i łojem we włosach. Miro.
   - Pociąg się nie spóźnił, jak widzę... - mruknął wyciągając na powitanie dłoń.
   - Pokój Mirko! - Artysta skrzywił usta w skąpym uśmiechu.
   - A gdzie tam...
   - Wojna?
   - Ta... wojna wciąż ta sama i o to samo. Od tego dnia, w którym pękło niebo. Zeszły zjawy i urządziły nam niebyt. Te mechaniczne potwory... i tyle szarości ponad nami.
   Przeszli tunelem pod peronami do hali głównej dworca.
   - Dobrze, że przewidziałeś mój przyjazd. W zasadzie mam co opowiadać, z nadzieją, że przy okazji odpowiem sobie na pewne pytania, które zalęgły mi się we łbie. Aż mam zawroty. - Konrad ciężko westchnął i rozejrzał się po dworcu. - Dalej żyjesz na waleta?
   - A jak! - Miro wzruszył ramionami. - Tak najlepiej. Nie wyobrażam sobie osiąść na jednej mieliźnie. Jestem urodzonym Nomadem.
   - Rzeczywiście. Wiesz co? Siądźmy tu w dworcowej spelunce.
   - Blisko do kolejnego pociągu?
   - Jakbyś zgadł stary. Jakbyś zgadł.
   Bar rzeczywiście przypominał coś z minionej czerwonej epoki. Jego wnętrze nie różniło się od hali głównej prawie pod żadnym względem. Matowa podłoga o barwie popiołu, ściany wyłożone tanią ceramiką, a plastikowe stoliki i krzesła, jakby miały za zadanie bezwzględnie odstraszać podróżnych.
   Panowie siedli przy stoliku w kącie pomieszczenia, daleko od drzwi, za to z widokiem przez brudną firankę na rampę pierwszego peronu. Krzątająca się jak mucha w smole kelnerka najwyraźniej nie miała zwyczaju podchodzić po zamówienie, więc Miro machnął w jej stronę znacząco ręką. Kobiecina prychnęła, zaburczała coś pod nosem i wreszcie podeszła do Nomada.
   - Panno miła... - zerknął kątem oka na palce kelnerki - ... zrobi się nam po zapiekance... pani nie notuje? A zapamięta? No to git. Tak... więc po zapiekance, do popicia warki razy dwie, jak wciągniemy zapiekanki, to panna tu rzuci okiem i zapoda po szarloteczce i dwie siekiery... to znaczy się wiesz... wie panna, chodzi mi o kawy mocne. No. Tak. Hehe nie, szlachtować nikogo nie będziemy. Co nie Konrad?
   - Skąd cię wykopali, Miro... - artysta pokręcił głową.
   Stara panna znów coś zaburczała i ruszyła w stronę okienka kuchennego.
   - Marlboraska? - Zaproponował Nomad.
   - A chętnie. Gawędy lubią dym.
   - Ano. A żeś miał akcję z tamtą barmanką... stary! Ja bym to inaczej roze...
   - OK Mirko. Wiem, że cierpisz na cholerny profetyzm. - Konrad uniósł się znacznie.
   - To dar... - mruknął poważnie tamten.
   - Taaa... dar. Skąd? Z Czernobyla? A może przespałeś się z cyganką?
   - Nie kpij, wiesz w czym rzecz.
   - I dlatego lepiej zamknij się i ogranicz DAR do czytania z ruchu moich warg.
   Minął nie cały kwadrans, nim kelnerka podała piwa i zapiekanki. Przez chwilę obaj zajęci jedzeniem nie mówili nic. W końcu po zjedzeniu swej porcji, pierwszy odezwał się Konrad.
   - Bracie. Trochę gubi mnie to mobilne życie. Kręci się wokół jednego pociągu, miejsca, lawiruje przy kolejnym. I wszędzie taki sam bezmiar chłamu.
   - Cóż. I tak jeździsz już mniej. - Powiedział Miro zapalając kolejnego papierosa.
   - A jednak w dalszym ciągu mnie to przytłacza. Może tak dać temu spokój? Pojawiam się to tu, to tam i widzę ciągle te same twarze. Te same maski i kostiumy. - Mówił Konrad z oczyma przymkniętymi, podparty jakby z wielkiego zmęczenia.
   - A sztuka? Twoja wewnętrzna misja?
   - Może przeginam? Zwyczajnie biorę się za to od dupy strony... za przeproszeniem. Czy sztuka potrzebuje mojego manifestu? Wiesz ilu nawet oczywistych artystów patrzy na mnie jak na oszołoma?
   - Wiem co cię gryzie. Twoje podejście Konradzie jest bardzo dobre. Ale świat się zmienia. Chcesz pokazać tym tam szarym: "o, cholery jedne, patrzta! Tyle ode mnie! Tak to powinno wyglądać! Ja tu wam opowiadam, scenę przeżywam! A wy? Malujeta włosy, mordy obklejata pudrem!". Teraz trzeba się przebrać.
   - I zatańczyć na łyżwach, tak? - Uśmiechnął się ironicznie Konrad. - Widzisz? Nawet ty nie zauważyłeś, kiedy przeszedłeś z sacrum do profanum. Mam na myśli teraz, te słowa, które powiedziałeś przed chwilą. Widzisz Mirko, wolę być nagi niż przebrany za antagonistę. Świat się zmienia, masz rację. A ja bym wciąż protegował pokazanie sztuki, jak choćby Szymanowicz, o którym nikt prawie nie pamięta. Stachura, kiedy mu Pietrzak Jan załatwił występ w telewizji naszej, który z resztą od strony kierownictwa wywołał oburzenie i kontrowersje. Chociażby Belon. Ale to właśnie nie te czasy.
   - Inny target.
   - Obrzydliwe słowo.
   Minął kolejny kwadrans. Potem godzina. I kolejna godzina.
   - Czyli... - Miro odstawił czwarty już pusty kufel - ...lepiej odejść na zawsze, niż pozwolić się ujarzmić?
   - Tak, towarzyszu. - Westchnął artysta. - Ale odejść w mniemaniu tych tam w górze. Przed nimi złożyć broń. Nie przed sobą samym. Niech tam oni pluskają w tym swym bagienku.
   - Czyli...?
   - Prawdziwą sztukę zawsze nosisz tu. - Artysta popukał się w lewą stronę klatki piersiowej. - Nie potrzeba wielkich czynów, by ją manifestować. Kto ma ją ode mnie poznać, ten pozna. Kto ma MNIE poznać, ten pozna. Choćby w ostatnim zwątpieniu w istnienie nas. Że takich jak my, nie pozostało wielu.
   - Kogo?
   - Nas.
   - Czyli nie przestajesz grać?
   - To byłby najgorszy błąd w moim życiu.
   - Rozumiem. Widzę...
   - Prosiłem o coś!
   - No tak. Wybacz. Więc... co dalej?
   - Pojeździmy, zobaczymy. - Konrad uśmiechnął się i spojrzał na wyświetlacz telefonu, aby sprawdzić godzinę. - Zobaczymy co tam grają na tablicy odjazdów. Zasiedzieliśmy się. Może pojedziemy przez jakiś czas razem?
   - Razem? - Zaśmiał się Nomad. - Więc może innym razem. Moja włóczęga, choć przy twojej bardzo płytka i banalna, ma swój cel gdzie indziej.
   - Moja ta będzie ostatnią na długi czas. Zamierzam wrócić niebawem do domu. I rozejrzeć się za pracą. By mieć na kolejne bilety.
   Pasażer na hali dworca ścielił się gęsto. Na tablicy odjazdów grało kilka pośpiesznych i dwa osobowe pociągi. Konrad uśmiechnął się, pełną piersią odetchnął i ruszył w stronę peronu trzeciego, skąd miał odejść pociąg do P. To długa trasa. Miro odprowadzał go wzrokiem wśród tłumu zjaw, jeszcze na koniec go zatrzymując.
   - Wiesz, że mógłbym do tej barmanki jakoś dotrzeć i może tak... - puścił oko.
   - Może nie. - rzucił artysta przez ramię.
   - Pamięć wzrokowa jest bardzo zwiewna Konradzie.
   - Tym lepiej.
   - Sam sobie szukasz powodów do dołka. To żaden problem ją odnaleźć.
   - Zapomnij.
   - Nosz kurwa! Wiecznie mi odmawiasz!
   Artysta powoli się odwrócił i lekko uśmiechnął. Wzruszył ramionami.
   - Lepiej do tego przywyknij.
   Uszedł kilka kroków i zaraz ponownie spojrzał w tył, tym razem z miną kogoś śmiertelnie zaciekawionego.
   - A właściwie... z czego ty żyjesz? Z czego żyje Nomad?
   - Domyśl się kurwa. - Warknął Miro już pospiesznie malejąc w kierunku bramy dworca.
   Konrad wybuchnął śmiechem. Jedna chwila. Sekunda. Przed sobą zobaczył nagle liche widmo jednego z najcenniejszych wspomnień. Westchnął ciężko zupełnie nie rozumiejąc siebie. Także ani jednego słowa, które kilkadziesiąt minut wcześniej kierował do Mira. Zarzucił śpiącą gitarę na plecy i tym razem już bez oglądania się za siebie, ruszył na peron.
Nowszy post Starszy post Strona główna

2 KOMENTARZY:

Anonimowy pisze...

Ah, ten Konrad! :)
"(...)wolę być nagi niż przebrany za antagonistę." - dobre słowa!

A mi się podoba "granie pociągów" :) Bo czy całe, życie nie jest jak utwór muzyczny? Tu i tu, karty rozdaje czas.